sobota, 30 marca 2013

Dialogi rodzinne: burmuch

Wieczorem byłam głodnawa, ale nie na tyle by robić kolację dla samej siebie. W związku z tym krzątając się po domu podskubywałam sobie to i owo (to łyżka siemienia lnianego, to trochę musztardy*, resztki surówki z obiadu). Dumny Tata wrócił bardzo późno - ja byłam akurat w trakcie nocnego karmienia młodego.
DT: Jesteś głodna?
JA: Nie, zjadałam trochę kapusty kiszonej
DT: I najadłaś się?
JA: Tak, ani trochę nie jestem głodna.
Odkładam nabąblowanego  mlekiem Szkraba. Dopada mnie refleksja:
JA: Jestem jak koza...**
DT: Dobrze, że Ty to powiedziałaś. Gdybym ja to zrobił miałbym burmucha jak z tąd, do tamtego lasu...

* tak, jem musztardę łyżkami. Chrzan też. M. przyznał się, że zanim byliśmy razem zastanawiał się, czy zabierać mnie na kolejnego grilla do znajomych po tym jak półświadomie wsunęłam cały słoik musztardy zanim karkówka się upiekła
**zgodnie ze starym powiedzieniem: "koza miotłę zje, a mleko da"

środa, 27 marca 2013

Co ja lubię, co Ty lubisz - o chodzeniu po krzakach

Do niedawna wydawało się, że nasz Szkrabu rośnie na rasowego fana Kazika/Kultu. A ogólnie ulubionym gatunkiem muzyki był rock, co bardzo nas cieszyło. Ostatnio coś mu się poprzestawiało i obecnie uspakaja się przy pieśniach żołnierskich i patriotycznych. Musiałam sobie odświeżyć repertuar wyuczony na lekcjach muzyki w liceum. Gdy młody obudzi się w środku nocy i ma problemy z zaśnięciem pomaga "Żeby Polska, była Polską", a na spacerach w razie marnego humoru wyję "Rozkwitały pąki białych róż". W chwilach lekkiego osłabienianastroju - takich owocujących buczeniem i pojękiwaniem, ale jeszcze bez płaczu wystarczają "Czterej pancerni". Ja jeszcze próbuję sama siebie przekonać, że takie odwrócenie się od rocka wynika raczej z wyrobienia muzycznego, a nie jego braku - może dziecię stwierdziło, że moje wykonania Kazika czy Janerki to profanacja, i że mój antytalent muzyczny nadaje się tylko do piosenki żołnierskiej, która z reguły nie imponuje rozbudowaną linią melodyczną. W każdym razie oprócz tego, że różnimy się jeśli chodzi o ulubione kolory i zabawki to póki co zaczynamy się także różnić, jeśli chodzi o ulubione utwory i wykonawców. No trudno. Przy tej okazji zaczęłam się zastanawiać, czy są jakieś rzeczy, które chciałabym by nasze dziecko po nas "odziedziczyło". Wiadomo, że różnice w gustach i preferencjach muszą wystąpić (gdybym z kolei odziedziczyła po rodzicach ich gust muzyczny, zamiast "Sztosu" nuciłabym dziecku "śpiewamy bluesa bo 4 nad ranem") i jedyne co można zrobić to fakt ten zaakaceptować. Ale czy są rzeczy, na których mi zależy? Myślę o drobiazgach, bo wiadomo, że znaczenie ma filozofia życiowa, ale tę to akurat mam nadzieję kształtować. Doszłam do wniosku, że w sumie jest mi wszystko jedno, jakiej muzyki będzie Szkrab słuchał w przyszłości, jak się będzie ubierał, jakie filmy oglądał, czy jakimi książkami się fascynował, jaki sport uprawiał. Chciałabym natomiast by polubił...chodzenie po krzakach. Chcę by doceniał lokalne atrakcje często pomijane w przewodnikach. By chciał poznawać historię pojedynczych chałup, kamieni, wałów ziemi. By nie miał do nas wielkich pretensji, że na weekend zamiast do Paryża zabieramy go na obrzeża Grodziska Mazowieckiego, że zamiast odwiedzania restauracji ciągamy go po łąkach i krzaczorach w poszukiwaniu jakiś pozostałości średniowiecznych umocnień, co to ledwo nad powierzchnię ziemi wystają, by nie dziwił się, ze jedziemy na rowerach 50 km tylko po to by jakiś rozwalający się dworek obejrzeć. Zobaczymy. Póki co wyglądam wiosny by w końcu tę naszą turystykę-nie-atrakcyjną (jak to zostało nazwane u mnie w pracy) reaktywować.

