czwartek, 31 stycznia 2013

Jak zachęcić dziecko do leżenia na brzuchu - ogólne zasady

Podobnie (jak się okazuje) wiele bobasów Karol póki co nie przepada za leżeniem na brzuchu. Ponieważ ta pozycja jest niezwykle ważna dla rozwoju maluchów staramy się by mimo wszystko jak najwięcej czasu w niej spędzał, a najchętniej by ją polubił. Każde dziecko jest inne, i to, co pasuje jednemu może być okropnym przeżyciem dla innego, ale mam nadzieję, że te kilka porad poniżej pomoże komuś w ćwiczeniach z własnym maluchem. W tym poście przestawiam ogólne zasady wypracowane przeze mnie przez te 4 miesiące życia Karola. W następnym bardziej szczegółowo opiszę jak wprowadzamy je w życie.

1. Kończymy zanim dziecko będzie chciało skończyć. Tę zasadę przeczytałam u Domana i uświadomiłam sobie, że nieprzestrzeganie jej w pierwszych tygodniach ćwiczeń było moim największym błędem. Starałam się by Karol jednorazowo leżał na brzuchu jak najdłużej, co często kończyło się jęczeniem. Robił postępy, ale równocześnie prawdopodobnie pozycja na brzuchu zaczęła mu się źle kojarzyć - jako coś co męczy, i co trzeba robić dopóki mama się nie zlituje. Teraz nasze brzuchowe sesje trwają do momentu pierwszego najmniejszego niezadowolenia - zniknięcia uśmiechu, opadu głowy, dziwnego tonu pisku. Być może wiele razy reaguję przedwcześnie i skracam te sesje tak naprawdę długo zanim bobas chciał skończyć, ale mam pewność, że nie przetrzymuję go w tej pozycji za długo. Jeśli sesja jest krótka po prostu za jakiś niedługi czas próbujemy ponownie.
2. Ekscytujemy. Ostatecznie pewnie każde dziecko polubi pozycję z brzuchem na dole - daje mu ona po prostu nowe możliwości. Zanim samo odkryje, że leżenie na brzuchu jest fajne, trzeba je fajnym uczynić. Jak to zrobić?
  • nowe perspektywy.  Kładziemy dziecko na brzuchu w takich miejscach by miało zupełnie nowe widoki, niż te, które poznaje leżąc na plecach. Matę, kocyk, na którym ćwiczymy leżenie na brzuchu układamy w pokoju, gdzie dziecko z reguły nie przebywa, w kuchni, w przedpokoju, a nawet w...łazience. Dajemy mu spojrzeć na świat z różnych wysokości (oczywiście bardzo dbając o bezpieczeństwo) - stołu, blatu kuchennego, pralki.
  • nowe przedmioty. Nowe zabawki oraz bezpieczne dla dziecka przedmioty codziennego użytku podajemy niemowlakowi gdy leży na brzuchu. Dzięki temu pozycja ta zaczyna się lepiej kojarzyć
  • nowe wrażenia. Włączamy muzykę, tańczymy, śpiewamy, gimnastykujemy się, przytulamy - dajemy okazję by dziecko zobaczyło nas w nowych sytuacjach
  • nowe faktury. Zmieniamy "materiał" na którym dziecko leży na brzuchu. Niech to raz będzie szorstki,  ręcznik innym razem puchaty kocyk lub mięciutka kołderka
3. Wspomagamy rozwój mięśni.  Leżenie na brzuchu jest problemem dla wielu dzieci, gdyż kojarzy im się z wysiłkiem. Im łatwiej dziecku leżeć w tej pozycji tym chętniej to robi. Warto wprowadzić więc trochę ćwiczeń usprawniających mięśnie niezbędne przy podnoszeniu głowy i prostowaniu przedramion. Nośmy dziecko w pozycji z brzuchem do dołu oparte na naszym przedramieniu. Sprawdzi się to i w przypadku najmniejszych maluchów. Dziecko oswaja się z pozycją a wykonując mikroruchy głową wzmacnia się. Gdy już trochę podrośnie w takim zwisie na ramieniu rodzica może też już zacząć manipulować rękami. Mięśnie  możemy także wzmacniać symulując leżenie na brzuchu, np. opieramy dziecko na naszych kolanach brzuszkiem do dołu - głaszczemy, pokazujemy zabawki, masujemy. Wykorzystujemy przedmioty - kładziemy bobasa opartego o rogala do karmienia lub jakiegoś pluszaka. Dzięki temu główka malucha będzie od razu na tej wysokości, na której by się znalazła gdyby leżał oparty na przedramionach - dziecko ma szanse zobaczyć korzyści płynące z tej pozycji ;)

4. Bawimy się razem z dzieckiem.Niech ćwiczenia na brzuchu będą jak najbardziej wspólnym doświadczeniem. Gdy dziecko leży na brzuchu na macie - kładziemy się naprzeciw niego - mówimy, robimy miny, podmieniamy zabawki. Inną opcją są wspomniana przeze mnie wcześniej gimnastyka - gdy dziecko aktywnie uczestniczy w gimnastyce mamy, leżąc na brzuchu. Oprócz wspomnianej w tamtym poście pozycji inną którą polecam to zwykłe leżenie na plecach, bobasa kładziemy sobie na brzuchu (na brzuchu ;)) i podnosimy i opuszczamy głowę. Cały czas zagadujemy dziecko, cmokamy je i robimy miny
5. Uczymy samodzielności. Kolejnym powodem, dla którego dzieci niechętnie leżą na brzuchu to poczucie bezradności - muszą liczyć na naszą pomoc by się z tej pozycji wykaraskać. Nie podnosimy dziecka leżącego na brzuchu tylko je delikatnie i powoli obracamy, tak jak kiedyś samo będzie to robiło w przyszłości. Minie trochę czasu zanim malec opanuje samodzielne obroty, ale będzie miał już jakąś świadomość, że da się to zrobić inaczej niż prosząc mamę na pomoc.

Narzek

Jeden z tych dni, których wolałabym uniknąć. Zaczął się dobrze, a wręcz bardzo dobrze. Młody znowu przespał ciurkiem 9 godzin po czym po karmieniu o 5 pospał jeszcze do prawie 8. Wstaliśmy więc wyspani i w doskonałych humorach. Niestety coś za coś ;) Organizm zszkowany taką ilością snu zafundował mi paskudny ból głowy. A może to przez zmianę pogody lub silny wiatr. Nie wiem. W każdym razie Qpap mi nie pomaga.
A po pierwszych przytulankach kiedy to Karol nie przestawał się uśmiechać i gdyby mógł to miałby nawet 2 uśmiechy na raz coś mu się przestawiło. I nie pamiętam, kiedy  był tak marudny jak dzisiaj. Nic, ale to zupełnie nic mu się nie podoba, a czas skupienia uwagi na jednym przedmiocie nie przekracza 30 sekund. Wyciągnełam już nawet jakieś nowe zabawki byle tylko przez moment nie jęczał. Niestety po chwilowym zainteresowaniu te także spowodowały pomruki niezadowolenia. Jedyne przy czym sie rozchmurza to "latający bobas". Niestety po pierwsze swoje waży, a po drugie z bólem głowy podnoszenie bobasa, a następnie głowy by na niego patrzeć jest dosyć uciążliwe.
Po za tym (i to dobra wiadomość) jutro przyjeżdża ekipa montować nam kuchnię. Okazało się jednak , że jedna ze ścian nie została pomalowana specjalną farbą do kuchni. Nie jest ona jakoś łatwo dostępna ale znalazłam ją przez Internet w miejscowości odległej od nas o jakieś 20 km. Zadzwoniliśmy by upewnić się, że jest i sprawdzić cenę. M. tam pojechał i zadzwonił wściekły, bo "oni się pomylili, i jednak jej nie mają". Musiałam znaleźć inny sklep równocześnie zabawiając krzywiącego się bobasa. Czekam teraz na telefon od M. czy na pewno udało ją się kupić. Mam nadzieję, że wyschnie do rana...
Oby do jutra. I trzymajcie kciuki za kuchnię, by okazało się, że wygląda dobrze (muszę przyznać, że mimo, iż dla mnie kuchnia to chyba najważniejsze miejsce w domu to planowanie tego pomieszczenia zrobiłam bardzo "po łebkach". Sporo czasu spędzilam na planowaniu rozmieszczenia sprzętów, szuflad itd, ale same frony wybierała niemalże przez telefon, a większość materiałów widziałam tylko w katalogach). Zobaczymy jutro...

A z bobasowych wieści:
  • nadal przekręca się tylko w lewo. Ale jeszcze kiedyś się naprostuje
  • śmieje się (tzn śmiał się wczoraj, dzisiaj nic go nie śmieszy) z takiego pykania ustami - wydobywania dźwięku przypominającego odkorkowywanie butelki
  • odkrył mój telefon. To teraz najlepszy sposób by przytrzymać go na brzuchu (jestem w trakcie pisania posta o sposobach zachęcenia maluchów do leżenia na brzuchu - wkrótce opublikuję). Wczoraj bawiąc się nim udało mu się nawet wejść na stronę mojego banku. Szybko chce się dobrać do matczynej kasy. Nie wie biedulek, że ze względu na remont nie ma tam jej zbyt wiele...


wtorek, 29 stycznia 2013

Biba

U nas dzisiaj wielka biba. Młody kończy 4 miesiące (Hurraaa!!!), ja kończę 31 lat (też w sumie Hurraaa!!! - w końcu kiedyś nie sądziłam, że ludzie żyją tak długo).




poniedziałek, 28 stycznia 2013

Dialogi rodzinne: o nagrodzie Nobla, etymologiczny i obserwacyjny

Noblowski

Odwiedziła nas koleżanka Dumnego Taty. Też z bobasem, zaledwie miesiąc młodszym od Karola. Początek wizyty upłynął bardzo fajnie, jednak bardzo szybko maluchy zadecydowały, że wystartują w konkursie płaczu synchronicznego co niezwykle utrudniło jakąkolwiek konwersację. Zaordynowałyśmy karmienie. Oba bobasy zostały równocześnie przysunięte do matczynych piersi i w jednej sekundzie w domu zapanowała błoga cisza.
DT: Nie rozumiem, dlaczego cycki do tej pory nie dostały pokojowej nagrody Nobla.
JA: Może dlatego, że ciężko byłoby wręczyć czemuś tak rozproszonemu
DT: Patrząc na zeszłoroczną nagrodę nie byłby to precedens. A jestem przekonany, że cycki więcej zrobiły dla światowego miru niż Unia Europejska...


