piątek, 28 września 2012

Jeszcze nie...

Maluch chyba uparł się, by mnie wykończyć jeszcze przed porodem. Nadal jestem w domu, nadal ze skurczami, a teraz dodatkowo zdezorientowana, kiedy właściwie powinnam jechać do szpitala. 
Wytrzymałam cierpliwie cały wczorajszy dzień. Ale do około 2 w nocy skurcze uregulowały się i pojawiały się co 10 minut. Postanowiliśmy jechać do szpitala. Tam KTG - rzezywiście wykazało 3 skurcze w przeciągu 20 minut. Potem badanie i tu zonk - szyjka nadal 2 centymetry i do tego dosyć twarda. Lekarz twierdzi, że nie powinnam urodzić przez najbliższe dni. Mam się pojawić w szpitalu gdy przestanę czuć ruchy dziecka, odejdą mi wody, zacznę krwawić lub ból stanie się nie do zniesienia.

Powrót do domu. Próba snu. Skurcze mam już teraz co 7 minut i już sama nie wiem, co robić. Do tej pory wydawało mi się jasne, że jeśli są silne, regularne skurcze to najwyższy czas udać się do szpitala. U mnie okazuje się, że 2 dni nieregularnych ale silnych skurczy, a następnie dobre już kilka godzin silnych, regularnych wystarczyło by skrócić szyjkę zaledwie minimalnie (coś, co u wielu dzieje się prawie bezboleśnie), bez cienia jakiegoś rozwarcia.

Nie mogę już ani siedzieć, ani leżeć gdyż wtedy po chwili ból staje się nieznośny. Mogę klęczeć, stać i chodzić... 

Dobrze, że póki co odkryłam co u mnie pozwala na jako-takie przetrwanie skurczu - powieszenie się komuś na szyji, lub bardzo mocne przytulenie, oddychanie przeponą wydychając powoli powietrze ustami równocześnie mając masowany lekko krzyż. Ale ile tak można?

czwartek, 27 września 2012

Wielkie sprzątanie

Nadal w domu. Aby nie zwariować postanowiłam zrobić coś pożytecznego. Ponieważ kończy się lato (a właściwie już się skonczyło) i ewidentnie kończy się moja ciąża stwoerdziłam, że czas posprzątać w szafie. Założyłam wariant optymistyczny - że w dwupaku dotrwam do 6 października (w sumie nie wiem, czy taki optymistyczny - jeszcze kilka dni skurczy może być nieznośne) i zostawiłam sobie odpowiednią ilość ciuchów ciążowych (w które i tak ledwo się już mieszczę). Całą pozostałą zawartość szafy wysypałam na łóżko i teraz segreguję - ciążowe w dobrym stanie - do zachowania, ciążowe w złym stanie - do pojemnika PCK, nie-ciążowe letnie do zapakowania na antresolę, i nie-ciążowe nie-letnie do użytkowania. Co chwila przerywam na pooddychanie w czasie skurczu... Mam otwartego excela, w którym zapisuję godzinę rozpoczęcia skurczu i orientacyjny czas trwania (mierzę go ilością głębokich oddechów). Wychodzi mi, że średnio mam skurcze co 13 minut.  Ale powinnam zdąrzyć ze swoim segregowaniem ubrań i pakowaniem w worki. Może jeszcze starczy czasu na dokładne umycie szafy w środku...

PS. Wiem, że nadużywam Excela - takie przyzwyczajenie z pracy... Zapisywanie skurczów to jeszcze małe miki - ja nawet imię wybieram za pomocą arkusza kalkulacyjnego...

środa, 26 września 2012

Skurcze przepowiadające

Po dzisiejszej nocy już wiem, że to co do tej pory brałam za skurcze przepowiadające to zwykłe pobolewnia brzucha - coś w stylu skurczy przepowiadających skurcze przepowiadające ;)
Nie przespałam praktycznie całej nocy, gdyż mniej więcej co godzinę odczuwałam bardzo silny ból podbrzusza trwający średnio 20-40 sekund. Pomiędzy skurczami nie mogłam zasnąć, gdyż stresowałam się, czy ich częstotliwość i czas trwania zwiększy się czy nie.
Dodatkowo M. pochrapywał. Nie chciałam go budzić, by gdyby przyszła konieczność zawiezienia mnie do szpitala był jak najbardziej wyspany.
Nad ranem skurcze praktycznie ustąpiły i przeszły znowu w lekkie pobolewania. Zaraz chyba spróbuje zapakować się z powrotem do łóżka by odespać noc. W każdym razie teraz już wiem, że odpowiedni oddech naprawdę pomaga - warto było chodzić na szkołę rodzenia by dowiedzieć się o tym, jak oddychać w czasie skurczu...