Nie chwal dnia

Nauczona doświadczeniem powinnam była kilkakrotnie przemyśleć, czy wczorajszy post powinien powstać - jakoś tak jest z bobasami, że gdy publicznie napisze się o ich zwyczajach (tych dobrych) następnego dnia się zmieniają.
Dzisiaj wyraźnie mamy gorszy dzień pod względem przestrzegania jakiegokolwiek planu. Zaczęło się od tego, że wczoraj w pracy nie dałam rady ściągnąć mleka - jakiś tłum ludzi zebrał się w biurze i nie udało mi się zarezerwować salki konferencyjnej, a nie wyobrażam sobie bym miała to robić w łazience. Moje cycki przyzwyczajone do częstego opróżniania przez całą dobę zaczęły mi lekko doskwierać. Ponieważ M. i tak miał jechać na miasto poprosiłam go by wpadł po mnie, dzięki czemu Szkrabu dostanie wcześniej swój posiłek, a cyckom nie odpadnie jedno opróżnienie.Tak zrobiliśmy i w sumie nie bardzo martwiłam się tym - młody nie zjadł całego mleka, które mu zostawiłam w domu, w związku  z tym wraz z wieczornym ściaganiem powinna się zebrać cała porcja na dzisiaj.
Mleko wieczorem ściągam o 10. I o 9:45 zaczęłam wyparzać laktator, a tu bach - Szkrabu się obudził. Kurcze - niecałe 2h po ostatnim posiłku. Próbowałam podać mu smoczek, przytulać, lulać - nie udało mi się nawet ukoić płaczu, więc uznałam, że to jednak głód musiał go obudzić. Stwierdziłam, że mleko ściągnę o północy. Chwilę przed postanowiłam sobie zrobić gorącą czekoladę co by to ściąganie uprzyjemnić. Zdążyłam zagotować mleko ze śmietanką, a Szkrabu znowu zaczął płakać. Nieskuteczne próby uśpienia - znowu bez cycka się nie obyło. No trudno - najwyżej następnego dnia dostanie tylko te trochę mleka, co zostało, a resztę uzupełni się czymś niemlecznym.
O 3:50 młodego obudziła przesiąknięta pieluszka. Pomyślałam, że to piękna okazja by sprawdzić, czy karmienie godzinę przed zwyczajowym czasem pobudki pozwoli nam zaczynać dzień trochę później. Niestety - od tej nieludzkiej godziny jesteśmy na nogach - po jedzeniu Szkrabu nijak nie dał się uśpić. Zasnął (i to z problemami) dopiero o 9 rano. Możliwe, że gdybyśmy po prostu uznali, że tym razem zaczynamy dzień wcześniej i działali według jakiegoś dziennego schematu (zabawa, przytulanki, kolejne karmienie) udałoby się rozpocząć drzemkę wcześniej. My natomiast od tej pobudki usilnie próbowaliśmy go uśpić - ale ciężko wymagać od człowieka by po zaledwie 3 godzinach snu i przed świtem myślał racjonalnie...
Dobrze, że akurat dzisiaj szłam do pracy na popołudnie - zdążyłam jakoś tam się zregenerować.
Mam nadzieję, że to jednorazowy wybryk, a nie objaw rozregulowania i, że uda nam się powrócić do tego w miarę ustalonego planu dnia opisanego wczoraj.

