poniedziałek, 31 grudnia 2012

3 miesiące

Przedwczoraj Karol skończył 3 miesiące. Nie mogę w to uwierzyć - z jednej strony to tak długi okres, że ledwie pamiętam jak to było "przed", a z drugiej nie wiem, kiedy ten czas minął. Martwi mnie także, że oznacza to, że już większość mojego urlopu macierzyńskiego minęła - nie wiem, jak ja w marcu rozstanę się z naszym szkrabem.
Jest nam razem we trójkę fantastycznie i naprawdę nie wiem, jak my sobie bez bobasa radziliśmy ;)
Karol jest bobasem niemalże idealnym (co innego mogę powiedzieć, jako matka ;)). W ostatnich dniach mieliśmy okazję spotkać się z różnymi dzieciatymi znajomymi i muszę nieskromnie przyznać, że Karol rozwija się trochę szybciej niż większość dzieci, która nas odwiedziła. Opanował już bardzo dużo czynności, które według "Pierwszego roku życia dziecka" Heidi Murkoff przypadają na 4 miesiąc - spionizowany (co bardzo lubi) trzyma sztywno główkę, położony na brzuszku utrzymuje się na przedramionach (czego jednak nadal nie lubi), chwyta przedmioty położone na brzuszku lub trzymane przed nim, wyciąga rączkę po przedmiot. Zdarza mu się też przewrócić z brzucha na plecy, ale robi to czysto przypadkowo, gdy akurat korzystnie mu się łapka ułoży. W większości przypadków pozostawiony na brzuszku piszczy niezadowolony by go przekręcić na plecy. Tworzy zbitki samogłosek ze spółgłoskami - ale dosyć rzadko - woli ograniczać się do pisków i do francuskiego "rrrr". Kilka razy gdy podałam mu palce wskazujące i lekko przesuwałam je do siebie zaczął podciągać się do siadu (ale tylko w przypadku gdy był głową oparty o rogala do karmienia, z pozycji leżącej zawsze stawia opór, w związku z tym nawet przestałam mu taką zabawę proponować). Wierzga nogami jak szalony - próbuje unieść je jak najwyżej; odkrył także, że ma kolanka, na które można położyć rękę, co wyraźnie sprawia mu przyjemność.
W porównaniu z rówieśnikami jest natomiast raczej drobny (5,5 kg, wzrost gdzieś między 62 a 68 cm - w każdym razie takie ubranka na niego pasują - mierzony będzie w przyszłym tygodniu) - po pierwsze ze względu na zażegnane już kłopoty z karmieniem, po drugie pewnie ze względu na nadmierną wręcz aktywność. Wydaje się, że te kalorie, dzięki którym powinien rosnąć idą w rozwój psychomotoryczny. W przyszłym tygodniu mamy kolejną dawkę szczepionki i związaną z tym wizytę u pediatry - dowiem się wtedy, czy tą małą wagą powinnam się martwić. Z drugiej strony co mam zrobić - przecież nie zwiążę mu rąk i nóg i nie będę pasła jak gęsi...
Karol wydaje się być także bardziej uspołeczniony niż inne dzieci, które poznaliśmy - niestety pod warunkiem, że za definicję uspołecznienia uznamy potrzebę kontaktu z ludźmi i niechęć do wszystkiego, co ma tych ludzi zastępować. Nie dla niego karuzelki, projektory, mobile, leżaczki- bujaczki. Takie urządzenia co najmniej go nie interesują, a częściej frustrują. Nie ma mowy, by inne wibracje czy bujanie niż wywołane ruchem rąk były go w stanie uspokoić. Nie ma mowy by zasnął przy jakiejś odtwarzanej muzyce - jeśli coś ma go uspokoić lub pozwolić mu zasnąć, musi być wykonane przez człowieka. Jeśli chodzi o kołysanki to tłumaczę to sobie potrzebą urozmaicenia - z moim talentem i głosem, żadna piosenka nie brzmi zawsze tak samo...Niby DT ma lepszy słuch (w końcu kiedyś tam za młodu był basistą w jakimś tam garażu), ale też ma raczej luźne podejście do melodi...
Jeśli chodzi o rytm dnia - jedzenie co 3, czasami 2 godziny; jako tako śpimy w nocy, gorzej w dzień. Przez jakiś czas Karol miał fazę na przesypianie nocy praktycznie w całości, teraz budzi się około 3 w nocy - na szczęście wtedy nakarmiony i odłożony do łóżeczka zasypia prawie od razu.
Chciałabym napisać, że problemów ze spaniem nie mamy, ale nie byłaby to prawda - od świąt, które Karol ciężko zniósł, zasypianie wieczorne, które do niedawna odbywało się niemalże bezproblemowo, przedłuża się i przedłuża. I frustruje. Oj, frustruje... Dwa wieczory tuż po świętach spędziliśmy podając sobie płaczące dziecko z rąk do rąk do północy. Cieszę się, że Karol ma ojca, który ma odpowiednie poglądy na wychowanie dzieci -  muszę przyznać, że miałam takie momenty desperacji, że kusiło mnie by zostawić płaczącego bobasa w łóżku, bo nie miałam już siły oraz pomysłów na to, jak go uśpić. Na szczęście DT wybijał mi takie myśli z głowy.
Dzienne drzemki też wychodzą nam różnie - dzisiaj np. Karol śpi cudownie (zasypia w ciągu 2 piosenek i potrafi przespać całą godzinę), natomiast wczoraj miał tylko jedną krótką drzemkę rano i dłuższą wczesnym popołudniem - wieczorem był więc dosyć marudny ze zmęczenia. Nie mamy chyba odpowiedniego rytuału drzemek dziennych, co w połączeniu z nadmierną ciekawością i aktywnością szkraba powoduje, że ciężko mu zasnąć. Dodatkowo mieszkamy w bloku, w którym zamieszkałych jest chyba z 7 mieszkań, a w pozostałych trwają dopiero prace wykończeniowe. Szkrab nie jest jakoś straszliwie wrażliwy na dźwięki, ale nagle włączająca się wiertara lub młot udarowy potrafią go zupełnie rozbudzić.
Podsumowując krótko