EDIT:
Zdrzemnęłam się trochę. Obudził mnie telefon od M. Poszłam do łazienki i zobaczyłam, że nieznacznie plamię. Szyjka się rozwiera. Oj, to już chyba niedługo. Zaczynam się bać...

wtorek, 25 września 2012

Jeszcze nie teraz

Jestem po ostatniej wizycie u lekarza przed porodem:) Póki co bobas nie śpieszy się na świat (pewnie chce przytyć jeszcze trochę by już na pewno przekroczyć 4kg...) - szyjka zasklepiona, bez śladów wygładzania. Wszystkie wyniki w porządku. Miałam robione pierwsze KTG - chyba głównie po to, bym wiedziała jak to wygląda, a nie z rzeczywistej potrzeby. Straszna nuda - przez kilkanaście minut lezy się na boku, urządzenie monitoruje tętno płodu i sprawdza, czy występują skurcze. Gdy maluch się poruszy należy wcisnąć przycisk. W nasyzm przypadku tych przyciśnięć nie było dużo - młody najwyraźniej nie lubi być monitorowany i stwoerdził, że to świetny czas na drzemkę.
Strasznie się cieszę, bo mamy bilety na Malickiego na piątek i ze względu na odczuwane dosyć często skurcze przepowiadające obawiałam się, że będę musiała je komuś oddać. Co prawda nie ma gwarancji, że np. nie odejdą mi w międzyczasie wody, ale póki co mogę się nastawiać, że do piątku nic nie powinno się dziać. Ważę 62 kg, czyli w ciąży przytyłam 12kg - mam nadzieję, że uda się to zrzucić dosyć szybko. Nic mi nie puchnie, nie widzę bym zatrzymywała wodę, ogólnie oprócz skurczy, które potrafią być całkiem bolesne nic mi nie dolega.
Może rzeczywiście jak stwierdziła pewna dziewczyna ode mnie z pracy, jestem maszynką do robienia dzieci. Wtedy obraziłam się na nią i stwierdziłam, że z kimś, kto nie ma za grosz taktu nie będę w ogóle rozmawiać (powiedziała mi wtedy jeszcze kilka rzeczy, które były dla mnie przykre - jej pewnie wydawały się zabawne), ale może było w tym ziarenko prawdy ;)

A dzisiaj glazurnicy układają nam podłogę w łazience - pojadę dzisiaj na plac boju zobaczyć, jak wybrane przeze mnie kafelki wyglądają w realu...
 

niedziela, 23 września 2012

Mamy wózek :) :) :)

Mija nam wesoło 38 tydzień, a więc w sumie w każdym momencie możemy się spodziewać, że nasz bobas postanowi znaleźć się po właściwej stronie brzucha. Mimo to, syndrom gniazdowania jeszcze mi się nie do końca włączył i właściwie wszystkie przygotowania do przyjścia malucha na świat mamy jeszcze przed sobą. Ale dzisiaj zrobiliśmy duży krok na przód i nabyliśmy drogą kupna wózek. Tako Jumper X. Szary z takimi wzorkami w kółka. Bardzo mi się podoba i mam nadzieję, że będzie się dobrze sprawował. Ma duże, pompowane koła i jest wyposażony we wszystko co potrzeba. Obawiałam się, że nigdy nie będę w stanie podjąć decyzcji, jaki wózek wybrać, ale poszło dosyć gładko - użyłam porównywarki i wybrałam taki wózek, który miał dobre opinie użytkowników - zależałomi przede wszystkim na zwrotności i tym, jak się sprawuje w terenie (mieszkamy na ulicy z nieutwierdzoną nawierzchnią, obok jest las do którego zamierzamy często chodzić na spacery). Przeczytałam uważnie wszystkie negatywne opinie i uznałam, że jestem w stanie zaakceptować potencjalne wady (pękające opony - ale to podobno problem większości wózków z pompowanymi kołami, oraz niezbyt wielka torba pod wózkiem - nie zamierzam robić dużych zakupów - większe załatwiam przez internet). I co, akurat dla mnie nie jest bez znaczenia - to produkt polski.
Wózek przetrenowałam dzisiaj na podwórku - póki co bez obciążenia ;) -i sprawuje się świetnie.
 