poniedziałek, 25 marca 2013

Rutinas Diarias

Zawsze byłam osobą, która błyskawicznie dostosowuję się do nowej sytuacji, czy też warunków w których dane jej było mieszkać, czy żyć. Tak było z moją ciążą - mimo, że była dla mnie zaskoczeniem przeszłam nad nią do porządku dziennego w dosłownie kilka godzin. Po ujrzeniu dwóch kresek przez moment byłam w niezłym szoku, następne minuty poświęciłam przemyśleniu co muszę w życiu zmienić. Gdy już to ustaliłam zadzwoniłam do M. by go powiadomić (byłam wtedy w Stanach - i ten jeden, jedyny raz zapomniałam o różnicach w strefach czasowych), pogadaliśmy trochę, poszłam spać, by następnego dnia obudzić się z pełną świadomością swojego stanu. Krótko po tym, gdy brzuch zaczął mi się zaokrąglać byłam już tak do niego przyzwyczajona, że nie pamiętałam, jak to jest żyć bez brzucha. Jak to jest żyć z brzuchem udało mi się zapomnieć w dosłownie dzień po porodzie. Z kolei kilka dni po powrocie do domu nie pamiętałam, jak to jest nie mieć bobasa. Teraz podobnie było z moim powrotem do pracy. Co prawda jeszcze pamiętam, jak to jest siedzieć z dzieckiem cały dzień w domu, i trochę za tym tęsknię, ale tak naprawdę wystarczył ten pierwszy tydzień bym zdążyła przyzwyczaić się do naszego nowego trybu życia. Jak więc wygląda nasz dzień?
Rozpoczyna się wcześnie. Szkrab ostatnio wstaje około 5 rano, i nijak nie daje się przekonać, że to za wcześnie. Ja jestem wtedy jeszcze zupełnie nieprzytomna i szczerze mówiąc nie do końca kojarzę, co się właściwie wtedy dzieje. Młody zjada śniadanko, przez jakiś czas leży grzecznie między nami oglądając sobie kołdrę, a następnie gdy już się znudzi zaczyna piszczeć. Ja w półśnie próbuję się z nim bawić, ale idzie mi to dosyć niemrawo i około 6:15-6:30 M. wykończony popiskiwaniem i pokrzykiwaniem wstaje i zabiera młodego na matę edukacyjną. Gdy młody baraszkuje na macie przygotowuje śniadanie. Ja dosypiam. Wstaję, gdy Szkrabowi znudzi się samodzielna zabawa na macie i zaczyna marudzić. Zjadamy śniadanie, wypijamy kawę podczas której młody ląduje dodatkowo na cycku. Wychodzę z domu o 7:30. Szkrabu jest wyraźnie smutny gdy żegnamy się w przedpokoju. Prawdopodobnie zaczyna się u niego jakiś lęk separacyjny, gdyż przez około pół godziny po moim wyjściu M. nie może mu na chwilę zniknąć z oczu - później mu się na szczęście trochę poprawia i przez krótkie momenty może zająć się sam sobą. Pierwszą drzemkę ucina sobie około 8:30 i trwa ona około godziny. Wtedy też dostaje mleko - zjada różnie - czasami 100, czasami 30ml. Następuje zabawa, spacer, jakieś wyjście do sklepu, lub do remontowanego domu. Kolejna drzemka przypada na 12-12:30 i z reguły jest krótsza - pół godziny, czasami 45 minut. Szkrabu dostaje mleko, lub gdy zje cały zapas, coś niemlecznego. Ja w domu jestem około 14:15 i niezależnie kiedy był poprzedni posiłek cała ja, oraz moje cycki witane są z dużym entuzjazmem. Do wieczora młody nadrabia kalorie, które przepadły mu podczas mojej nieobecności - wyraźnie zwiększyła nam się częstotliwość cycusiowania. Rutyny wieczorne około-bobasowe nie zmieniły się - o 19 kąpiel, masaż, kolacyjka i spać. Nie zauważyłam pogorszenia snu nocnego (ale to może dlatego, że i tak z mojej perspektywy nie jest najlepiej - młody budzi się około 11-12, a następnie 2-3 i niestety zdarza się, że po jedzeniu ma problemy zaśnięciem). Rutyny wieczorne nie-bobasowe trochę się zmieniły - zamiast błogiego leniuchowania próbuję doprowadzić mieszkanie do stanu używalności. Nie wiem, jak to się dzieje, że duet tata + syn produkują kilkakrotnie większy bałagan niż mama + syn...
Czyli podsumowując - nadal jest dobrze i okazuje się, że wiele obaw, które dręczyły mnie przed powrotem do pracy okazało się być bezpodstawne. To, co męczy mnie, to fakt, że z M. prawie się nie widujemy - jesteśmy razem rano, z tym, że ja wtedy albo jestem nieprzytomna, albo biegam po mieszkaniu równocześnie myjąc zęby, ścieląc łóżko i pakując laktator, następnie trochę w środku dnia - gdy ja karmię młodego on odgrzewa lub kończy przygotowywać obiad, który następnie naprędce zjadamy. Po obiedzie M. wychodzi do swojej pracy, a później jeszcze wpada na budowę -  do domu wraca najczęściej podczas pierwszego nocnego karmienia - i ja wtedy z reguły też już jestem nieprzytomna i ciężko ze mną się dogadać. Mam nadzieję, że gdy skończymy z remontem sytuacja trochę się poprawi - co prawda ja wkrótce po tym będę pracować na pełen etat, ale za to obydwoje będziemy mogli pracować z domu - gdzie po prostu będziemy wymieniać się opieką nad bobasem.