Etymologiczny:
Młody zapamiętale pcha łapy do buzi. Dumny Tata patrzy zafascynowany jak syn po zapakowaniu 3 paluchów jednej ręki gwałtownie wciska do paszczy jeszcze kciuk drugiej.
DT: Wreszcie wiem, skąd wziął się zwrot, że ktoś jest łapczywy...

O znajomości typów ludzkich:
Pod koniec dnia mój mózg wypełniony tetrą zaczyna odmawiać posłuszeństwa i coraz ciężej wymyśla mi się zabawy dla malucha. Kończą się także tematy rozmów. Inspiracji szukam wtedy dosłownie wszędzie - na przykład na nadrukach na pieluszkach. Przewijam młodego, Dumny Tata przysypia obok na łóżku.
JA: O, Karol, teraz założymy pieluchę. Jaka pielucha nam się trafiła? Proszę, mamy pieluchę z niebieskim chyba-kotkiem. Tak, kotkiem. Proszę, tu jest kotek. I co my mamy jeszcze na pieluszce? Jest tu jeszcze małpka. I  królik. Hmm. Chyba naćpany ten królik.
Dumny Tata wyrwany z letargu:
DT: Naćpany? Pokaż tę pieluchę.
Przygląda się krytycznie.
DT: Ech, musisz chyba częściej z domu wychodzić i ludziom się przyglądać. Ten królik jest najzwyczajniej w świecie narąbany. Wódą.
Tak, proszę Państwa. Aby przekonać kogoś, że się za bardzo życia nie ma, nie warto wspominać, że się nie było od 4 miesięcy w teatrze, że nie pamięta się kiedy było się w kinie, o wystawie jakiejś już nie wspominając. To co przekonuje to trudności w rozróżnianiu uzależnień...


Ze względu na zainteresowanie królikiem wyrażone w komentarzach zamieszczam jego zdjęcie:

niedziela, 27 stycznia 2013

Pękam z dumy

Pewnie wyśmieją mnie mamy, których maluchy niedawno zaczęły siadać, wstawać, chodzić, mówić "mama" i robić inne zaawansowane cuda. Ale co tam. Ja pękam z dumy, gdyż maluch zaczął się obracać! Przedwczoraj zrobił pierwsze nieśmiałe przekręcanie się na boki, a teraz robi to już ze śmiałością, ale i wdziękiem. A jaką ma przy tym radochę! Położony na macie potrafi zrobić na niej 360 stopni jak zegarek przkręcając się kilka razy w lewo (czyli tak naprawdę robi odwrotnie jak zegarek).
I tu muszę się przyznać, że póki co sukces jest połowiczny - obraca się tylko w lewo.
Ale ja i tak wprost nie mogę uwierzyć jaka to zdolniacha.

sobota, 26 stycznia 2013

Versatile Blogger Award

Bardzo dziękuję za zaproszenie mnie do zabawy przez Mamęjagę, Potworę Wózkową, Mamę B (mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam).


Zasady gry są następujące:

 Każdy nominowany blogger powinien:
- podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu,
- pokazać nagrodę Versatile Blogger Award u siebie na blogu,
- ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie,
- nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują,
- poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów.


7 faktów "o mnie"
  • w życiu hodowałam już bardzo dziwne zwierzęta. Oprócz takich standardów jak psy, koty, rybki, żółwie w mojej karierze pojawiły się: koniki polne, węże, świerszcze, pająki ptaszniki. Obecnie jestem właścicielką dwóch szczurów: Alfreda i Balbina
  • mogłabym zostać gruppie Philippe Starck'a
  • jestem uzależniona od...Excela. Nawet imię dziecka wybierałam używając tego programu i przez długi czas byłam jednym z aktywniejszych członków forum excelowego...
  • mam mentalne ADHD. Interesuję się wszystkim (objawiło się to m.in. równoczesnym studiowaniem psychologii i informatyki). Gdybym nie była skromna mogłabym powiedzieć, że jestem człowiekiem Renesansu
  • uczyłam się już kilku języków obcych (angielskiego, niemieckiego, rosyjskiego i hiszpańskiego). Oprócz angielskiego, którym posługuję się w pracy na co dzień, wszystkie pozostałe opanowałam do poziomu średniozaawansowanego (z niemieckiego nawet maturę pisałam) i...zapomniałam. Ledwie daję radę o drogę zapytać
  • więcej wydaję na książki niż ubrania i kosmetyki razem wzięte
  • umiem narysować tylko jelonka i krokodyla. M. twierdzi, że nawet tego nie potrafię.
 Ponieważ chyba i tak wszystkie osoby, które chciałabym nominować zostały już nominowane do zabawy zapraszam wszystkich chętnych :)
 
 I przypominam o laktozowym konkursie:
http://mine-inside-out.blogspot.com/2013/01/mleczny-konkurs-u-szkraba.html
 
 
 

piątek, 25 stycznia 2013

O czerpaniu radości z macierzyństwa

Tylko od nas zależy, czy nasza codzienność z dzieckiem to udręka, czy czysta przyjemność. Taka banalna myśl naszła mnie wczoraj gdy czytałam wpis Hafiji o wiszeniu na cycku i zasypianiu. Że ta historia mogłaby wyglądać zupełnie inaczej:
Nie dość, że mam okres, to jeszcze jestem chora. Niestety, nie dane jest mi leczyć się snem - o drugiej dziecku zebrało się na cycusia. W związku z moim stanem mleko siąpiło wąskim strumieniem i dziecko nabrało nerwa przy cycku. I taka zmęczona, cierpiąca, rozdrażniona podaję pierś za piersią, a on wisi i wisi, ssie i ssie, prawa, lewa, prawa. Aż w końcu nie wytrzymałam i powiedziałam "Synu, umiesz spać bez cycusia. Mama ledwo żyje - idź już spać". I dopiero zasnął. Na szczęście dał mi później pospać do 7.
Ta sama scena, właściwie te same słowa, a jakże inny odbiór.
Albo gdy czytam wpis Tiny o tym jak synek zasnął jej na kolanach, a na nim z kolei zasnął kot. I jak siedziała z tą dwójką przez dwie godziny. Zamiast śmiać się z tej sytuacji i cieszyć, że może czytać książkę na legalu mogłaby narzekać na przepełniający się pęcherz, drętwiejące nogi, ogólne uczucie odebrania wolności. Mogłaby zapisać tę historię i wypomnieć ją kiedyś Filipowi, np gdy kiedyś poprosi ją do tańca podczas swojego wesela "z przyjemnością zatańczyłabym z Tobą, synu, ale nadwyrężyłeś mi ścięgna jako pulchny czteromiesięczniak. Proszę, to link do posta, gdzie to opisałam. A teraz pozwól, że jednak posiedzę".
Jakże łatwo zamienić afirmację macierzyństwa w martyrologię i użalanie się nad sobą.
Nie mówię, że mamy cieszyć się z każdej kupy, która wyleje się na przewijak, składać podziękowania za możliwość odciągania glutów zakatarzonej pociechy, czy zachwycać się każdą minutą spędzoną w nocy na noszeniu nabierającego masy malucha. Warto jednak szukać pozytywnych stron każdego, obfitującego w trudności, dnia spędzonego z dzieckiem. Wtedy na prawdę jest dużo łatwiej....

czwartek, 24 stycznia 2013

Mleczny konkurs u Szkraba

Jeszcze zanim opublikowałam post z bonusowymi dialogami rodzinnymi, w których wystąpiła koszulka "Lactose" wiedziałam, że muszę ją mieć.



 A potem postanowiłam nie być samolubem i jeszcze komuś taką koszulkę sprezentować. Zapraszam więc do konkursu, w którym można wygrać laktozową koszulkę z krówką. O taką krówką:


Krówka będzie wykonana metodą haftu komputerowego. Rozmiar i kolor koszulki - do uzgodnienia ;)

 Zasady są proste. Należy:
  • zostać obserwatorem bloga (chociażby po to by dowiedzieć się o wygranej)
  • umieścić podlinkowany baner na swoim blogu
  • w komentarzu umieścić zabawną/wywołującą uśmiech  historyjkę/scenkę z własnego życia dotyczącą karmienia malucha (mamy dopiero spodziewające się dziecka mogą umieścić historyjkę związaną z karmieniem siebie - w końcu to też karmienie malucha)

Wyniki postaram się umieścić następnego dnia po zakończeniu konkursu. Powodzenia!