czwartek, 20 września 2012

Huśtawki 2

Tak jak mogłam przewidzieć - skoro wczoraj był udany dzień, dzisiaj nie mogło być tak pięknie. Nie ma to jak mieć zaburzoną gospodarkę hormonalną ;)
Niby udało mi się zrobić całkiem sporo, ale mimo wszystko dzisiejszy dzień oceniam paskudnie.
Na plus:
  • odebraliśmy zamówione kibelki i wyglądają dokładnie tak, jak zakładałam :)
  • zakupiliśmy większość kafelków do łazienki
  • obejrzałam wannę, która przyszła wczoraj i wygląda ok. Parawan trochę gorzej, ale dalej akceptowalnie
Na minus:
  • zupełnie się nie wyspałam (co pewnie jest bezpośrednią przyczyną ogólnie gorszego humoru)
  • nie udało się kupić wszystkich kafelków, które chcieliśmy - w sklepie były tylko 3 listwy dekoracyjne, a my potrzebujemy znacznie więcej - czeka nas więc jutro powtórna wyprawa do sklepu
  • młody koniecznie chce mnie wpędzić w paranoję i znacznie mniej się dzisiaj poruszał. Wiem, że robi mu się ciasno, i że należy się spodziewać mniejszej częstości ruchów, ale mimo wszystko jeśli przez dłuższy czas nie czuję nic z jego strony poziom kortyzolu mu rośnie. Teraz pod wieczór troszkę zwiększył aktywność, ale i tak jest ona znacznie mniejsza niż np. wczoraj. Ale reaguje na zaczepki więc staram się nie panikować
  • zaczynam rozumieć jeden z komentarzy pod wpisem dotyczącym szkoły rodzenia i tego co się dowiedziałam na temat oznak zbliżającego się porodu. Naprawdę każda z nas jest inna i mimo doszkalania się, gdy przechodzi się przez to wszystko po raz pierwszy ciężko jest wszystko poprawnie zinterpretować. Zagwozdkę, którą mam teraz to czy bóle w dole brzucha, które odczuwam to są, czy nie są skurcze przepowiadające. Spodziewałam się, że będę miała dylematy czy skurcze, które będę odczuwać to przepowiadające, czy porodowe, tymczasem nie wiem, czy to co czuję to w ogóle jest skurcz...
  • nie udało nam się wynająć tego mieszkania. Facet przestał odbierać telefony, a gdy w końcu przyjechaliśmy na umówione spotkanie powiadomił, że mieszkanie jest już wynajęte... To z kolei spowodowało u mnie ogromnego stresa, że nie zdążymy z tym wszystkim
Ech. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej...

środa, 19 września 2012

Rozstępowa paranoja

Rozstępów na brzuchu chyba jak na razie nie mam, mimo tego, że brzuch urósł ogromnie. Mam natomiast paranoję, że się pojawią i odkąd jestem w 9 miesiącu uważniej oglądam brzuch (a właściwie jego boki i górną część - dolnej już dawno dobrze nie widziałam). I im dokładniej się przyglądam tym więcej widzę ;)
Codziennie pokazuje M. nową kreskę, którą podejrzewam o bycie rozstępem. Codziennie nową, bo stare następnego dnia znikają...
Nie wiem, kiedy, gdyż raczej staram się nie opierać nic o brzuch (z wyjatkiem książek) pojawiają mi się proste, czerwone kreski, które ewidentnie są odgniecenami, a które ja studiuję pod kątem bycia rozstępem. Nie mogę się dobrze pochylić, więc nie widzę dobrze ;) -  gdy któraś nie wygląda na idealną kreskę, tylko na rozciągniętą skórę, która ma fantazję przebiegać po linni prostej zaczynam wpadać w panikę, która znika przy kolejnych oględzinach, gdy kreski już nie ma...
Zwariować można. W każdym razie od kiedy jestem w domu zwiększyłam częstotliwość smarowania brzucha (do tej pory wieczorem - i rano, jeśli miałam wystarczająco dużo czasu i nie zapomniałam). Moja rodzina zaopatrzyła mnie w spory zapas kosmetyków Elancyl - mam jeszcze 1/3 opakowania balsamu i 1.5 takiego bardziej gęstego kremu - więc nawet jeśli będę się smarować za każdym razem gdy jestem w łazience powinno spokojnie starczyć na te pozostałe 2.5 tygodnia...
Codziennie po kąpieli smaruję także całe ciało olejkiem Babyderm - tego akurat nie chciałabym zużyć całego, gdyż zamierzam go zapakować do torby do szpitala, co by został wykorzystany przy masażach ;)