środa, 20 marca 2013

Mama pracuje

Jakoś nie mogłam zebrać się do napisania tego posta. I to nie dlatego, że praca tak mnie wciągnęła, albo ze zmęczenia - nie, to raczej kwestia tej nie-wiosny, która powoduje u mnie jakąś apatię i niechęć do wszystkiego. Od trzech dni pracuję na pół-etatu, zaś Szkrab siedzi w domu z tatą. I najzwyczajniej w świecie stało się to naszą codziennością - bez dramatów, stresów, łez.
W pracy na razie nie mam zbyt wiele do zrobienia - wdrażam się powoli, próbując zrozumieć wszystkie zmiany, które zaszły w przeciągu ostatnich 6 miesięcy. Myślę, że minie jeszcze z 1.5 tygodnia zanim ruszę pełną parą. Póki co wszystko układa się tak jak powinno, chociaż już widzę, że praca na pół etatu u nas w firmie do najłatwiejszych nie należy. Problem polega na tym, że nie mogę wyznaczyć sobie ścisłych godzin pracy - np. 9-13. Charakter mojej pracy wymaga udział w spotkaniach, które odbywają się o bardzo różnych godzinach. Zakładałam, że tak będę sobie układać plan dnia by po prostu moje 4h w pracy obejmowały czas spotkania. Jakoś tylko zapomniałam, że takich obowiązkowych spotkań mam z reguły więcej niż jedno w ciągu dnia. I już widzę, jak kalendarz zapełnia mi się w niekoniecznie korzystny dla mnie sposób. Na szczęście za 2 tygodnie będę już miała warunki by pracować z domu, a wtedy problem częściowo się rozwiąże  - będę jeździć do biura tylko wtedy gdy będzie to konieczne, a w domu będziemy się z M. wymieniać w ciągu dnia opieką nad młodym, tak bym mogła wdzwaniać się na spotkania.
Dzięki temu łatwiejsze też będzie karmienie - póki co ściągam mleko wieczorem oraz w pracy. Podejrzewam, że mój laktator słychać na drugim końcu biura, ale jak na razie nikt mi uwagi nie zwrócił.
Karol dosyć dobrze przyjął zmianę - pierwszego dnia co prawda zastrajkował jeśli chodzi o jedzenie, ale dzisiaj awersja do butelki i nie-mlecznych posiłków mu przeszła. Mimo, że on nigdy nie miał problemów z piciem z butelki, a ostatnio zaczęliśmy mu dodatkowo dawać odrobinę wody w butelce z uszami by mógł sam się napić, w poniedziałek po pierwszej porannej drzemce urządził butelkowy strajk i za nic nie chciał wypić mleka z butelki. Biedny M. próbował kolejnych smoczków, ale powodowały one tylko kolejne ataki histerii. Gdy w końcu w desperacji przelał mleko do tej "zabawowej" butelki młody na sam jej widok się rozpłakał. Po konsultacji telefonicznej ze mną Szkrabu został zabrany na krótki spacer. Po nim zjadł około 30 ml mleka. Ponieważ i tak mieliśmy tego dnia jechać do jakiegoś sklepu pooglądać baterie i deszczownice M. przyjechał z młodym do mnie pod pracę. Nie chciałam by przynosił Karola do biura, gdyż zależało mi na czasie, oraz nie chciałam by konieczność obejrzenia go przez wszystkich dodatkowo opóźniła posiłek, więc poszliśmy do centrum handlowego graniczącego z moim biurem, gdzie nakarmiłam Karola w pokoju dla matki z dzieckiem.