środa, 23 stycznia 2013

Dialogi rodzinne: Nauki społeczne dla najmłodszych

O ubrankach i ustrojach politycznych:

Do prania jasnych rzeczy Karola dostała się jakaś zielona szmatka. Na nieszczęście bardzo farbująca szmatka. Dumny Tata wiesza pranie każdą rzecz pokazując Szkrabowi, tłumacząc czy to body, czy spodenki i jeśli ma jakiś haft to co z grubsza przedstawia ("miś", "o, znowu miś", "kotek, a nie, jednak miś"). Nie sposób nie skomentować także koloru ubranek:
DT: I widzisz synu, w pralce zrobił nam się socjalizm i teraz wszystko jest takie trochę, ale nie bardzo zielone. Dla metafory lepiej by było, gdyby zafarbowało się na czerwono, ale myślę, że z zielonym też załapiesz. O ustrojach społecznych pogadamy kiedyś bardziej poważnie, ale teraz chciałbym abyś zapamiętał jedno w tym temacie... (tu pauza dramatyczna)...OD SOCJALIZMU UBRANKA ROBIĄ SIĘ BRZYDKIE




Ulubiona zabawka

Zanim Karol urodził się zakładałam, że na samym początku swojego życia będzie miał minimalną ilość zabawek. I, że jeśli już jakieś będzie miał będą raczej wykonane z naturalnych materiałów. Żadnych plastików, żadnych sztucznych pluszaków i żadnych zabawek z Chińskiej Republiki Ludowej. Udało się częściowo - w pierwszych tygodniach mieliśmy tylko własnoręcznie zrobiony odpowiednich Sokolich Oczek. Potem stopniowo ilość zabawek zwiększała się (w sumie każdy odwiedzający nas po raz pierwszy przynosił coś dla szkraba). Część z nich leży w szafie czekając aż Karol do nich dorośnie, z części jednak korzystamy. I tą, która jest zabawką podstawową i najczęściej używaną do zabawiania Kluska jest smok Lamaze.


Smok jest z Chin i jest różowy, co w pierwszej chwili spowodowało u mnie odruch chowania do szuflady. Ale powstrzymałam go, i jak się okazuje - słusznie. Karol zakochał się w smoku (na tyle, na ile jest to możliwe u niemowlaka). Smok pomógł obłaskawić przewijak (teraz to ulubione miejsce - wystarczy bobasa położyć tam i już się śmieje), był pierwszą zabawką, której Karol spuścił łomot na macie i teraz jest pierwszą zabawką, którą zaczął świadomie dotykać i badać.
Muszę przyznać, że projektanci smoka rzeczywiście wzięli pod uwagę preferencje maluchów i ich sposób postrzegania świata. Każdy kawałek smoka jest w jakiś sposób interesujący dla niemowlaków - szeleści, lub daje się łatwo schwytać.
Karol zaciska piąstkę na nodze smoka , podoba mu się także samo dotykanie spodu stopy dzięki temu, że szeleści. Absolutnym hitem jest mini-lusterko na końcu ogona. Co prawda działa bardziej jak błyskotka, niż lustro, ale Szkrabowi bardzo się podoba. Często łapie też smoka za  skrzydła - i potrafi nim wtedy nieźle tarmosić. Grzechotka, którą smok ma w łapie przykuwała uwagę, gdy smokiem bawiliśmy się na macie - dawała efekt dźwiękowy uderzeniom małej piąstki. Obecnie Karol zaczyna dostrzegać detale smoka - zęby, paluchy stóp, uszka. Jeszcze niedawno większość interakcji ze smokiem była przypadkowa, ale dostarczała dziecku sporo radości, a ja widziałam, że naprawdę działało to stymulująco.Teraz Karol już ciut bardziej świadomie się nim bawi i odpowiednio przekręca by dostać się do ulubionych kawałków (ale może to już moja nadinterpretacja)
Mimo początkowych oporów jestem naprawdę zadowolona z zabawki - podejrzewam, że pozostałe zabawki Lamaze są równie fajne (i może mniej różowe) - tak więc jeśli szukacie maskotki dla swoich maluchów spokojnie mogę polecić tę firmę. BTW - nie jest to wpis sponsorowany - naprawdę wydaje mi się, że mimo chińskości jest to niezła zabawka. I kolejny dowód, że maluszki niekoniecznie mają taki gust jak mama...

wtorek, 22 stycznia 2013

Bunt Przycyckowy Trzymiesięczniaka

Myślałam, że jeśli chodzi o karmienie piersią to nic mnie już nie zaskoczy. A jednak. Nie wiem, czy coś takiego jak bunt w maluszka jest możliwy, ale wczoraj przeżyliśmy jakiś horror, dla którego nie mam wytłumaczenia. To znaczy wczoraj uważałam, że to był horror - dzisiaj wydaje mi się już być odległą w czasie, niewielką niedyspozycją przy której trochę spanikowałam.
Zaczęło się niewinnie - miałam problemy z położeniem Karola spać na popołudniową drzemkę. Gdy w końcu się udało obudził się, po 8 minutach. Stwierdziłam, że nie ma sensu próbować uśpić go ponownie - zregeneruję go przy cycu, i jakoś dociągnie do kąpieli, którą zaordynuję trochę wcześniej - i tak M. miał wrócić później, więc miałam kąpać sama. Położyłam Szkraba na rogalu, przystawiłam, a ten po jakiś 2 łykach zaczął strasznie płakać. Pomyślałam, że może drapie go metka w nowych spodniach - ściągnęłam je i rzeczywiście smyk przestał płakać, a wręcz zaczął się śmiać i wierzgać. Zamiast karmić go zaczęliśmy się bawić; po jakimś czasie znów zaczął marudzić i już miałam dać mu jeść, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Ksiądz. Ponieważ nigdy nie rozmawialiśmy z M. czy wizyty duszpasterskie mają dla niego znaczenie postanowiłam mimo że sama jestem niewierząca księdza przyjąć. Porozmawialiśmy chwilę, pogilgotał małego i sobie poszedł. Ponieważ mimo wszystko trochę to czasu zajęło postanowiłam raczej jak najszybciej Szkraba wykąpać i rozpocząć rytuał usypiania - po masażu młody i tak dostaje pierś, więc wolałam nakarmić go raz a porządnie, a nie rozbijać to na karmienie przed i po-kąpielowe. W kąpieli młody jak zwykle był zadowolony, podobnie podczas masażu. Zaczął trochę krzywić się przy zakładaniu pieluszki i na dobre rozpłakał się przy ubieraniu. Przyspieszłam ruchy aby jak najszybciej podać mu pierś - z reguły w takich sytuacjach system ten działał. Gdy położyłam go na rogalu i spróbowałam przystawić zamiast natychmiast przestać płakać i schwycić sutka młody zaczął płakać wręcz histerycznie. Spanikowałam - pomyślałam, że przy szybkim ubieraniu mogłam mu wygiąć paluszek lub rękę, która po położeniu na boku jeszcze bardziej zaczęła boleć. Wypakowałam młodego ze śpiwora i spróbowałam uspokoić. Nie dawało się - wtedy byłam już przekonana, że zrobiłam mu niechcący jakąś krzywdę. Ale nie wiedziałam, jak stwierdzić co się stało, gdy tak strasznie płakał. Zabrałam go do łazienki i uruchomiłam suszarkę - powoli zaczął się uspakajać, a ja odetchnęłam z ulgą. Gdy przestał płakać zabrałam go do pokoju, rozebrałam i badałam całego, sprawdzając, czy gdzieś go boli. Wymacałam go całego i nic - żadnego płaczu. Postanowiłam spróbować znowu nakarmić - na widok piersi zaczął płakać. Znowu uspokoiłam go odrobinę suszarką, zajrzałam do buzi, czy może jakaś afta, czy inne paskudztwo się pojawiło - nic. Postanowiłam spróbować z drugą piersią - gdy wróciłam do pokoju i spróbowałam mu podać drugą pierś zaczął się straszliwy płacz. Zanim zdążyłam się podnieść by go uspokoić młody w histerii zakrztusił się śliną i zaczął się dusić. Nie będę cytować jakie myśli przebiegły mi przez głowę. Na szczęście błyskawicznie się uspokoiłam, położyłam młodego na udzie, uderzyłam między łopatki - po kilku klepnięciach zaczął normalnie kaszleć, a później płakać. Uff. Gdy młody był już odratowany zaczęły mi się trząść ręce - 3 razy próbowałam zadzwonić do M. by przyjechał jednak wcześniej do domu. W końcu udało się, ale nie bardzo mogliśmy się porozumieć, bo Karol strasznie płakał. Zabrałam go do łazienki, odpaliłam suszarkę i stwierdziłam, że tam się okopujemy - nie wychodzę i nie wyłączam suszarki dopóki M. nie wróci do domu. Okazało się jednak, że zanim dotarł do domu, młody...usnął. Zaniosłam go do łóżeczka, przytuliłam i czekałam, aż obudzi się wygłodniały ze strasznym wrzaskiem. Nic takiego nie nastąpiło. Gdy M. wrócił próbowaliśmy znaleźć jakieś wskazówki, co też naszemu dziecku mogło się stać, ale nie znaleźliśmy nic przekonującego. Zastanawiałam się, czy próbować go budzić, karmić, czy może jechać z nim do lekarza. Ostatecznie postanowiłam dać mu się wyspać tyle ile będzie chciał, a jeśli jednak zasnął mocno - nakarmić go na śpiocha, a w międzyczasie postawić na relaks, by przypadkiem przez stres nie zablokował mi się wyplyw mleka.
M. upiekł rybę, a ja zrobiłam tiramisu. Gdy się chłodziło wzięłam bardzo długi relaksujący prysznic. Wciągnęliśmy deser, przeczytałam rozdział książki i z duszą na ramieniu poszłam nakarmić Szkraba. Wbrew obawom (nigdy nie karmię na śpiocha, bo mi to najczęściej nie wychodzi) bez problemu schwycił sutek i zdrowo pociągnął. Opróżnił obie piersi i dał się odłożyć spać. Jedyny problem, to fakt, że ostatecznie zachował się jak Niemcy podczas powstania i z nawiązką zrekompensował sobie straty - za jeden opuszczony posiłek zażądał 3 dodatkowych w nocy. Dzisiaj do południa był już po 6 posiłkach - przy żadnym nie było najmniejszych problemów.
Do tej pory nie wiem, co mu było i dlaczego nagle odrzucał pierś, a wręcz dostawał histerii na jej widok. Mam tylko nadzieję, że to się więcej nie powtórzy. Nauczka dla mnie - po pierwsze - obowiązkowo kurs pierwszej pomocy dla dzieci - mam na ten temat tylko wiedzę teoretyczną, oraz jakiś ogólny kurs pierwszej pomocy zrobiony jeszcze na studiach - to zdecydowanie nie daje niezbędnej pewności siebie, nawet przy czymś tak błahym jak zakrztuszenie śliną. Po drugie - więcej luzu...Dziecię obraża się na cyca? Trudno - martwię się jeśli trwa to więcej niż jedno popołudnie.
Po tych wszystkich akcjach ja jestem jak zombie, a młody po nadprogramowej ilości posiłków skupia się na trawieniu i chodzi jakiś poważny - robi miny jak James Dean - tylko peta w kąciku ust mu brakuje...