Pięknie jest :)

Co prawda nie powinno się chwalić dnia przed zachodem słońca, ale coś czuję, że to będą kolejne udane 24h - podobnie jak dwa poprzednie dni. Fantastycznie jest nie chodzić do pracy - wstawać trochę przed 8, a nie bladym świtem. Jeść nieśpieszne śniadania (dzisiaj kanapki z pastą rybno-jajeczną - źródło łatwo przyswajalnego białka i kwasów omega 3 :)), nastepnie zjeść truflę pomarańczową do łyka kawy (na łyka przecież mogę sobie pozwolić). Dać wyschnąć włosom samym, a nie grzać je suszarką. Od rana mieć pościelone łóżko (na co często nie było czasu).
Tak naprawdę poprzednie dni i tak miałam wypchane i zaplanowane od rana do wieczora - dzisiaj jest pierwszy dzień, na który na dobrą sprawę nie mam planu ;)  Tzn mam, ale prawie wyłącznie stacjonarne - muszę przeliczyć ile kafelków potrzeba na podłogę w salonie, kuchni, przedpokoju i łazience, ile trzeba cokołów i innych takich i zamówić je w sklepie internetowym. Wcześniej muszę wpisać ilości do magicznego pliku excela, który utworzyłam wczoraj, który mi te zakupy zoptymalizuje pod względem cenowym ;)
Muszę także podjąć ostateczne decyzje dotyczące umywalek i posprawdzać, czy moje ustawienia kafelków będą wyglądały dobrze.
I w końcu zabrać się za dopieszczanie projektu kuchni. To dla mnie niesamowicie ważne miejsce w domu - tak ważne, że nie mogę podjąć żadnej decyzji - bo przecież nie mogę popełnić błędu przy tak istotnym pomieszczeniu ;)

Czekam także na maila ze sklepu, w którym zamawiałam stelaże i miski ustępowe, czy są już na magazynie i ewentualnie po nie pojechać (co by nie tracić czasu na dostawę - nienawidzę czekać na kurierów).

Oczekuję także na telefon od pana, od którego mamy wynająć mieszkanie na najbliższe kilka miesięcy (zanim nie skończy się remont). Mieszkanie jest w porządku (i blisko nowego domu - dla normalnej osoby "walking" dystans. Dla mnie - do zrobienia, ale już z możliwym "telefonem do przyjaciela" - ratuj, podwieź!) natomiast sam Pan jest jakiś dziwny - po tym jak wczoraj wszystko już ustaliliśmy stwierdził, że musi się jeszcze z żoną skonsultować, i że da nam znać, czy żona się zgadza. Nie wiem, może mu patologicznie wyglądaliśmy - w sumie nie na co dzień widzi się kogoś z tak dużym brzuchem. Może bał się, że mu tynki poobgryzam...

Wieczorem mamy wpaść do koleżanki po jakieś ubrania dla maluszka, które ostatnio dla nas zapakowała.
Z dumą stwierdzam, że torba do szpitala jest właściwie spakowana (najwyższy czas - jutro zaczynam 38 tydzień - bobas jest już prawie gotowy). Nie ma tam jeszcze czapeczek dla małego i nie mogę znaleźć swoich klapek pod prysznic.
A jeśli chodzi o samego bobasa - u niego wszystko w porządku - przepływy ok, łożysko nadal sprawnie go karmi. Wygląda na to, że sobie niezłego klocka wykarmiliśmy - jego szacunkowa waga to około 3.8kg. Chłopie - opamiętaj się - mu chcemy porodu naturalnego !