We wtorek Szkrabu musiał już dostać 2 posiłki podczas mojej nieobecności - zjadł znowu jakieś 40 ml mleka i 2-3 łyżeczki marchewki. Wieczorem M. nawet zaproponował bym nie ściągała mleka, gdyż w lodówce mamy nawet więcej niż trzeba, a najwyraźniej młody woli się żywić po moim powrocie. Ja wiedziona matczyną intuicją stwierdziłam, że jednak wolę ściągać mleko na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, kiedy takiemu maluchowi może wrócić apetyt. I wrócił dzisiaj - po drzemce wtrąbił całą butelkę mleka, a następnie porcję marchewki, na którą rzucił się, jakby od tygodnia nie jadł. Ponieważ koniecznie chciał więcej M. musiał mu dogotować kolejną porcję, którą również wsunął całą. Niedługo po tym wróciłam do domu, a młody żarłacz z entuzjazmem przystąpił do cycusiowania, które to do wieczora powtórzyliśmy jeszcze 3 razy. Jak tak dalej pójdzie, to nam się nieźle utuczy kruszynka nasza.
Ogólnie ojciec z synem dogadują się świetnie - chociaż wydaje się, że przy mnie Karol jest bardziej "samoobsługowy" - częściej mogę zostawić go samego na macie i poogarniać coś w domu. Teraz M. musi niemalże cały czas go zabawiać, co oznacza, że nie ma czasu na zmywanie, odkurzanie i inne takie domowe sprawy. Gdy wracam do domu mieszkanie wygląda, jakby przeszedł przez nie tajfun. Na szczęście podczas gdy ja karmię M. uprząta chociaż część bałaganu i gdy zostaję w domu ze Szkrabem pozostaje mi tylko zmywanie po obiedzie i dokładne mycie podłóg (kilka dni temu Szkrabu zaczął pełzać do tyłu!!! -  musimy teraz zwracać trochę większą uwagę na czystość podłóg).
Wygląda na to, że wszystko ładnie się układa. Zobaczymy jak będzie dalej :)

niedziela, 17 marca 2013

Dialogi Rodzinne: punkty za pochodzenie i o tych, co ze skóry

o punktach za pochodzenie:

Nasz znajomy zrobił świństwo pewnej dziewczynie. Również naszej znajomej. Rozmawiamy wzburzeni na ten temat.
JA: Nie spodziewałam się tego po nim
DT: A ja w sumie miałem przeczucie, że tak to się skończy
JA: Zupełnie mi to do niego nie pasuje. Zawsze wydawało mi się, że to niemalże chodzący ideał.
DT: Taaa. Bo jest historykiem. U Ciebie każdy, kto jest matematykiem, historykiem lub chemikiem od razu dostaje punkty za pochodzenie. Wystarczy, że wie coś o przestrzeniach Banacha, możesz z nim pogadać o Dekabrystach, lub chociaż raz w dyskusji użyje czegoś co brzmi jak cztero-chloro-żółwian-nindżan uznajesz go za ideał...

skórzany

Dumny Tata zgarnia Szkraba z maty i sadza na leżaczku.