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Kraj rzeczy niedokończonych

Polska to kraj rzeczy niedokończonych, lub gorzej - niedorobionych. W różnych dziedzinach - w tym propagowania karmienia piersią.
Muszę przyznać, że do niedawna żyłam w przekonaniu, że u nas panuje wręcz terror laktacyjny - miałam wrażenie, że wszędzie i na każdym kroku kobiety są zachęcane do karmienia naturalnego (to, akurat jak najbardziej na plus) a, te które decydują się na karmienie mlekiem modyfikowanym są wpędzane w poczucie winy, czy też niejednokrotnie traktowane są gorzej (to zdecydowanie na minus). Teraz powoli zmieniam zdanie - naprawdę spora część lekarzy albo jest niedouczona, albo finansowana przez producentów MM. Albo jedno i drugie.
Jakiś czas temu pisałam o dosyć dalekiej znajomej, której chciałam pomóc z problemami z laktacją. Odwiedziłam ją, pogadałyśmy, pożyczyłam jej laktator ręczny, którego nie używam, zostawiłam jej kartkę, na której spisałyśmy co ma robić, by laktację udało się rozkręcić. Miałam zadzwonić za tydzień, by dowiedzieć się, jak jej idzie. W międzyczasie Monika zdążyła odwiedzić pediatrę, ze względu na domniemane kolki, które pojawiły się u jej malucha. Pediatra potwierdził, że opisane objawy sugerują kolkę niemowlęcą i zarządził odpowiednie mleko modyfikowane. Przy czym na pytanie, kiedy należy spodziewać się poprawy stwierdził, że kolka ustępuje z reguły około 3 miesiąca życia. Moim zdaniem sam zaprzeczył swojej poradzie - skoro kolka ma ustąpić samoistnie około 12 tygodnia życia, po co siać zamęt zmianą mleka? Nie mówię, że zmiana mleka nie okaże się być dobrą radą (bo może to alergia, lub jakaś nietolerancja laktozy), ale dlaczego proponować ją na kolkę? Dlaczego nie zasugerował np. zmiany diety matki? Eliminacji nabiału czy substancji potencjalnie alergennych. Dlaczego nie podpytał delikatnie o sytuację w domu? Jako matka dziecka, które nie miało kolek nie chcę tu wkładać za bardzo kija w mrowisko, czy stwierdzać czegoś autorytatywnie, ale wydaje mi się, że w wielu przypadkach, to co jest diagnozowane jako kolka, to po prostu efekt nerwowej atmosfery w domu...
Niedawno kolejnej mojej koleżance urodziło się dziecko i też niestety miała problem z ilością mleka w pierwszych dniach. W szpitalu jeszcze była zachęcana do karmienia piersią, ale gdy po powrocie do domu udała się od razu do pediatry ten zasugerował jej by jeśli w ciągu kilku dni sytuacja się nie poprawi przeszła na MM. I znowu - nie mówię, że to do końca zła porada - przecież chodzi przede wszystkim o to, by dziecko nie było głodne, ale dlaczego nie zasugerował jej chociaż karmienia mieszanego, tylko od razu, bach, 100% mleko modyfikowane?
Gdy pyta się lekarzy o sposób karmienia dzieci wszyscy jak jeden mąż twierdzą, że karmienie piersią jest najlepsze - jednak gdy tylko pojawiają się jakiekolwiek problemy zamiast próbować je rozwiązać sugerowane jest mleko modyfikowane.
Nie rozumiem dlaczego wydaje się miliony na materiały promujące KP - dlaczego starania idą w przekonywanie przyszłych matek, że karmienie piersią jest najlepsze - co prawdopodobnie większość i tak wie, zamiast starać się pomóc tym, które chciałyby karmić piersią, ale z jakiś powodów im nie wychodzi? Jestem przekonana, że odsetek kobiet karmiących dzieci 3 czy 6 miesięczne byłby znacznie większy, gdyby część pieniędzy przesunięto z produkcji ulotek promocyjnych, na kształcenie lekarzy i pielęgniarek środowiskowych.
Sytuacja pewnie i tak jest lepsza niż kilka lat temu, ale nadal brakuje bezpłatnej i łatwo dostępnej pomocy z karmieniem piersią - szczególnie w mniejszch miejscowościach. Niestety mamy takie czasy, gdy ta wydawałoby się naturalna czynność, nie jest już dla wielu kobiet czymś, co przychodzi z łatwością.W szpitalach (ale jeszcze nie wszystkich) są doradcy laktacyjni, którzy z pewnością wielu parom mama-maluszek pomogli, ale niestety po powrocie do domu wiele kobiet zostaje samych z problemem. Niby są jeszcze wizyty pielęgniarek środowiskowych, ale wiem z własnego doświadczenia, że wiele z tych osób ma bardzo ograniczoną wiedzą na temat karmienia - znają oczywiście podstawy, ale ich porady niejednokrotnie nie wystarczają.
Z łatwo dostępnych materiałów kobiety mogą dowiedzieć się o tym, dlaczego karmić piersią warto, ale już trudniej jest o rzetelne informacje na temat potencjalnych problemów - kryzysów laktacyjnych, czasowego zablokowania wypływu mleka spowodowanych np. stresem, zablokowanych kanałów mlecznych.
Ogólnie na pojawienie się jakichkolwiek problemów z karmieniem kobiety nie są w ogóle przygotowane - promocja karmienia piersią ogranicza się z reguły do wymieniania superlatyw - jakie mleko jest zdrowe i jakie karmienie jest wygodne. Gdy okazuje się, że jednak nie wszystko idzie tak jak trzeba kobieta jest zostawiana sama sobie. Oczywiście istnieją poradnie laktacyjne, ale dostęp do nich jest płatny - i niestety cena porady jest dla wielu osób za wysoka. I często zanim do takiej poradni się trafi najpierw można usłyszeć siejące zamęt porady pediatrów i pielęgniarek.

piątek, 18 stycznia 2013

Dialogi rodzinne: TAKA, czyli znowu o romantyzmie

Żeby nie było, że tylko u Dumnego Taty krucho z romantyzmem (klik!)
Planujemy krótki wyjazd na przełomie stycznia i lutego
DT: O, to obejmie Twoje urodziny. I jeszcze naszą rocznicę. Kurcze, to już 11 lat będzie. A Ty z każdym rokiem bardziej mi się podobasz...
JA (ponuro): No cóż... nie młodniejesz z każdym rokiem. I wzrok już nie ten...
DT: Ty to jesteś...
JA: Jaka?
DT: TAKA!!!
JA: ???
DT: Nie znam nikogo innego, kto po otrzymaniu pierścionka zaręczynowego powiedziałby, że liczył na batona...