Co Karol lubi?
  • Swoje ręce, a właściwie dłonie. Lizać, podgryzać, ciamkać. Sprawdzać ile paluchów wejdzie na raz do buzi (wydaje mi się, że 6), który jest najsmaczniejszy (chyba wskazujący), i jak głęboko da się łapkę wsadzić do buzi (cała piąstka do drugiego paliczka paluchów)
  • Kauczukowe lub silikonowe zabawki, które miło bada się jęzorem
  • Leżeć na przewijaku. Najlepiej bez ubrania
  • Uśmiechać się i piszczeć
  • Być w innych pozycjach niż leżąca
  • Wszystkie zabiegi pielęgnacyjne - czesanie, mycie buzi wacikiem, przecieranie oczu. On nawet lubi wyciąganie glutów aspiratorem (ale nie zawsze)
  • Słuchać, jak śpiewamy (mam nadzieję, że fakt że usypia przy wykonywanych przez nas kołysankach oznacza, że mu się to podoba, a nie, że jest tak straszne, że musi się wyłączyć)
  • Dostawać witaminy (od wczoraj tylko D, bez K)
  • Dużo ludzi u nas w domu
Czego nie lubi?
  • Spać w dzień
  • Zakładania kombinezonu
  • Zakładania czapki (to powinna być kategoria - nienawidzi)
  • Dużo ludzi poza domem
  • NIESTETY!!! - jeździć samochodem. Nie wiem, co się stało, ale jakiś tydzień temu fotelik i samochód najwyraźniej przeszły według Karola na ciemną stronę mocy i wyjazdy gdzieś przestały być przyjemnością. Należy nastawić się na co najmniej 20 minut płaczu - później biedak zasypia ze zmęczenia...




sobota, 29 grudnia 2012

Biedne te cycki - tym razem zator

Miałam sobie zrobić przerwę od bloga do Nowego Roku, ale dzisiaj na poprawę humoru postanowiłam sama dobie dać dyspensę.
Wygląda na to, że z Mamą Łucji  idziemy łeb w łeb jeśli chodzi o problemy z piersiami i karmieniem.  Powinnam była się spodziewać, że skoro od dłuższego czasu z cyckami u nas spokój i wszyscy czworo (ja, 2 cycki i szkrab) się dogadujemy, a na Łucjowym blogu pojawił się wpis o zastoju/zapaleniu piersi coś podobnego czeka i nas. Wczoraj na prawej piersi wyczułam od spodu duże zgrubienie. Oględziny w lustrze (zaczerwienienie w miejscu zgrubienia) potwierdziły wstępną samodzielną diagnozę - zatkany kanał mleczny. Na szczęście nie boli i nie mam objawów ogólnych (podwyższona temperatura, ogólne złe samopoczucie) ale i tak pozostaje stres, czy nie rozwinie się to w coś poważniejszego. Od wczoraj jestem więc marudna i łatwo wytrącić mnie z równowagi. Robię naprzemienne ciepłe i zimne okłady (ciepłe przed, a zimne po karmieniu), Dumny Tata został zatrudniony do masażu (na pierwszą propozycję przystąpił z ochotą, ale potem skonstatował, że taki leczniczy masaż, to jednak nie to ;)), po każdym karmieniu uruchamiam dodatkowo laktator. Póki co poprawy brak.
Zator zupełnie mnie zaskoczył - w ostatnich dniach szkrab był przy cycu jeszcze częściej niż zwykle - tuż przed świętami miał chyba skok wzrostu, gdyż przez trzy dni mieliśmy ewidentne skumulowane karmienia - i to, czego nie lubię, a z czym mam wprawę - maratony cyckowe z żąglowaniem (podawanie kolejnych i kolejnych piersi wygłodniałemu maluszkowi - tak między innym spędzilam Wigilię...). Święta zniósł tak sobie - wyraźnie dokuczał mu nadmiar wrażeń, co z kolei także powodowało, że pierś była podawana trochę częściej niż zwykle (teraz z perspektywy czasu wydaje mi się, że reagowaliśmy przedwcześnie i tak naprawdę cyc był podawany jako knebel, a nie dlatego, że młody był głodny). Prawdopodobnie wyhodowałam sobie nieduży nawał, dla którego nasza 5 godzinna nocna przerwa w karmieniu była za długa. Inna hipoteza jest taka, że po prostu oberwałam od młodego w cycka - ostatnio odkrył jakie cuda można wyczyniać nogami i wierzga nimi przy każdej okazji - niejednokrotnie finał takiego gwałtownego ruchu nogą jest na nas - biedny Dumny Tata jest regularnie kopany przy przewijaniu. 
Dodatkowo pluję sobie w brodę, za nadmierne edukowanie Dumnego Taty w sprawach cyckowych i rozkładanie książek o KP gdzie popadnie. Miałam nadzieję, że z okazji zatkanego kanału mlecznego i związanych z tym cierpień (co, z tego, że głównie psychicznych) będę miała kompletnie wolne, będę leżeć na kanapie, pachnieć i karmić. Ale, nie... DT przeczytał u Nehring-Gugulskiej, że dobrze by było bym ręką po stronie "zepsutego" cycka robiła drobne prace - tak więc nici z wylegiwania się - zmywam, odkurzam, zamiatam. Mam nadzieję, że chociaż nie wpadnie na pomysł prania ręcznego...