DT: Chodź tu do mnie smyku. Smyku-z-plastiku*
Szkrabu patrzy się na tatę mocno zdziwiony, a właściwie oburzony.
DT: Przepraszam. Oczywiście nie jesteś z plastiku. Ten fotelik jest z plastiku. Ty jesteś naturalny. Ze skóry.


*Nie - nie jesteśmy z Częstochowy - te rymy to ze zmęczenia.
 

piątek, 15 marca 2013

Dzieć rozrabia przy cycu

Zdecydowanie rozwija się nam to nasze dziecię. Ostatnio wkroczyło w etap intensywnego badania świata - zdaje się, że odkrył, że rzeczy zbudowane są z różnych materiałów i substancji i zaczyna ich właściwości badać. Rozciąga sprawdzając elastyczność, ściska testując ściśliwość, zgniata badając kruchość, zrzuca ze stołu testując prawo powszechnego ciążenia. Bada zabawki, jedzenie, przedmioty codziennego użytku, troszeczkę swoje ciało (ostatnio na topie są paluchy u nóg). Testy nie omijają także moich cycków. Szkrab postanowił najwyraźniej sprawdzić czy taki np. sutek nadaje się na naciąg do procy. Ściska go mocno i ciągnie głowę do tyłu. Wydaje mi się, że efekt testów jest pozytywny i tylko cieszę się, że dzieć jeszcze zupełnie niemobilny jest i po patyk do procy póki co nie pójdzie. Młody testuje też jak wytrzymałe są cycki w przypadku krótkich, ale za to silnych szarpnięć - to chyba po to by sprawdzić, czy materiał z którego zrobiony jest sutek nadawałby się jako linka holownicza. Chyba za głośno mówiliśmy przy Szkrabie o gumie do żucia, bo w takim kontekście też próbuje używać moich brodawek.
Biedne  te moje cycki. Oj, biedne.Skutkiem Szkrabowych eksperymentów lewa pierś nabawiła się pęcherzyka. Przystawianie młodego przypomina bardzo to, co działo się w pierwszych tygodniach naszej przygody z karmieniem. Zaciskam powieki, przed oczami wirują mi gwiazdy i mam wrażenie, że ktoś w pierś mi wbija tysiące igiełek. Po chwili jest już lepiej i mogę ostrożnie otworzyć oczy. Aby osłodzić mi trochę ból bycia obiektem eksperymentów naukowych po każdym takim doświadczeniu Szkrab promiennie się do mnie uśmiecha. Szczwana bestia.

Siatki centylowe dla dzieci kp

Jest to w dużej mierze powielenie posta Mamy Kangurzycy z przed ponad 2 lat, ale ośmielam się taki "plagiat" popełnić, gdyż wydaje mi się, że warto taką wiedzę popularyzować.
Ponieważ nasze dziecię jest drobne pediatrzy przywiązują dużą wagę do jego wagi (sic!). W związku z tym i ja zaczęłam uważniej obserwować pozycję młodego na siatkach centylowych. I gdy używałam tych ogólnodostępnych i popularyzowanych przez pediatrów Szkrabu wypadał ostatnio słabo - grubo poniżej 3 centyla.
Problem w tym, że siatki zostały opracowane na podstawie badań w całej populacji dzieci - w tym karmionych mlekiem modyfikowanym. Statystycznie dzieci karmione mm są trochę cięższe niż karmione piersią (później, po wprowadzeniu stałych pokarmów i przy zwiększonej mobilności dzieci to się wyrównuje). Aby nie dostarczać sobie dodatkowych źródeł niepokoju dobrze porównywać swoją pociechę do populacji dzieci karmionych tak jak ona. Poniżej link do strony WHO gdzie znajdziecie siatki centylowe dla dzieci karmionych piersią. Według nich np. Karol jest wagowo w 10 centylu - zdecydowanie nie jest to typ mięśniaka ale nie ma też powodów do niepokoju.