To prawda.
DT oświadczył mi się w zeszłym roku w Budapeszcie. Na wzgórzu Gelerta. Normalnie wbiegłabym tam bez żadnej zadyszki, ale w 6 miesiącu ciąży, po całym dniu podróży wdrapanie się tam było dla mnie pewnego rodzaju wyzwaniem. Gdy więc DT kazał mi zamknąć oczy i zgadnąć co ma dla mnie,  moją pierwszą myślą, było to, że pomyślał o moich podstawowych potrzebach i że w jego rękach skrywa się BATON.  Gdy okazało się, że to pierścionek byłam w takim szoku, że po tym, jak powiedziałam "tak", dodałam, że naprawdę to liczyłam  na batona...

czwartek, 17 stycznia 2013

Herbata (i kawa) na laktację Bocianek

Nie łudźmy się, że jakakolwiek herbatka,napar z ziół, czy napój naprodukują za nas mleko. Do jego wytworzenia potrzeba dobrze przystawionego i aktywnego przy piersi dziecka. Działa tu prosta zasada popytu i podaży - im więcej mleka dziecko wyciąga, tym więcej się go produkuje. Trudno powiedzieć, czy herbatki na laktację naprawdę działają, a jeśli działają, to czy nie jest głównie ze względu na efekt placebo, a nie mlekopędne właściwości ziół. W każdym razie przy karmieniu piersią zapotrzebowanie na płyny rośnie, pić coś trzeba, a tradycyjne czarna herbata nie jest zalecana w zbyt dużych ilościach, ze względu na teinę, która może działać niepotrzebnie pobudzająco na dziecko. Najlepszym napojem prawdopodobnie jest woda, ale zimową porą dominuje jednak chęć na coś ciepłego. Dlaczego więc nie pić czegoś, co może i na laktację nie pomoże za dużo, ale co na pewno jej nie zaszkodzi, ani też nie zaszkodzi maluszkowi?
Gdy byłam jeszcze w szpitalu mama kupiła mi granulowaną herbatę Hipp. Mimo tego, że granulki fajnie kojarzyły mi się z herbatami wyżeranymi w dzieciństwie łyżeczką nie mogłam tego pić, gdyż najzwyczajniej w świecie napój był za słodki - w składzie dominuje cukier. Później w domu piłam herbatę w saszetkach Hipp, która była już dużo lepsza, gdyż bez cukru. Dodatkowo piłam koper włoski wchodzący w jej skład. Później, gdy zaczęłam więcej czytać o ziołach mlekopędnych okazało się, że w składzie herbat Hipp brakuje jednego uważanego przez specjalistów za najbardziej efektywne - kozieradki. To zioło znajduje się w herbacie Bocianek Medeli i dlatego właśnie ją zdecydowałam się kupić. Piłam ją przez cały czas, gdy rozkręcałam laktację i prawdopodobnie wrócę, gdy pojawią się jakieś problemy z mlekiem. Zobaczymy np. jak na laktację wpłynie mój powrót do pracy.
Gdy przymierzałam się do napisania tej recenzji zorientowałam się, że Medela produkuję też kawę Bocianek. Ponieważ uwielbiam kawę zbożową, pomyślałam, że zakupię tę Medelową aby urozmaicić sobie picie kawy Inki. Jednak gdy paczka przyszła okazało się, że kawa składa się ze zmielonego lnu, zmielonej prażonej marchwi oraz mielonych nasion i owoców anyżu, kopru, czarnuszki i jeżyny - i to bynajmniej nie w formie instant. Dla mnie niestety przekreśla to ten napój, gdyż nie znoszę takich fusów. Musiałabym zaparzać w kawiarce, ale obawiam się, że wtedy wyszłaby za mocna. Ponadto w smaku napoju dominuje anyż, co mi średnio jednak pasuje na kawę. Nie wiem, czy kiedykolwiek skończę opakowanie, czy raczej użyźnię nią kwiatki (zasadniczo to ona już wygląda jak taki hummus do kwiatów).

Herbatę natomiast polecam - oprócz wspomnianych wcześniej ziół w jej skład wchodzi jeszcze melisa, rutwica, pokrzywa i dla smaku dorzucone są owoce dzikiej róży, jabłka i jeżyny. Nawet jeśli znacząco nie wpływa na laktację, to z pewnością działa korzystnie na brzuch mamy i malucha.
Smak herbaty mi odpowiada i piłam ją z przyjemnością, ale muszę przyznać, że moja siostra stwierdziła, że jest obrzydliwa, i że to "świństwo jakich mało". Ale ona próbowała tym popić wódkę, więc nie wiem, na ile taka opinia przyda się mamom karmiącym.

wtorek, 15 stycznia 2013

Smoczek do inhalacji

Ktoś próbował? Przeglądałam wczoraj stronę Smyka (mają 70% wyprzedaż) i zauważyłam takie coś. U nas katar już się skończył, więc tym razem nie wypróbuję, ale zastanawiam się nad zakupem. Do tej pory stosowaliśmy bardziej tradycyjne metody inhalacji przy pomocy samodzielnie wykonanych naparów - tutaj trzebaby kupić olejek eteryczny. Może, jeśli już mam używać olejku lepiej po prostu skropić nim pościel młodego? Czy takie olejki eteryczne to na pewno dobry pomysł?
A jak inhalowaliśmy się do tej pory? Jako naparu używaliśmy przede wszystkim majeranku. Dodatkowo stosowałam także sodę oczyszczoną - gdy przygotowywałam napar z majeranku (łyżeczka na mniej więcej szklankę wody), dodałam jeszcze łyżeczkę sody oczyszczonej, która działa przeciwobrzękowo, i dzięki temu ułatwia oddychanie. Taką inhalację robiliśmy 2-3 razy dziennie, a dodatkowo garnek z gorącym naparem stawiałam koło łóżeczka młodego gdy wieczorem szedł spać. W garnek wdepnęłam tylko raz - nie wiem, jak to się stało, gdyż teoretycznie stał w miejscu stopo-odpornym. Później zmieniłam metodę i na noc naparem polewałam ręcznik, który następnie kładłam na grzejniku - dzięki temu nie tylko mlody się inhalował, ale powietrze w pokoju było mniej suche.
Robiliśmy także inhalacje z pary wodnej - lokowaliśmy się z młodym w łazience - odkręcałam gorącą wodę pod prysznicem i siedzieliśmy sobie wi takiej mini-saunie przez jakieś 10 minut.
Wiem, że wiele mam poleca nebulizatory, nie wiem jednak, czy nie jest to zbędny wydatek. Zobaczymy jak często Szkrab będzie chorował. Liczę na to, że po tym jak taka zdradliwa pogoda się skończy odporność mu się poprawi i przeziębienia będą u nas rzadkością - mam nadzieję, że genetyka była dla nas łaskawa i odporność bobas odziedziczył po mnie, a nie po ojcu (który to na szczęście choroby znosi w mało męski sposób i nie umiera przy katarze).


sobota, 12 stycznia 2013

Bonus: dialogi rodzinne

Dialogi rodzinne były wczoraj, ale co mi tam, opublikuję jeszcze jedne. W końcu zostałam sama z dzieckiem na całą sobotę i muszę się jakoś pocieszyć

Oborowo ;)
Wczoraj Dumny Tata dzwoni do mnie w ciągu dnia:
DT: Odbierz pocztę, coś Ci wysłałem.
JA: Cóż takiego?
DT: Ty masz ostatnio taki mleczny humor - wysłałem Ci obrazek. Taki dojny. Powinien Ci się spodobać.

A to ten obrazek:

O fochach
Dumny Tata gimnastykuje młodego śpiewając piosenkę Miecia Fogga - Cztery Nogi. Na "dwie długie nogi" prostuje mu kończyny, na "dwie krótkie nogi" zgina je. Po kilkunastu powtórzeniach młody jest tak rozochocony zabawą, że sam szaleńczo wierzga podrzucając nogi do góry.
DT: Ależ Ty ślicznie prostujesz te nogi. Pięknie Ci się wzmacniają. Jak tak dalej pójdzie zaraz będziesz na nich raczkował, a później chodził.
DT: Swoją drogą to trochę głupie, że najpierw rozwijają się nogi, a dopiero później pamięć. Człowiek może nie pamiętać dokąd doszedł.
JA: Myśl godna filozofa...z gimnazjum.
Dumny Tata sfochował się całkowicie, zawinął swoje manatki i poszedł do pracy nie dając mi buziaka. Gdy wrócił po południu okazało się, że foch musi trwać nadal. Poznałam to po tym, że nie kupił mi lodów. To znak, że czas na skruchę.
JA: Przepraszam za to gimnazjum. Nie borsucz się już na mnie
DT: Już się nie borsuczę.
Na dowód wyciąga z torby biszkopty. Zadowolona dobieram się do opakowania.
DT: A wiesz, że hipopotam jest w stanie wciągnąć 40 kg trawy jednym kłapnięciem paszczy? Gdyby to ode mnie zależało zabroniłbym bycia hipopotamem.
Pakuję do buzi trzy biszkopty na raz aby tylko nie skomentować. Żeby tylko nie skomentować. A w razie czego, gdybym jednak skomentowała i skończyło się to konfiskatą słodyczy, być chociaż trzy biszkopty do przodu...

Dla chętnych - piosenka w wykonaniu M. Fogga:

piątek, 11 stycznia 2013

Zabierzcie mi Internet


Błagam. Bo nigdy remontu nie skończymy - wszystko wydam na jakieś duperele. Właśnie upłynniłam 309 zł w księgarni Internetowej...
Kupiłam m.in. pakiet wszystkich komiksów "Tytus, Romek i A'tomek", bo uznałam, że nie wyobrażam sobie dzieciństwa Karola bez znajomości tego komiksu...
Reszta zakupów bardziej dorosła. Nabyłam między innymi "Bojową Pieśń Tygrysicy" Amy L.Chua i kilka książek o Bałkanach i byłych republikach Związku Radzieckiego, ponadto "Gottland" Mariusza Szczygła i książkę, która bardzo mnie zaciekawiła - "Higieniści. Z dziejów eugeniki".
Dwie książki z serii "Subtelna Rewolucja" Domana . I jakieś o mleku, w tym "Mleczną Drogę".

Dialogi rodzinne: męski front jedności narodowej...