piątek, 21 grudnia 2012

Poczytaj mi mamo! A, nie...sam poczytam ;)

Młody, podobnie jak mama, jest dzieckiem epoki Gutenberga :)

Zdjęcie oczywiście pozowane (trzy razy ustawiałam mu tę cholerną książeczkę na brzuchu i ciągle spadała). Ale młody sam położył łapki na książce, i sam skupił na niej wzrok ;)

O mlecznej ewangelizacji, doradztwie i ocenianiu innych

Dwa tygodnie temu byłej żonie mojego brata ciotecznego, urodził się maluszek. Z dziewczyną nie utrzymywałabym kontaktów, gdyby nie to, że mają z moim bratem córkę. Ostatnio gdy odwiedziła mnie moja własna siostra, która mieszka niedaleko rzeczonej dziewczyny zapytałam ją, co u niej słychać, czy wszystko w porządku, jak radzi sobie z dzieckiem i czego potrzebuje (mam sporo rzeczy, z których Karol już wyrósł - część z nich nigdy nie używanych). Okazuje się, że szczęśliwie trafił jej się dzieciak o regularnym trybie życia i do tego raczej spokojny. Dobrze - domyślam się jak ciężko byłoby samotnej matce opiekować się trudnym dzieckiem. Siostra dodała, że maluch potrafi ładnie naprawdę długo spać, co pozwala Monice spokojnie wyjść załatwiać swoje sprawy. I tu zapaliła mi się po raz pierwszy czerwona lampka - zostawiać 2 tygodniowe dziecko pod opieką 11-latki?
Zapytałam się o karmienie - i tu druga lampka - Monika ma za mało pokarmu i stopniowo przechodzi na mleko modyfikowane. Moja pierwsza myśl "g... prawda - po prostu za rzadko go karmi". Poczułam autentyczne oburzenie. Kurcze, przecież to wcześniak (urodził się na przełomie 36 i 37 tygodnia), jak można tak go traktować - pozwalać by omijał swoje posiłki i w zamian podawać mu MM. Druga myśl - jak łatwo przyszła mi ocenienie i to negatywnie tej dziewczyny. Od razu założyłam, że konieczność dokarmiania to jej wina, i że robi źle. I robi to osoba, która niecały miesiąc temu sama przestała dokarmiać swoje dziecko, i która z tytułu problemów z laktacją wylała mnóstwo łez. Wtedy świadomość, że jestem oceniana negatywnie na 100% by mi nie pomogła.
Kolejna myśl - trzeba do niej natychmiast jechać wyjaśnić jak działa laktacja i jak ma ją rozkręcić.
I tę moją myśl wyłapał chyba M. i rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie. Przedyskutowaliśmy wtedy sprawę - i uświadomiłam sobie, że zamierzałam zrobić to, co mnie trochę irytowało - ewangelizować i przekonywać do jedynej słusznej racji czyli KP. Może w jej przypadku MM jest lepszym wyjściem? Po pierwsze ma córkę, która ma problemy w szkole, i której należy się sporo uwagi. Dzięki MM maluch będzie dłużej spał i lepiej przesypiał noce - dzięki temu dziewczynka będzie miała większe szanse na wysypianie się i spokojne odrabianie lekcji. Po drugie - nie sądzę by Monika powstrzymała się całkowicie od picia alkoholu. Nie podejrzewam jej o jakieś większe wybryki, ale obawiam się, że jakieś piwo od czasu do czasu wypije. Jestem też prawie pewna, że pali papierosy - gdy odwiedzałam ją jakiś miesiąc temu wyczaiłam popielniczkę na zewnętrznym parapecie w łazience. Może się okazać, że jej mleko wcale nie będzie takie zdrowe dla dziecka. Po trzecie - rzeczywiście może jej być ciężko samej - nie jest to co prawda usprawiedliwienie, gdyż mnóstwo samotnych matek radzi sobie doskonale karmiąc piersią - ale mimo wszystko możliwość zostawienia dziecka pod czyjąś opieką (byleby to była raczej jej matka, niż 11 letnia córka) jest ułatwieniem.
Rozkręcenie laktacji wymaga poświęceń. Jest to pot, łzy i jeśli problemem jest nieprawidłowe przystawianie - także krew. Mi się udało, gdyż oprócz tego, że cechuje mnie upór, wierzyłam, że warto o KP walczyć, umiem czytać ze zrozumieniem, miałam ogromne wsparcie - w domu i w świecie wirtualnym. Możliwe, że bez takiego wsparcia ten trud i tak okazałby się być daremnym...
W związku z tym ostatecznie jutro jedziemy do niej by zorientować się, czy jest nastawiona na KP i wtedy jej doradzać jak zwiększyć produkcję mleka, czy też chce karmić mlekiem modyfikowanym i stopniowo na nie przejść - i wtedy uszanować ten wybór, bo może w jej kontekście rodzinnym jest on lepszy...