http://www.who.int/childgrowth/standards/en/


czwartek, 14 marca 2013

Panu już podziękujemy

Gdy byliśmy u pediatry w sprawie rozszerzania diety Karol cierpiał na biegunki. Ponieważ miał zrobione chyba wszystkie możliwe badania i nic nie wykazało choroby ostatecznie ich przyczyna została zdiagnozowana jako zupełnie naturalna - ząbkowanie, a właściwie zwiększona przez nie produkcja śliny. Pediatra zaproponowała zwalczenie natury naturą i po prostu podawanie Szkrabowi gotowanej marchewki. Ponieważ tempo wzrostu naszego malucha znacznie zwolniło zaproponowała też, że gdyby marchewka nie wystarczyła, a Szkrab nadal nie przybierał na wadze do jego diety wprowadzić Sinlac. Marchew wystarczyła i o Sinlacu zapomnieliśmy. Przypomniałam sobie o nim wczoraj gdy dyskutowaliśmy, czym właściwie karmić malucha gdy ja będę w pracy. Zaczęłam od przeczytania, czym ten Sinlac właściwie jest. Okazuje się, że to mieszanka mączki ryżowej i mączki chleba świętojańskiego wzbogacona o witaminy, mikroelementy oraz aktywne kultury bakterii. Posiada dużą wartość odżywczą, nie zawiera laktozy, glutenu, białka sojowego. Bardzo rzadko uczula i jest polecany dla dzieci zagrożonych alergią. Wielu pediatrów poleca go jako bezpieczny produkt przy wczesnym rozszerzaniu diety.
Brzmiało to wszystko dosyć dobrze, ale by mieć pewność postanowiłam przeczytać skład owego specyfiku. I co się okazuje? Oprócz wymienionych w opisie składników mamy też sacharozę. I to nie małą jej ilość - w 100g produktu cukrów jest 19.2g. Oznacza to, że w jednej porcji gotowej kaszki znajdziemy około 2 łyżeczek cukru!!!
Panu już podziękujemy. Nie rozumiem dlaczego do produktu, który ma służyć jako jeden z pierwszych w życiu dziecka dodana jest sacharoza. Nie zamierzam rozpoczynać rozszerzania diety malucha od futrowania go cukrem. Nie dziwne, że po nim dzieci przybierają na wadze. Równocześnie uzależniają się od cukrów prostych, a stąd już bardzo prosta droga do zdecydowanie niezbliansowanej diety.

Zamiast tego młody będzie dostawał kleik ryżowy, a następnie kaszkę mannę i jaglaną. Dzisiaj przygotowałam pierwszą porcję - w kubku wody mineralnej ugotowałam łyżkę ryżu (Basmanti - tylko taki akurat miałam w domu).  Młode zdecydowanie zachwycone nowym jedzeniem - chyba po raz pierwszy aż tak bardzo. Zjadł całą miseczkę (czyli odpowiednik czubatej łyżki stołowej) i chyba miałby ochotę na więcej - ale ponieważ to pierwszy raz wolałam by nie zjadł za dużo. Mam nadzieję, że w kolejnych dniach będzie na kleik reagował równie pozytywnie, gdyż to powinno rozwiązać nasz problem żywienia podczas mojej nieobecności do czasu gdy młody dorośnie do jedzenia większej ilości warzyw.

środa, 13 marca 2013

Dzieć nie współpracuje...