 ...tworzy mi się w domu

Akt I
Ja w kuchni przygotowuję kawę i jakiś deser. Dumny Tata (DT) i Szkrab (Sz) w pokoju bawią się na łóżku:
Sz:Ghhhyyhyyy
DT: Zgadzam się
Sz: Eeeaaghyeee aaekkkhg
DT: Tutaj także muszę się z Tobą zgodzić. Masz 100%-ową rację, ale pamiętaj, że nie mówi się z pełną buzią
Sz: Grrrrrrr...rrrrr....ghhgyyyeeeeee
DT: Hmm. Musiałbym się chwilę zastanowić
Tutaj niestety włączyłam młynek do kawy i kilka kwestii mi umknęło
DT: Myślę, że się mylisz
Sz: Hhhhhheeeeee, jeaaa, eee aaa ghghghyyyyk bu
DT: To nie jest żaden argument
Sz: Bu Bu ghhhh grrrrr eaaaa, grrrr, aaaa, aaaa, aaaaa
DT: Nie sądzę byś w tej sprawie mógł się wypowiadać tak autorytatywnie. Nie masz chyba pełnych danych lub sięgasz do nierzetelnych źródeł
Sz: Hła,ła,ła, ła eeee
DT: Podrośniesz trochę to podrzucę Ci kilka książek na ten temat. Jestem przekonany, że wtedy zmienisz zdanie
Wchodzę z kawą i deserem lodowym
JA: O czym rozmawialiście?
DT: Nieważne. I tak nie zrozumiesz. Takie tam męskie sprawy...

Akt II
Nasz Szkrab gdy obudzi się zgłodniały w nocy, jedzenie musi otrzymać "już, natychmiast", inaczej grozi to obudzeniem sąsiadów, którzy chyba w ramach zemsty odpalają następnego dnia wiertarki.
4 Rano. Budzą mnie odgłosy świadczące o pustym brzuchu młodego. Wstaję, wyciągam z łóżeczka i...nieszczęście - całe plecki mokre. Kładę więc na przewijak i szepcząc obietnicę rychłego cyca z prędkością światła i sprytem Houdiniego przebieram malucha. Idzie mi fantastycznie - po kilkunastu sekundach mam suchego bobasa w nowej pieluszce i pachnącym bodziaku. Kładę go na kołdrze pod opieką ojca, a sama sięgam po rogala do karmienia. Słyszę:
DT: Nie złość się. Tata zaraz załatwi Ci cyca
Moszczę się na łóżku, kładę rogala. Dumny ojciec układa na nim Szkraba.
DT: O, proszę, miły cycuś pełen pysznego mleka dla dla szanownego Pana
JA: Nie mów tak! To nie fair - teraz całe bohaterstwo i chwała za szybkie podanie posiłku spłyną na Ciebie!
DT: Muszę kombinować wobec tak jawnego pokrzywdzenia mężczyzn przez naturę. Męski front jedności narodowej nie zbuduje się sam...
I tak order z kartofla, który byłam skłonna sama sobie wręczyć za szybką nocną akcję przeszedł mi koło nosa...

czwartek, 10 stycznia 2013

Warto karmić piersią I co dalej? Recenzja


Postanowiłam zrecenzować kilka książek dla przyszłych i już obecnych rodziców, które miałam okazję przeczytać. Będę przyznawała im punkty zależne od tego, jak obowiązkową pozycją w biblioteczce rodzica powinny się stać. Na początek książka, która mi bardzo się przydała - "Warto karmić piersią I co dalej?" Magdaleny Nehring-Gugulskiej. Jest to jedna z książek, które określiłabym jako must have mamy karmiącej. Nie znajdziemy tam więcej porad na temat potencjalnych problemów z laktacją niż w Internecie, ale one bardzo dobrze uporządkowane, i jakby nie było -przedstawione przez Międzynarodowego Konsultanta Laktacyjnego, o naprawdę niezłej reputacji. Książka bardzo mi się przydała podczas mojej walki o karmienie piersią, ale także później gdy zatkał mi się kanał mlekowy. Dzięki tej książce udało mi się uniknąć zbędnej paniki i szybko poradzić sobie z zatorem. Nie musiałam wzywać doradcy laktacyjnego, gdyż byłam w stanie sobie poradzić sama.  Nehring Gugulska zawsze podaje przyczyny problemu i różne sposoby, na zwalczenie go. To co mnie trochę denerwowało to case studies ilustrujące poszczególne zagadnienia. Autorka wybrała chyba najbardziej dramatyczne przypadki, z którymi spotkała się w swojej karierze. Celem pewnie było to, by pokazać, iż nawet z największych problemów z laktacją da się wyjść obronną ręką, ale mnie osobiście te historie strasznie irytowały. Kilka z nich miało na mnie wpływ przeciwny do zamierzonego - gdy czytałam o kobietach, które przez naprawdę długi czas nie robiły nic, tylko walczyły o laktację - nie wychodziły z domu, praktycznie nie spały, nie zajmowały się drugim dzieckiem miałam wrażenie, że jest to gra nie warta świeczki; że czasem trzeba się poddać, gdyż starając się karmić piersią zapomina się o innych aspektach macierzyństwa, że pragnąc dla dziecka jak najepiej można zapomnieć o jego potrzebach.
Jednak gdy pominie się te historie książka jest naprawdę przydatna. Z pewnością najbardziej przyda się mamom dopiero zaczynającym przygodę z karmieniem piersią, ale część porad (jak chociażby te o zapaleniu piersi czy zatkanym kanale mlecznym) będzie wartościowa dla mam na różnych etapach laktacji...
Podsumowując - książka dostaje u mnie 9/10 punktów, przy czym uważam ją za pozycję niemalże obowiązkową dla karmiących mam. 
______
Wydawca: Medela
Orientacyjna cena: 28zł
Gdzie kupić? Np: http://sklep.pro-familia.pl/index.php?route=product/product&product_id=78

środa, 9 stycznia 2013

Skarpeciory jak dzwony, czyli...a może szafiarka?

Nie, nie dostaliśmy żadnych skarpetek do testowania, ale Szkrab uznał, że te, które ma są warte pokazania i podczas zabawy sam podciągnął obie nogawki spodni by je dumnie zaprezentować (chyba docenił to, że mimo, iż są ciut za duże, jako jedyne nie spadają mu od razu po założeniu).
Jakiś czas temu rozważałam, czy nasz maluszek nie wyrośnie na doradcę laktacyjnego (klik!), teraz zaczynam zastanawiać się, czy nie jest to przyszła męska szafiarka ;)
Ogólnie wczorajszy dzień przyniósł sporo zmian - nawet Dumny Tata zauważył po powrocie do domu, że mamy w domu inne dziecko, niż to, które zapamiętał wychodząc rano do pracy.
Po pierwsze - pierwszy głośny śmiech. Co prawda pojedynczy incydent - po obejrzeniu filmu Tiny z śmiejącym się Filipem zaczęłam chuchać młodemu w brzuch na co on zareagował autentycznym śmiechem, który powtarzał się przy każdym chuchnięciu. Niestety od tej pory cisza w tej kwestii - Szkrab nie chciał zaprezentować nowej umiejętności tacie...
Po drugie - Szkrab zauważył, że mama składa się z czegoś więcej niż cycków. Owocuje to koniecznością uśmiechnięcia się do niej, lub spojrzenia w oczy podczas karmienia. A dokładnie - co łyk, maksymalnie co dwa...
Nie mówię, że się nie cieszę, ale muszę przyznać, że jest to ciut kłopotliwe - szczególnie, że Młody uznał, że nie wypada patrzeć na mamę jednym okiem. W związku z tym ściska sutka mocno ustami i odchyla głowę jak najdalej się da i z wyraźną radochą przygląda mi się. Ja próbuję odpowiadać w podobnie radosny sposób, ale ból, który odczuwam lekko w tym przeszkadza. Wolę wersję z puszczeniem sutka i uśmiechem.
Po trzecie - przespał w nocy 9 godzin. Ja byłam tak padnięta, że nie obudziło mnie nawet przepełnianie się cycków. Gdy młody obudził się o 5:30 były twarde chyba aż do szyi. Z jednej strony cieszę się, że Szkrab zaczyna spać dłużej, ale mam nadzieję, że tak długi sen nocny to póki co incydent, i, że raczej będzie przestawiał się stopniowo - tak by laktacja mogła się dostosować. Po za tym, ponieważ dzienne karmienie jest takie przerywane wydaje mi się, że dobrze by było by bobas podjadł sobie spokojnie w nocy...
Po czwarte - zmartwił mnie swoją negatywną postawą ;) Karol dosyć mało głuży - przez większość czasu ogranicza się do pisków, pojękiwań i jakiś przedziwnych dźwięków. Z rzadka słyszymy "gu", "be", "bu", "ke". A wczoraj gdy Dumny Tata go przewijał bardzo wyraźnie powiedział "o, nie!". Dlaczego nie "o, tak!"??? Mam nadzieję, że nie oznacza to, że rośnie nam młody sceptyk czy tam kontraformista ;)
Nie nadążam za tymi zmianami. To jest wprost niewiarygodne jak te moje prawie 5700g szczęścia zmienia się każdego dnia.