niedziela, 16 września 2012

Idę do pracy ostatni raaaaaz

Właściwie to w piątek byłam w pracy po raz ostatni - jutro muszę tam pojechać tylko dlatego, że oczywiście zapomniałam zostawić zwolnienie lekarskie ;)
Dziwne uczucie. Budzik nadal mam nastawiony na rano - za chwilę go wyłączę. 
Pozostałe 3 tygodnie ciąży spędzę domowo. Ale na pewno bardzo intensywnie. Musimy znaleźć sobie tymczasowe mieszkanie i się do niego przenieść. Tymczasem prace w domu postępują - w środę ma przyjść glazurnik, a my jeszcze nie zakupiliśmy płytek. Dobrze, że chociaż już są w 80% wybrane i dodatkowo wiemy, gdzie je kupimy. Ale i tak czeka nas pewnie trochę jeżdżenia po sklepach. 
Trzeba w końcu skompletować wyprawkę małego - odwiedzić tych znajomych, od których jeszcze nie odebraliśmy rzeczy, które dla nas przygotowali (w tym mebli - nie mieliśmy ich do tej pory gdzie postawić...). 
Czyli mnóstwo roboty - mam nadzieję, że się wyrobimy. Nie wyobrażam sobie, jak mogłoby się to udać gdybym zdecydowała się pracować do samego końca. Szczególnie, że końcówka ciąży daje mi się we znaki. Ledwie się poruszam - bolą mnie pachwiny więc chodzę w tempie 80-letniej staruszki. Nie mam siły i wszystko mnie męczy. Jest dopiero 9 wieczorem, a ja już zaczynam przysypiać. Poza tym włącza mi się paranoja i każde "ciągnięcie w brzuchu" czy inne dziwne doznania rozważam w kategorii wczesnych objawów porodu. Potem sama karcę się w myślach, że dopuszczam do obsesji.
Ech...ale poza tym jestem szczęśliwa...

piątek, 7 września 2012

Zmęczenie

Jakoś dziwnie, za każdym razem gdy na blogu napiszę, że u mnie wszystko w porządku (lub nawet lepiej) następnego dnia przechodzę kryzys. Nie, nie dzieje się u mnie nic złego, ale po prostu nie mam już siły. Nie wyspałam się, wstałam rano by być o sensownej porze na pobieraniu krwi (co by sprawdzić, czy przez czas ciąży nie zaraziłam się jakąś paskudną chorobą weneryczną ;)), odsiedziałam swoje w poczekalni, a następnie niemalże doczołgałam się do pracy. Właśnie skończyłam robić 80% rzeczy zaplanowanych na dzisiaj i stwierdziłam, że więcej nie dam rady (stąd zamiast dziubać coś w excelu czy powerpoincie piszę coś na blogu). Zasypiam. Nie mogę chodzić bo boli. Nie mam siły siedzieć. Ja chcę do łóżka!!! 

Mam mieć jeszcze jedno spotkanie dzisiaj pomiędzy 18 a 19 i właśnie zastanawiam się, jakiej wymówki użyć by je skasować. Nie wiem, jak dotrwam w biurze do tego czasu. Z drugiej strony w pracy będę jeszcze tylko w przyszłym tygodniu, więc może się okazać, że jeśli nie odbębnię tego spotkania dzisiaj nie będzie na kiedy go przełożyć. Mam teraz cholernego diabełka na jednym ramieniu, i aniołka na drugim - zaraz się chyba pobiją...

I jeszcze jedząc brzoskwinię zalałam sobie 1/3 brzucha sokiem!!! Powinnam była pozostać przy moim tradycyjnym ubieraniu się na czarno zamiast kupowac sobie jasne ubrania ciążowe.

 

czwartek, 6 września 2012

4 weeks to go :)

Zaczynamy 36 tydzień - z młodym widzimy się najpóźniej za 4 tygodnie :)
Nadal właściwie wszystko w porządku. Ja ważę 60.3kg (czyli ponad 10 kg na plus od początku ciąży), bobas - około 3 kg. Obwód główki ma już taki jak ja, gdy się urodziłam - 34 cm.
Mam nadzieję, że zwolni jednak troszkę tempo wzrostu, albo skupi się na wydłużaniu innych kawałków - np. nóg, które ma jak na swoje rozmiary dosyć krótkie (oceniając po długości kości udowej).
Poprawiła mi się morfologia krwi i z hemoglobiną mieszczę się już w normach :) Niestety wyszły bakterie w moczu - jutro robię posiew i łykam antybiotyk :( Ale ponieważ nie mam żadnych widoczych objawów zapalenia lekarz powiedziała by nie martwić się zbytnio. Dostałam skierowania na wszystkie pozostałe badania. Następną wizytę mam ustawioną na za 2 tygodnie i lekarz spodziewa się, że raczej się ona odbędzie, chociaż na wszelki wypadek życzyła mi już udanego porodu. Co prawda takie rzeczy potrafią się zmieniać z godziny na godzinę, ale póki co nic nie zapowiada wcześniejszego porodu - szyjka jest taka, jak powinna być i podobno z tamtej strony (której swoją drogą dawno już nie widziałam) wszystko jest ok.
W pracy zaczynam powoli odpuszczać - skupiam się głównie na próbie przekazania swoich obowiązków innym (będzie zastępował mnie gość z Brazyli - przy okazji nastawiam go odpowiednio do zimy w Europie - mam nadzieję, że nie przeżyje jakiegoś strasznego szoku, gdy już tu wyląduje...).
Nawet fajne uczucie - na większość maili odpowiadam  w stylu "miło, że piszesz, ale niestety nie będę w stanie pomóc - proszę, skontaktuj się z..."
Nadal nie mamy imienia. Ale dzisiaj kończymy pakować torbę :)