czwartek, 20 grudnia 2012

Przemianowanie - witajcie na szkrabowym blogu

Gdyby więcej dni byłoby takich ja te kilka ostatnich myślę, że zdecydowałabym się na stadko dzieci ;) Wiem, że nie potrwa to długo - niewiele brakuje nam do kolejnego skoku rozwojowego - ale póki co moje dziecię jest chodzącym (no, w sumie raczej leżącym, bądź też wczepionym na małpiatkę) aniołem. Dużo się śmieje - do niedawna każde przebudzenie oznaczało płacz, a w najlepszym wypadku skwierczenie - teraz wita nas uśmiech. Nie zawsze, ale zdarza mu się także z uśmiechem zasypiać. Ogólnie ładnie śpi - w ciągu dnia drzemki są krótkie, ale jest ich kilka, tak więc udaje się razem zebrać te zalecane 3h. Dzięki temu większość posiłków jemy razem (tzn. my rodzice, nie ja i bobas - chociaż uczciwie przyznam, że i to się zdarza). Wieczorem usypianie także udaje się dosyć bezboleśnie.
Poza tym niesamowicie wydoroślał - jestem w szoku jak w ciągu kilku dni dziecko potrafi wybystrzeć. Wiem, że to typowy syndrom matki, ale naprawdę widzę inteligencję w oczach mojego maluszka. Karol zaczyna już coraz świadomiej patrzeć na świat - uwielbiam obserwować jak zaczyna uważnie oglądać przedmioty i je badać. Ruchy rąk są póki co nadal nieskoordynowane - ale zdarza mu się złapać przedmiot, przytrzymać go ręką, dotyka mojej twarzy i, tu już będzie nadinterpretacja - nadstawia łapki do cmokania ;) Uwielbia słuchać piosenek, a właściwie wszystkiego co ma rytm.
Bardzo dużo się bawimy i rozmawiamy. Razem mówimy wierszyki - w tym o koziołeczku wysyłanym przez ojca do miasteczka Karol mówi kwestię koziołka - tzn płacze ;) Wiadomo koziołek dostawał lanie od ojca - Karol już wie, że dzieci nie wolno bić, nawet jeśli są kozami. W wierszyku o lokomotywie  mówi kwestie lokomotywy - czyli sapie i dyszy. Musimy tylko jeszcze popracować nad tym by mówił te kwestie we właściwych momentach wiersza.
Faceta, który jest już tak dorosły i już tyle w życiu osiągnął nie można nadal nazywać Kluskiem. Po prostu nie wypada nazywać tak kogoś, kto już zupełnie świadomie może sobie wsadzić pół ręki do buzi. Od dzisiaj więc przemianujemy Kluska na Szkraba. Zastanawiałam się, czy tej zmiany nie dokonać gdy Karol skończy 3 miesiące, ale myślę. że by się obraził, że nie doceniamy jego postępów. Witamy więc na szkrabowym blogu, od tej pory nasz blog nazywa się "All about Szkrab" :)
A poniżej pierwsza szkrabowa historyjka - gastronomiczna ;)




środa, 19 grudnia 2012

Zgadnij kim będę?

Mata edukacyjna mojego synka leży w rogu pokoju. Obok niej leży silniczek od laktatora podłączony do kontaktu. Wiem - nieekologicznie i nieoszczędnie jest zostawiać zasilacz podłączony do prądu, ale gdy odciągam mleko w nocy nie jestem w stanie zbyt wielu rzeczy ogarnąć na raz. Dzisiaj zauważyłam, że zamiast patrzeć na kolorowe zabawki umieszczone na macie, Karol długie minuty wpatruje się w żółty i pozornie nie interesujący dla dziecka przedmiot. Olał słonika, olał żyrafkę, olał nawet ukochanego smoka - jego uwagę przykuł silniczek laktatora. To musi coś znaczyć ;)
Albo rośnie mi przyszły inżynier, albo doradca laktacyjny.
Jak myślicie???

PS. Gdy go znowu na tym przyłapię cyknę fotkę, co by przesłać w odpowiednim momencie do poradni zawodowej (czy jak się to tam nazywa)

wtorek, 18 grudnia 2012

Nie jest dobrze...

...gdy nawet jeden z bardziej przyjaznych dzieciom (i ich rodzicom) sklepów, ogranicza tę przyjazność.
Poniżej zdjęcie z Ikei w Markach - tak wyglądało każde miejsce dla rodziny z dzieckiem - śnieg z całej alejki był gromadzony właśnie przed nim.
Nie wiem. Może to jakaś sugestia, że przed świętami nie powinno się szlajać z dzieckiem po sklepach???