PS. On na tym zdjęciu leży - to tylko wygląda tak, jakby siedział.

wtorek, 8 stycznia 2013

Ćwiczenia na 2 brzuszki

Do wagi z przed ciąży udało mi się już wrócić, natomiast figura nadal nie ta... Postanowiłam coś z tym zrobić i zacząć ćwiczyć. Wiele blogowych mam rozpoczęło trening z Ewą Chodakowską, ale ja po przyjrzeniu się ćwiczeniom stwierdziłam, że takim twardzielem to ja nie jestem, i muszę poszukać sobie jakiś ćwiczeń bardziej dostosowanych do mojego trybu życia. I umiłowania gimnastyki.
Postanowiłam ćwiczyć z bobasem. Znalazłam kilka ćwiczeń, w których bobas może grać aktywną rolę - było to w naszym przypadku konieczne, gdyż wbrew zapewnieniom kilku autorów artyukułów o ćwiczeniach, nasz Szkrab nie wpatruje się z zachwytem w gimnastykującą się mamę i położony obok mnie czuje się wyłączony z zabawy i szybko zaczyna skwierczeć.
Mięśnie rąk i nóg ćwiczę podczas usypiania malucha, a mięśnie kręgosłupa podczas kąpieli i czasem przewijania (gdy robię to na łóżku, a nie na przewijaku). W związku z tym postanowiłam skupić się na brzuchu, który oczywiście najbardziej ucierpiał podczas ciąży. Ćwiczeń do wyboru jest mnóstwo; ja najczęściej wykonuję te, w których pozycją wyjściową jest mniej więcej ta ze zdjęcia: kładziemy się na plecach, nogi podnosimy i zginamy w kolanach, tak by uzyskać dwa kąty proste - pomiędzy udami i biodrami, oraz łydkami i udami). Na łydki kładziemy bobasa i przytrzymujemy go obiema rękami. Ruszamy nogami do przodu i do tyłu, na boki, podnosimy i opuszczamy głowę. W tym czasie maluch wzmacnia sobie mięśnie karku i oswaja się z pozycją na brzuchu. Ćwiczenia przerywamy gdy przestają się podobać dziecku. Z mojej perspektywy jest to zaleta, gdyż nie mam podstaw by mieć pretensje do siebie, że nie wytrzymuję 15 minut ćwiczeń...

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Moje dziecko

Poproszono mnie o przetestowanie aplikacji Moje Dziecko wydawanej przez Medycynę Praktyczną. Do testów przystąpiłam z ochotą, gdyż jestem wielką fanką aplikacji dla rodziców. Muszę przyznać, że różnych aplikacji ściągnęłam już sporo, jednak większość została ze mną krótko - po kilku godzinach zabawy z reguły je usuwałam ze swojego telefonu. Moje Dzieko póki co cały czas jest zainstalowane, co można uznać za silną rekomendację by tę aplikację sobie ściągnąć.
Moje Dzieko to przede wszystkim mobilna wersja poradnika "Pierwsze dwa lata życia dziecka” pod red. prof. Alicji Chybickiej, prof. Anny Dobrzańskiej, prof. Jerzego Szczapy oraz prof. Jacka Wysockiego, ale dodatkowo jest uzupełniony o kilka dodatkowych funkcjonalności - dzienniczek dziecka, apteczka - lista leków na różne przypadłości, które mogą dotkąć nasze maluszki, oraz baza danych lekarzy.
Z tych dodatkowych funkcji podoba mi się dzienniczek - głównie ze względu na siatki centylowe. Już kilka razy udało mi się "zabłysnąć" podczas rozmów z innymi mamami, gdy mówiłam im, w którym centylu jest ich dziecko jeśli chodzi o wagę i wzrost. Fajne jest także to, że wymiary dziecka są zapisane i wykreślone na siatce, możemy więc obserwować, czy dziecko rośnie zgodnie ze swoją krzywą wzrostu. Dzienniczek ma także opcję kalendarza szczepień, ale albo nie umiem z niego korzystać, albo aplikacja nie jest dopracowana - teoretycznie powinien wyskakiwać jakiś monit o zapisanej dacie szczepienia - w naszym przypadku nic takiego nie nastąpiło. Po za tym, z reguły ma się do zapamiętania tylko jedną datę szczepienia na raz i chyba lepiej użyć do tego kalendarza, którego używa się na co dzień.
Z apteczki jeszcze nie miałam (na szczęście) okazji korzystać, ale wydaje mi się być bardzo solidnie przygotowana. Możemy znaleźć leki po prostu korzystając z indeksu alfabetycznego, albo wybierając odpowiedni objaw np. katar lub atopowe zapalenie skóry. Dostajemy wtedy listę leków wraz z szczegółowym opisem opartym na ulotce leku. Aplikacja podaje także orientacyjną cenę leku.
Dział "gdzie leczyć" także póki co tylko przejrzałam, gdyż póki co, oprócz wizyt lekarskich związanych ze szczepieniami, nie było potrzeby wyszukiwania ani placówki medycznej, ani konkretnego lekarza. Nie wiem, na ile pełna jest baza danych lekarzy i wydaje mi się, że akurat ta część aplikacji ma najmniej sensu - myślę, że większość rodziców w sytuacji awaryjnej raczej albo pojedzie od razu do szpitala, albo przy mniej awaryjnej do swojego lekarza pierwszego kontaktu. A specjalisty raczej będzie szukać przez Internet, gdzie nie tylko dane będą bardzie aktualne, ale gdzie można także przeczytać opinie o lekarzach. Sprawdziłam, jak aplikacja poradzi sobie z wyszukaniem placówek medycznych w mojej miejscowości i muszę przyznać, że znalazła wszystkie, o których wiem, i kilka, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Dodatkowo, każda placówka jest opisana - możemy znaleźć tam telefon, mail, dokładny adres, a po przejściu na stronę wydawnictwa - mapkę pokazującą gdzie obiekt się znajduje. Ogólnie jest więc nieźle, z tym, że podobnie jak w przypadku lekarzy ja raczej skorzystam z Internetu niż aplikacji, by znaleźć takie dane.
Jeśli chodzi o sam poradnik to jest on naprawdę dobry - bardzo szczegółowy, z mnóstwem ciekawych informacji. Mogę się przyczepić jedynie do sposobu uporządkowania materiału, oraz spisu treści - sprawia wrażenie lekko chaotycznego, dodatkowo  rozdziały różnią się stopniem ogólności. Dlatego korzystając z poradnika używałam głównie funkcji "szukaj", a nie nawigacji po rozdziałach.


Poradnik w formie aplikacji mobilnej przyda się przede wszystkim kobietom w ciąży, oraz rodzicom podczas pierwszych tygodni życia dziecka. Kobietom w ciąży umili czas w poczekalniach gabinetów lekarskich (myślę, że warto poszerzać swoją wiedzę czekając np. na badanie glukozy...). A dlaczego podczas pierwszych tygodni życia dziecka? Po pierwsze dlatego, że wtedy jest najwięcej wątpliwości, co do zdrowia i rozwoju dziecka, a dodatkowo ma się najmniej czasu, gdyż opieka nad maluszkiem jest bardzo absorbująca. Później w sprawie własnych dzieci powoli stajemy się już ekspertami i konieczność uzupełniania wiedzy zdarza się rzadziej, ponadto bardziej uporządkowany dzień powoduje, że jest więcej czasu na przeglądanie bardziej tradycyjnych źródeł wiedzy - książek, czy Internetu. Podczas tych pierwszych tygodni często jedyne "luźniejsze" momenty, to czas karmienia - a wtedy dużo łatwiej jest utrzymać telefon, niż książkę lub komputer.
Trochę żałuję, że nie miałam poradnika podczas pierwszego kryzysu laktacyjnego - z młodym przy piersi spędzałam wtedy praktycznie całe dnie, i bardzo dużo korzystałam z Internetu próbując znaleźć jakieś informacje na temat karmienia piersią. Poradnik bardzo by mi się wtedy przydał, szczególnie, że zawiera dodatkowe filmiki na temat prawidłowego przystawiania do piersi, wygodnych pozycji do karmienia, dokarmiania dziecka. Oczywiście nie jest to nic takiego, czego nie znajdziemy w Internecie, ale dobrze jest mieć takie rzeczy w jednym miejscu, oraz mieć pewność, że zostały przygotowane przez ekspertów. Filmiki trochę długo się ładują (przynajmniej na moim telefonie), ale i tak polecam je obejrzeć.

Gdy zaczęłam testować poradnik młody miał już prawie 3 miesiące i większość informacji nie była dla mnie wielką nowością. Ale muszę przyznać, że i tak nam się przydał - przeczytałam, że  jeśli po 3 miesiącu pojawia się jakikolwiek, nawet przemijający zez należy zgłosić się do lekarza. Wydaje mi się, że młodemu trochę oko "ucieka". Do tej pory wszyscy przekonywali mnie, że to norma u takich maluchów i że mam się tym nie przejmować - nie przejmowałam się więc. Dzięki poradnikowi zwróciłam na to uwagę i porozmawiałam na ten temat z pediatrą, a pod koniec tygodnia idziemy do okulisty...
Zainteresował mnie także rozdział o pielęgnacji jamy ustnej i od czasu przeczytania odpowiednich rozdziałów zaczęłam delikatnie myć dziąsełka i jamę ustną szkraba - wcześniej (na podstawie tego, co usłyszałam w szkole rodzenia i od pediatry) zakładałam, że zacznę to robić gdy pojawią się już zęby.  Mycie buzi już teraz zmniejsza ryzyko pleśniawek,ponadto wyrabia nawyk dbania o higienę jamy ustnej.
Podsumowując -  bardzo polecam poradnik na telefon i cieszę się, że takie aplikacje powstają i do tego dostępne są za darmo!!!
Aplikację można bezpłatnie pobrać ze Sklepu Play ( https://play.google.com/store/apps/details?id=pl.mp.twoyears&hl=pl ) oraz z AppStore'a ( https://itunes.apple.com/app/id574403799 ).

niedziela, 6 stycznia 2013

Przeziębienie

Znowu złapaliśmy lekkie przeziębienie. Karol ma katar i leciutko podwyższoną temperaturę, a ja uczucie rozbicia i mechate gardło. Chyba muszę być nieźle osłabiona, skoro łapią mnie takie rzeczy - moja odporność była do tej pory wręcz legendarna (gdy w 9 miesiącu ciąży poszłam w końcu na zwolnienie lekarskie nie wiedziałam co z nim należy zrobić, gdyż w całej swojej karierze nigdy nie byłam chora). Ominęło nas w związku z tym szczepienie, które zostało przełożone na za 10 dni.
Siedzimy w domu i się kurujmy. Karol - woda morska w sprayu Marimer, do której w końcu się przekonałam, i której aplikacja nie stanowi już dla nas problemu. Młody zaakceptował już zabieg - nie jest może szczęśliwy, ale też nie płacze.