poniedziałek, 3 września 2012

Pierwszy sen

Dzisiaj po raz pierwszy śniło mi się moje dziecko. Nie pamiętam większości znu - na 100% to co było w nim dziwne, to fakt, że maluch był już z nami w domu, a ja nadal byłam w ciąży ;)
Chyba, już tak przyzwyczaiłam się do brzucha, że mój mózg nawet we śnie nie może się go pozbyć.
Śniło mi się, że wstaję o 7 do pracy po czym przypomina mi się, że od poprzedniego dnia mamy dziecko i, że trzeba się nim zająć. Idę więc do jego pokoju (który jest gotowy, w odróżnieniu od rzeczywistości) - mały śpi twardo. Waham się, co zrobić po czym przypomina mi się, co przeczytałam w książkach Tracy Hogg i decyduję się go obudzić. Znowu przez chwilę nie wiem, czy mam go zabawiać, przewijać, czy karmić i decyduje się na karmienie.
Nie idzie mi najlepiej - nie wiem jeszcze jak naprawdę wygląda karmienie piersią, ale z tego co czytałam wydaje się, że w moim śnie mały za płytko łapie sutek. Ma takie malusieńkie usta!
Tatuś przychodzi mi pomóc wkładając jeszcze raz sutek do otwartego szeroko dzioba małego. W tym momencie obudziłam się
:)

sobota, 1 września 2012

Jak dwa pomrowy

Wczoraj M. chcąc zwiększyć moją mobilność ograniczoną bólem pachwin postanowił przyspieszyć trochę bieg spraw związanych z naprawą samochodu. Zakupił odpowiednie części, na które czekano w warsztacie i zapakował się na skuter co by je tam jak najszybciej zawieźć. Niestety mój skuter nie jest idealny do jazdy przez las - ma bardzo małe kółka i jest trochę podsterowny (ale za to jaki ładny ;)). Na zapiaszczonej niesamowicie wyboistej drodze leśniej M. stracił panowanie nad pojazdem i wywalił się. Na szczęście miał porządny kask i właściwie nic poważnego się nie stało - jest natomiast cały lekko poobijany. Najgorzej sprawa się ma z lewym udem na którym jest wielki krwiak.
Niestety mój ból pachwin i wypadek zruinowały nasze plany na aktywny weekend - mieliśmy zaproszenie na regaty na mazurach, a także planowaliśmy wypad w góry. Alternatywą w razie złej pogody miało być włóczenie się po sklepach z płytkami i glazurą, co by jakiś postęp w remoncie uczynić. A tak nici z tego.Siedzimy więc sobie dzisiaj na łóżku jak te dwa pomrowy - ledwie ruszając się i stękając z bólu przy próbach zmiany pozycji. Mamy z tego niezłą polewkę - śmiejemy się, że trenujemy wspólną starość :)
Od czasu do czasu muszę wstać by pójść do łazienki. Korzystając z tego, że już jestem na nogach staram się zrobić coś w kuchni. Tak więc dzisiaj zrobiłam już kluski śląskie na obiad, upiekłam chleb z nastawionego wczoraj zaczynu, zrobiłam przepyszną (chociaż nieco klapniętą) Pavlovę w borówkami, winogronami i brzoskwinią. I nadal mnie nosi - chyba zrobię jeszcze zupę krem z kukurydzy (ewentualnie z cukinii i ziemniaków - nie mogę się zdecydować. zupę z kukurydzy najbardziej lubię z trawą cytrynową a jej w domu niestety dzisiaj nie posiadam) i tarte tatin z antonówkami.
W końcu do łazienki muszę chodzić dosyć często ;)
Podobne posty