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Mama dobra rada;)

Mamową blogsferę ogarnął prawdziwy szał Inki korzennej. Nic dziwnego - jest pyszna. W mojej mieścinie akurat nie ma problemów z jej zdobyciem, ale wygląda na to, że jest to raczej produkt deficytowy.
I tu dobra wiadomość - Inka korzenna dostępna jest w Tesco E-zakupy, więc jeśli Tesco dociera do Was - problem rozwiązany. Jeśli nie - nadal możecie cieszyć się piernikowatym smakiem kawy zbożowej. Sposób przetestowałam w sobotę u mojej mamy, gdzie naszła mnie ochota na Inkę. Korzennej oczywiście moja mama nie miała (w sumie cud, że miała własną - nie pije jej i kupiła do jakiegoś ciasta, którego ostatecznie nie upiekła). Problem rozwiązałyśmy dodając przyprawę do kawy Kamisu. Tak więc:






Smak nie jest identyczny, ale bardzo zbliżony. Korzenność można oczywiście nadać Ince samodzielnie tworząc mieszankę przypraw, ale rozwiązanie z gotową przyprawą Kamisu też jest niezłe.
Howgh!

piątek, 14 grudnia 2012

Uwielbiam :) :) :)



Mrowienie w piersiach...









PS.Wybaczcie tę miernej jakości ilustrację posta...mój mózg jest już w trybie weekendowym:)

czwartek, 13 grudnia 2012

Mama chodzi sama :)

Zaliczyłam pierwsze samodzielne, bezbobasowe wyjście. Nic ekscytującego - musiałam pojechać do lekarza, a mamy zepsuty samochód, więc niemogliśmy wybrać się rodzinnie. Pierwszy raz od 2 miesięcy samodzielnie przemaszerowałam ulicami prowadzącymi do stacji, zapakowałam się do SKM (która wydawała mi się tym razem naprawdę szyba) i udałam się do centrum Warszawy. Pierwszy szok - przejście podziemne między Śródmieściem a Centralnym - ile sklepów, ile ludzi ;) W jednym z butików kupiłam sobie czapkę gdyż w całym zamieszaniu przedwyjściowym zapomniałam o jakimś nakryciu głowy. Później jazda tramwajem - przez okno wyglądałam podekscytowana jak przedszkolak. Wizyta u lekarza trwała dosłownie kilka minut - gdy wyszłam z budynku nie wiedziałam co zrobić z czasem - z jednej strony apteka - kusi mnie by wejść i popytać o kilka preparatów wymienianych przez Srokę, obok Rossmann ( którego nie ma w naszej wiosce) - przypomina mi się, że kończą nam się niektóre kosmetyki, tuż obok Coffee Heaven, którego normalnie nie odwiedzam, ale tym razem żołądek, w którym nic nie było od 20 dnia poprzedniego sugeruje, że w tym miejscu możnaby coś wciągnąć), rozum podpowiada, że jak tylko przejadę 2 przystanki będę mogła wejść do Złotych Tarasów, gdzie nie tylko mam szansę coś kupić, ale skąd już będę miała blisko do pociągu. W międzyczasie przypomina mi się bobas, który pierwszy raz został sam z tatą. I włącza się kolejny strumień świadomości - kurcze, zostawiłam im tak mało mleka (od kilku dni Klusek porzucił dobry zwyczaj przesypiania nocy i budzi się kilkakrotnie dopominając się jedzenia, co ogranicza moje możliwości laktatorowania), sąsiad z wiertarką pewnie znowu szaleje i młody nie może usnąć, zapomniałam M. powiedzieć by nie smarował mu przed spacerem buzi kremem Flosleku, bo wczoraj zorientowałam się, że zawiera wodę. Decyzja - wstępuję tylko do sklepu spożywczego po coś na obiad i wracam. Szybko znajduję się z powrotem w pociągu i po 3h od wyjścia jestem już w domu. A tam - Bobas i tata zadowoleni. Mleko nie było potrzebne - Klusek nie dopominał się, i grzecznie poczekał na powrót cycków do domu. Okazuje sie, że sprawował się wzorcowo i nawet uciął sobie w międzyczasie drzemkę.
Jedyny problem to fakt, że tata nie raczył tego wykorzystać w sposób, w jaki ja bym to zrobiła. Zastałam niepościelone łóżko, niepozmywane naczynia, ubranka młodego walające się po podłodze i błoto w przedpokoju...Zaczynam się obawiać jak będzie wyglądał nasz dom, gdy ja wrócę do pracy i Karol przejdzie pod opiekę taty. Mam nadzieje, że nie będę musiała zaczynać od odgruzowania mieszkania...

wtorek, 11 grudnia 2012

Dialogi rodzinne: dezorientacja kota

Kojarzycie skecz Monty Pythona o dezorientowaniu kota?



Dezorientowanie mnie to ulubiony sport i hobby mojego M.(aka Dumny Tata)

DT: Ślicznie wyglądasz
JA: Acha.. Jestem na wpół łysa i wystaje mi brzuch...
DT: Tak jakoś paradoksalnie działa ta cała ciąża i macierzyństwo. Wyglądasz gorzej, ale mi się bardziej podobasz...

No i znów nie wiem, czy mam strzelić focha czy nie...

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Długa, kręta, ale zwycięska


Moja droga mleczna.