Po kilku minutach od aplikacji wody w ruch idzie Frida. Ja nadal mam odruch wymiotny podczas odciągania (czysta paranoja - doskonale wiem, jak działa aspirator, ale nic nie mogę na swoje odruchy poradzić. Odruchu nabawiłałam się gdy po jakiejś sterylizacji urządzenia nie wysuszyłam rurki, co spowodowało, że przy kolejnym użyciu zassałam wodę), ale też mam już niezłą wprawę w odciąganiu glutów. Potem maść majerankowa. Pediatra przepisałam nam także witaminę C dla dzieci - Cebion. Na początku wpuszczałam kropelki do ściągniętego mleka, teraz aplikuję witaminę bezpośrednio do pyszczka. Bobas otwiera buzię gdy tylko coś do niej zbliżamy, więc nie ma z tym problemu. Jest trochę zdziwiony kwaśnym smakiem, ale nie protestuje.
Obydwoje się inhalujemy - w garnku zagotowuję wodę z łyżeczką majeranku i taki gorący napar stawiam koło łóżka, na którym spędzamy prawie cały dzień - ja próbuję spać lub czytać, a bobas mnie na przemian maltretuje (szarpie za ubranie lub włosy) i przymila się (uśmiecha się szeroko i dzieli się obślinioną łapką).


Teraz czekam na powrót DT, który wiezie dla mnie babciny soki: malinowy i z czarnego bzu, oraz suszone kwiaty lipy do robienia naparów. Pewnie dobrze by było, gdybym zjadła czosnek, ale nie wiem, czy młodemu to posmakuje (z drugiej strony w ciąży nie stroniłam od czosnku, cebuli i innych przypraw, więc powinien być przyzwyczajony).



piątek, 4 stycznia 2013

Zasypianie, usypianie, ech...

Zasypianie, metody usypiania, problemy ze snem to chyba najczęściej poruszane tematy wśród świeżo upieczonych rodziców. I, o ile dziecko jest zdrowe jedyny obszar życia niemowlaka w pierwszych miesiącach życia, który w ogóle sprawia jakieś problemy. Jeśli chodzi o sen Karola i łatwość jego usypiania to ma on "fazy". Są takie dni, tygodnie gdy śpi cudownie - my z łatwością wyłapujemy moment kiedy należałoby go oddać w objęcia Morfeusza, usypianie trwa krótko, a dziecko spokojnie przesypia zalecaną mu ilość godzin. Ale bywają też takie, gdy nie ma mowy o śnie w ciągu dnia i dopiero późnym popołudniem dziecko pada nam ze zmęczenia. Jeśli chodzi o nocne zasypianie jest dosyć dobrze, chociaż zdarzyły nam się takie dni, że trwało 3 h i młody zasypiał dopiero około północy.
Szczerze mówiąc nie wiem, jaka byłaby najlepsza metoda usypiania Szkraba - niby w poradnikach jest sporo na ten temat, ale albo nie zgadza się z moją filozofią życiową (jakikolwiek pozwalanie na płacz), albo po prostu nie działa u nas (może brakuje nam wytrwałości).
Nasz szkrab śpi we własnym łóżeczku, u nas śpi co najwyżej nad ranem, gdy on już byłby gotowy do rozpoczęcia dnia, a my jeszcze nie - leżenie w naszym łóżku rozwiązuje ten problem połowicznie - młody raczej nie śpi, ale też nie płacze patrząc na nas, lub też nas dotykając, czy też kopiąc. Trochę kusiło mnie "łóżko rodzinne" i spanie z bobasem, ale w naszym przypadku byłoby to co najmniej trudne, jeśli nie niebezpieczne - nasze łóżko ma 1,2m  - jest ok dla dwóch dosyć szczupłych osób, które i tak śpią z reguły przytulone, ale nie dla bobasa, któremu należałoby zrobić więcej miejsca.
Wieczorem mamy ustalony rytuał - kąpiel, ewentualnie masaż (w zależności od tego, o której nam kąpiel wypadnie i humoru Szkraba), cycuś, odbicie i łóżeczko - ze smokiem-uspokajaczem w pogotowiu. Czasami młody zasypia od razu odłożony do łóżeczka, czasami trzeba wetknąć smoka, poszumieć, poszeleścić, poklepać lub chociaż potrzymać rękę na plecach. Czasami zaczyna od razu płakać, albo - wersja której najbardziej nie lubię - po klepaniu i szeleszczeniu, gdy wydaje się, że zaraz zaśnie, zaczyna nagle płakać.Wtedy wyciągamy Szkraba z łóżeczka i lulamy - najczęściej wystarczy około minuty, dwóch noszenia i zaczynają mu się oczka zamykać. Wtedy procedurę powtarzamy ponownie - w jednej ręce smoczek - delikatne odłożenie do łóżeczka i sprawdzanie czy smoczek jest, czy też nie jest potrzebny. Po kilkunastu minutach od zaśnięcia wracam do pokoju i chowam smoczka. Ten sposób sprawdza się u nas w 90% i póki co nie narzekam. Cała procedura trwa długo (głównie ze względu na czas jaki Szkrab potrzebuje na opróżnienie piersi), ale jest dosyć przyjemna. Zobaczymy do kiedy będzie się sprawdzać (coraz częściej zdarzają nam się te trudniejsze dni)
Jeśli chodzi o sen dzienny, to tutaj nie mamy chyba dobrego rytuału, a ja nie mam pomysłu jaki on powinien być. Gdy widzimy, że młody robi się marudny i senny zawijamy go w lekki kocyk, tak by miał skrępowane łapki i nosimy śpiewając balladę "Wróci wiosna baronowo". Dlaczego akurat ten kawałek? - lubię go, jest wystarczająco długi i by dziecko zaczęło zasypiać, a ponadto jest dobrym wyznacznikiem czasu usypiania. Zanim śpiewałam miałam wrażenie, że usypiam Szkraba godzinami. W rzeczywistości nie trwa to tak długo. Z reguły upłynąć muszą 2 piosenki by młody zaczął zasypiać (czasami 3) - w tym czasie przechodzi przez wszystkie możliwe stany czuwania, w tym ogłuszający płacz.Gdy widzę, że oczy mu się zamykają układam w łóżeczku i natychmiast podaję smoczka. Efekt jest różny - płacz, skwierczenie, uśmiech, lub z rzadka - zaśnięcie. W zależności od efektu staram się uśpić w łóżeczku bądź też maluch wraca na ręce. Jeśli ta ostatnia opcja, z reguły powtórne zasypianie następuje dosyć szybko - dochodzę do Pawła Geraldiego, albo do zwrotki o tym jaki to baron był zły. Jeśli muszę dośpiewać do tej o jamniczku, wiem, że będzie ciężko i, że nawet jeśli Szkrab zacznie zasypiać zaraz się rozbudzi i całość trzeba będzie powtórzyć od początku. Po tym, jak zaśnie młody albo przesypia całą drzemkę i wtedy trwa ona około 45 minut, bądź też budzi się po około 20 minutach. Wtedy najczęściej wystarczy wetknąć smoka i trochę poklepać i zasypia ponownie. Czasami trzeba wyjąć z łóżeczka i znowu nosić. Co ciekawe - jeśli ma taki sen przerwany po 20 minutach śpi dłużej - 1.5h, czasami, ale bardzo rzadko - dwie...
Metoda ta sprawdza się jako tako teraz - gdy bobas waży 5.5kg. Nie wiem, co my zrobimy później...

czwartek, 3 stycznia 2013

Dialogi rodzinne: znowu o cyckach, korupcji i genetyce

O cyckach i korupcji:

Odpakowuję cycka, co by młodemu drugi obiad podać. Dumny Tata siada obok i przygląda się:
DT: Śliczny cycuś
Wyciągam rękę i głaszczę go po klacie.
JA: Twój też jest niezły
DT: Eee tam. Do d..y z takim cyckiem co mleka nie daje.
JA: Wiesz, moje też nie będą dawały mleka w nieskończoność. Kiedyś Karol przestanie się nimi żywić. I co wtedy? Rzucisz mnie ze względu na dodupne cycki? (tak wiem, głupie droczenie się)
DT: Nie. Zrobię Ci kolejnego bobasa.
JA: Ja nie jestem pewna, czy będę chciała kolejne bobasy
DT: A co jeśli powiem, że będziesz mogła sama wybrać imię?
JA: Nie wiem, czy ta propozycja nie podpada pod ustawę antykorupcyjną.
DT: Ty to umiesz zepsuć każdą chwilę...
JA: Jaką chwilę?
DT:No, romantyczną!
JA: Uważasz, że gdzieś w zwrocie "zrobię Ci bobasa" czai się romantyzm????
DT: No...tak...taki...techniczny

Inżynierowie psia mać.


Genetyczny:

Sprzątam.
JA: Już nie mogę się doczekać, aż Karol będzie mógł pomóc w sprzątaniu
DT: Jak będzie to robił chętnie to ja żądam testów genetycznych...
Podobne posty