Ten post miał powstać już jakiś czas temu, ale bałam się, że zapeszę i dlatego z dość dużym opóźnieniem informuję - udało się - po wielu tygodniach, licznych próbach, hektolitrach przelanych łez - nasze trudności z karmieniem piersią zostały pokonane. Nie jest idealnie - Karol nadal nie je super-aktywnie i długość naszych posiłków plasowałaby się gdzieś w górze siatki centylowej;), moje piersi cały czas ledwie nadążają z produkcją odpowiedniej ilości pokarmu i w pewnym sensie ciągle żyjemy w lekkim kryzysie laktacyjnym, ale mleko modyfikowane odeszło już dawno w odstawkę, a podawanie mojego ściągniętego mleka przestaje być koniecznością. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. W następnym poście napiszę jak dokładnie udało nam się przejść z karmienia mieszanego do samej piersi.
Co mi pomogło?
  • Wiedza. Na pewno nie przeczytałam wszystkiego, co napisano o karmieniu piersią, ale myślę, że byłam blisko ;) Namiętnie czytałam blogi, fora i porady ekspertów zamieszczone w Internecie. zebrałam niezłą kolekcję broszur o karmieniu. Ponadto uważnie przestudiowałam każdy fragment poświęcony KP, który znajdował się w moich książkach o niemowlakach (w tym rozdziały z "Pierwszego roku życia dziecka" H. Murkoff, A. Eisenberg). I przede wszystkim "Warto karmić piersią" Magdaleny Nehring-Gugulskiej. Czy wiedza jest niezbędna do karmienia piersią? Na pewno nie, w normalnej sytuacji - ale mi, osobie, która musi nie tylko czuć, ale i rozumieć, dokładne przestudiowanie literatury na ten temat bardzo pomogło - dzięki temu rozumiałam, skąd się brały niektóre porady doradców laktacyjnych, i co dokładnie jest przyczyną kłopotów.
  • Doradztwo. Korzystałam zarówno z porad profesjonalnych doradców laktacyjnych, jak i blogowych ekspertów oraz osób, które problemów z KP nie miały (duże podziękowania dla Matrioszki). Nie to, że którakolwiek z tych osób powiedziała mi coś zupelnie nowatorskiego lub udzieliła "zwycięskiej" porady, ale pomoc ta utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem na dobrej drodze, że sposoby zwiększenia laktacji, które stosuję mają sens, i, że o ile będę wytrwała - uda się. Przy okazji zorientowałam się także, jak niewie wie większość tzw. doradców laktacyjnych - gdy porada "przystawiać często" nie działa rozkładają bezradnie ręce. Ponadto większość z nich to nie doradcy, a propagatorzy i na dodatek fanatyczni - informacja, że dokarmiam butelką (Medela Calma) powodowała, że przechodzili w tryb "sama jest Pani sobie winna - proszę odstawić butelkę i karmić po palcu a problemy same się rozwiążą. No chyba, że jest już na to za późno". Dokształcenie się samodzielnie pomogło mi decydować, co może zaszkodzić, a co, może pomóc. 
  • Wyznaczenie daty. Nie poddałam się w mojej walce o karmienie piersią tylko dlatego, że wyznaczyłam sobie wyraźną datę, do kiedy walczę pełną parą. Na początku było to 7 tygodni, wynikające z tego, że około 6 tygodnia życia organizm dziecka zaczyna być bardziej efektywny w wytwarzaniu własnych przeciwciał. Ponieważ dla mnie największą zaletą KP jest wspomaganie odporności dziecka i przekazywanie mu przeciwciał, uznałam, że muszę koniecznie starać się dostarczyć ich jak najwięcej zanim moja Kluska jest w stanie efektywnie walczyć z zarazami tego świata. Później ten termin przesunęłam na skończone 2 miesiące Karola, i gdy zbliżałam się do tej daty planowałam przesunąć to na 3 miesiące (co okazało się nie być konieczne, gdyż sukces udało się osiągnąć przed dwumiesięcznicą bobasa). Co ważne - te daty nie wyznaczały końca karmienia piersią, tylko koniec walki na 100, czy nawet 120%. Dzięki temu, że miałam wyznaczone jakieś realistyczne terminy łatwiej mi było pokonać chwilowe słabości - mówiłam sobie - jeszcze tylko 3, 2, tygodnie; jeszcze tylko kilka dni. Gdyby nie to myślę, że któregoś gorszego dnia, wykończona i zrezygnowana odpuściłabym zupełnie.
  • Blogi mam karmiących MM. Paradoksalnie blogi i wpisy chwalące KP, mówiące o tym, jakie jest dobroczynne, proste i wspaniałe w ogóle mi nie pomagały. Wręcz przeciwnie - często wywoływały frustrację. Czasami dlatego, że były naiwne, czasami przez zwykłą przyziemną zazdrość. Z kolei czytanie perypetii mam karmiących mlekiem - obserwowanie jakimi są cudownymi matkami, pomogło mi nabrać dystansu do całej sprawy. W ferworze walki łatwo zapomnieć, że karmienie to tylko jeden, i to niekoniecznie najważniejszy element relacji z dzieckiem. Że jeśli mi się nie uda nic się nie stanie - dołączę po prostu do grona matek, które głębszą więź z dzieckiem nawiązują poprzez inne czynności niż karmienie.
  • SNS Medela.  Mleko modyfikowane, którym Karol był dokarmiany podawane było za pomocą buteleczki zawieszonej na szyi, i drenów podlepianych do sutka. Dzięki temu nawet w sytuacji, gdy takie mleko było podawane laktacja w jakimś tam stopniu była stymulowana, a Karol uczył się aktywnie ssać (aby mleko płynęło malec i tak musi ssać, ale płynie ono dosyć szybko co daje bobasowi natychmiastową gratyfikację - jego wysiłek włożony w ssanie jest natychmiast nagrodzony), a ja nie miałam strasznych wyrzutów sumienia, że podaje MM.
  • Spacery. Mój model niemowlaka do "bobas śpiący zewnętrznie". Zabranie go na spacer często było jedynym sposobem by lekko niedojedzony (ale nie umierający z głodu) zasnął. Gdy nie dawałam już rady podawać kolejnych piersi zabierałam go po prostu do lasu, gdzie przez mniej więcej godzinę spokojnie sobie spacerowaliśmy. Pozwalało mi to odetchnąć, mleku zgromadzić się w piersiach, a bobasowi spokojnie pospać. Zbierałam wtedy myśli, relaksowałam się, a mleko samo napływało.  
Teraz bobas ładnie przybiera na wadze i wydaje się być dosyć zadowolony z życia. Karmienia są częste, a ponieważ każdy posiłek też do najkrótszych nie należy, w wielu wypadkach nie ma mowy o tym, by między jednym, a drugim znalazł się czas na drzemkę.  Ale prawie każdego dnia widzę poprawę i teraz podczas karmienia mogę czytać książkę, przeglądać Internet i tylko co jakiś czas sprawdzać, czy Kluska je aktywnie. Nie muszę już skupiać całej mojej uwagi na nim i aktywizować co chwilę. Na razie nie odważyłabym się na karmienie w jakimś miejscu publicznym, nie chciałabym też zająć pokoju do karmienia na czas pozwalający 3 innym bobasom na zjedzenie posiłku, ale mogę już sobie pozwolić na dłuższe wyjścia do znajomych czy rodziny. A za jakiś czas mam nadzieję doświaczyć wszystkich wygód karmienia piersią :)

sobota, 8 grudnia 2012

Mam i ja: Przegląd komórkowy

Wszyscy mają, to ja też - kilka komórkowych fotek z ostatniego tygodnia. 
Zieeew. A jak tylkopołożysz mnie do łóżka to senność przejdzie



Wcale nie ślinię się do Alantanu!

Czy kolor tych spodni to sugestia co mam zaraz zrobić?

Dobra, Wyglądam jak jaszczurka.Może wystarczy już tych upokarzających ćwiczeń?
Mamo,może zasugerujesz rodzinie, że nie chcemy już ubranek w króliczki i misie?
Wiem, że Tobie wydaje się, że wyglądam słodko w tej pozycji, ale mnie to naprawdę męczy
Jeszcze 5 minutek...
Niezłą niespodziankę Ci zrobiłem, co?






piątek, 7 grudnia 2012

Jak zdobyć uznanie babci :)

Odwiedziła mnie prababcia Karola. W kilku sprawach - przywieźć 76 pierogów, pomierzyć Kluskę, co by jej sweter jakiś wymodzić na drutach, ale podejrzewam, że przede wszystkim po to, by sprawdzić, czy dobrze zajmuję się jej prawnukiem.
Czułam się czujnie obserwowana przy wszystkim co robiłam przy malym.  Babcia uważnie sprawdzała czy młody jest dobrze przystawiony do cyca, czy ładnie łyka, czy temperatura w pokoju jest odpowiednia. Ale nie padly żadne słowa komentarza; wyłapałam tylko kilka dyskretnych skrzywień gdy dosyć bezpardonowo przewieszałam sobie niemowlaka przez ramię do odbicia. Gdy wyraźnie było słychać, że czas na zmianę pieluszki poczłapała za mną do sypialni zobaczyć jak młody jest przewijany. Tu także odbyło się bez komentarzy. Dopiero gdy sięgnęłam po mąkę ziemniaczaną co by posypać zadek Karola na twarzy babci zagościł uśmiech. Zostałam poklepana po ramieniu i babcia stwoerdziła, że już może jechać do domu.
Test wypadł pozytywnie - babcine geny są w dobrych rękach!
Mimo wszystko mam  nadzieję, że kolejna wizyta nie nastąpi zbyt szybko...

środa, 5 grudnia 2012

Dialogi rodzinne: Bolszewicy i subtelnie o karmieniu piersią

Ja próbuję zasnąć, Dumny Tata usypia malucha. Trwa to, i trwa, i trwa...Zrozpaczony i zrezygnowany ojciec przychodzi do mnie się wyżalić.
DT: Nic nie działa. Bujanie, zającowanie, przytulanie, poklepywanie po pleckach, szumienie, cicho-szanie, śpiewanie piosenki o Bolszewikach
JA (półprzytomnie): Może on nie lubi Bolszewików
DT: Ale ta piosenka (*) przedstawia Bolszewików w negatywnym świetle
JA (zupełnie nieprzytomnie): Malutki jest. Mógł nie zrozumieć złożoności tekstu

* Kult - Sowieci






Drugi dialog nie jest rodzinny, ale pracowy. W zeszłym tygodniu musiałam pojechać do pracy pozałatwiać jakieś formalności. Pojechaliśmy we trójkę co by młodego zaprezentować. Wszyscy oczywiście zachwycają się jakie to ładne i spokojne dziecko mamy. Padają różne standardowe pytania o sen, kupy, i inne przyziemności. W końcu mój praktykant (P) wypala:
P: A jak tam...? I tu gest dłoni obrazujący piersi/
Ja ( Totalne zdziwko, bo nie wiem o co on w sumie pyta - czy mi urosły?, czy bolą, czy podoba mi się karmienie piersią (wcześniej mieliśmy sporo rozmów o problemach jego siostry)
Yyyy...?
Młody chyba zrozumiał moje zdziwienie i milczenie jako zaklopotanie niezbyt taktownym pytaniem. Już chciał jakoś wybrnąć z tego faux pas gdy wyręczyła go słynąca z dyskretnego kobiecego czaru i subtelności koleżanka Gabi (G):
G: Młody chciał zapytać, czy Karol siorbie cyca
Ja: (jeszcze bardziej osłupiała): Tak, siorbie :)


wtorek, 4 grudnia 2012

Ćwiczenia brzuszka

Nasz bobas bardzo niechętnie leży na brzuchu - wystarczy kilka minut w tej pozycji i z roześmianego niemowlaka zamienia się w małego skrzecza. Ponieważ wiem, jak ważne są ćwiczenia w tej pozycji staram się go położyć na brzuszku chociaż na kilka minut w ciągu dnia - wyłapuję momenty, kiedy już pobawił się w innych pozycjach, ale nie jest jeszcze zmęczony i przekręcam go wtedy na brzuszek cały czas zagadując. Uważnie obserwuję i czekam na pierwsze oznaki niezadowolenia by zanim negatywne emocje się rozkręcą przekręcić malucha z powrotem na plecy. Czasami te sesje trwają minutę, czasami dłużej. Ogólnie staram się by na brzuchu malec spędził przynajmniej 10 minut dziennie.Dodatkowo leży na brzuszku podczas wieczornego masażu.

W bardziej marudne dni stosuję ćwiczenia zastępcze. Układam malucha brzuchem w dół na swoich kolanach, przy czym kolano od strony główki bobasa musi być wyżej, tak by kręgosłup był w linii prostej. Zagaduję i zabawiam malucha pokazując mu zabawki - łatwiej to ćwiczenie wykonać w dwie osoby - jedna trzyma bobasa, a druga klęka na podłodze i gada z nim. Dodatkowo noszę bobasa brzuchem w dół - również w takiej sytuacji odpowiednie grupy mięści wzmacniają się.

Widać efekty ćwiczeń - Karol ma dosyć silne mięśnie karku i w większości pozycji sztywno trzyma głowę, a podczas leżenia na brzuchu potrafi ładnie podeprzeć się na ramionkach. 
Poniżej zdjęcie z wczorajszej brzuszkowej sesji:
 

A tak Kluska wygląda chwilę po ćwiczeniach. Bidulek ;)
 

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Katarek

Niestety katar dopadł też Karola. Nie jest na szczęście jakiś silny ale i tak daje się we znaki. Praktycznie cały dziń bobas spędza w chuście, gdyź inaczej strasznie marudzi i nie może zasnąć.. Musieliśmy wyciągnąć z szuflady Fridę. Przez pierwsze kilka razy udało nam się utrzymać atmosferę zabawy i wyciąganie smarków nawet się Karolowi podobało. Teraz już niestety zaczyna płakać już po wkropleniu soli fizjologicznej. Próbowaliśmy używać soli w sprayu Merimar, ale próba aplikacji wywołała histerię więc wpuszczamy po prostu kilka kropel ze zwykłej ampułki soli fizjologicznej. Ponadto robimy inchalacje z rumianku - stawiam miseczkę z naparem koło łóżeczka. Nie wiem, czy to na pewno coś daje. 
Mały nie ma gorączki i oprócz kataru nic mu nie dolega - zastanawiam się czy wyjść z nim na spacer - zimne powietrze może ładnie obkurczyć naczynia krwionośne, ale wilgotność powietrza jet dosyć duża i łatwo o dodatkową porcję zarazków.
A co poza tym? Kluska wreszczie przekroczyła 5kg! Ja podczas wizyty u rodziców też się zważyłam - 52.5 kg. Czyli jeszcze 2 kg i wracam do wagi z przed ciąży. Jeśli Karol będzie tak ładnie przybierał na wadze jak w ostatnich tygodniach myślę, że to szybko nastąpi...
W związku z tym bez krępacji obżeram się szarlotką z babcinych jabłek ;)
Karol już ładnie utrzymuje się na łapkach keżąc na brzuchu. Nadal nie lubi tej pozycji więc długo nie trenuje, ale i tak widać postępy. Chłopak nam mężnieje. Zaczął też używać spółgłosek - teraz coraz częściej słyszę a-gu, zamiast a-u. Jest już na etapie gdy można odwrócić jego uwagę, łatwiej więc o przejście od skwierczenia czy nawet płaczu do śmiechu. Moja mama twierdzi, że ani ja, ani moja siostra nie byłyśmy tak kapujące w jego wieku - nie wiem czy cieszyć się, czy obrażać ;) Ale racze cieszyć -  końcu mimo wszystko jakoś wyszłyśmy na ludzi...
 
Podobne posty