Do mojego powrotu do pracy został niecały tydzień. I do końca zeszłego tygodnia byłam do tego dosyć dobrze nastawiona - rozmawiałam ze swoją managerką i udało mi się wynegocjować powrót na dokładnie takich warunkach jak chciałam, czyli w ogólnym zarysie:
  • pierwszy miesiąc (przyajmniej) na pół etatu - korzystając z zaległego urlopu wypoczynkowego
  • w miarę możliwości elastyczne godziny pracy - ostatecznie pewnie wyjdzie mniej więcej 3 dni przed południem i 2 po południu
  • brak podróży zagranicznych przez najbliższe 2 miesiące
  • po tym wstępnym okresie na pół etatu, gdy będziemy odkrywać co nam najbardziej pasuje - częściowa praca z domu
I wszystko byłoby pięknie, gdyby moje idealne dziecię nie uznało, że czas porzucić dotychczasowe zwyczaje, szczególnie te związane ze snem nocnym i powrócić do bardziej noworodkowego trybu życia. Już chyba od czasu gdy skończył 2 miesiące (a może i wcześniej) do końca zeszłego tygodnia moje dziecko najczęściej budziło się w nocy tylko raz.  Oprócz paru problematycznych dni, po nakarmieniu grzecznie zasypiało. Budziło się dosyć wcześnie, ale w kontekście powrotu do pracy akurat to byłoby mi na rękę.
Tymczasem od zeszłego tygodnia Karol je co 3h. Przez całą dobę. I co gorsza - w połowie przypadków nocnych pobudek nie daje się tak po prostu odłożyć. Już sama nie wiem, czy to ząbkowanie, skok rozwojowy, czy też po prostu tak ma, i tak będzie miał.
Ponieważ okazało się, że mimo iż jest w stanie wypić praktycznie wszystko (włącznie z probiotykami, których chyba ja bym nie przełknęła) moje rozmrożone mleko mu nie pasuje, plan był taki by kiedy ja będę w pracy karmić go mlekiem ściąganym na bieżąco.  Zaplanowałam ściąganie na kolejne dni około godziny 10 wieczorem - moje cycki nie chcą idealnie współpracować z laktatorem i by ściągnąć porcję od ostatniego karmienia musi upłynąć ok 2h. 10 wieczór pasowałaby idealnie. Ale nie. Teraz po 10 jest karmienie. Następne o 1.Kolejne o 4, a następnie młode budzi się o 6, bo ta ilość mleka, którą spożywa w nocy nie mieści się w małym organizmie. Po przewinięciu rozpoczyna dzień.
Skutek tego jest taki, że ja od zeszłego piątku całe poranki wyglądam jak rasowe zombie, a cały misterny plan karmienia bez wprowadzania mleka modyfikowanego wziął w łeb. Trudno.
Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych tygodni chociaż trochę mu się poprawi bym mogła w pracy jako tako funkcjonować. Z każdym tygodniem powinno też być łatwiej jeśli chodzi o karmienie - póki co warzywa to zdecydowanie tylko zabawa, ale może stopniowo będzie ich trochę zjadał.
Gdy planowałam powrót do pracy miałam cudowną wizję tego ostatniego wspólnego tygodnia -  długie spacer na słońcu, maksymalne wykorzystanie czasu, z dużą ilością przytulanek i zabawy. Tymczasem za oknem zima - do spacerów muszę się zmuszać; Szkrab z małego śmiejącego się  do wszystkiego aniołka zamienił się w wiecznie niezadowolonego i ciągle na mnie pokrzykującego marudę. Nic go nie cieszy, ledwie jestem  w stanie blady uśmiech wykrzesać, każda zabawa nudzi go lub męczy po 30 sekundach, a ja nie mogę go na 3 minuty zostawić samego na macie, gdyż kończy się to krzykiem.  Mnie z niewyspania, stresu i tych ciągłych wrzasków boli głowa i w całej mojej historii macierzyństwa nie miałam tak bardzo wszystkiego dość.
Niech już przyjdzie ta wiosna. Może wtedy będzie lepiej.


poniedziałek, 11 marca 2013

Ach gdzieżeś jest nasze becikowe?

Posta piszę aby ostrzec przyszłe mamy, które mają jakieś plany szybkiej utylizacji tzw. "becikowego". Nam nie spieszyło się z występowaniem o tę zapomogę, ale ponieważ właśnie zabieramy się za wykończeniówkę naszego domu pomyśleliśmy, że to dobry czas by w końcu to zrobić i farby oraz meble do pokoju Karola sfinansować właśnie z tych dodatkowych pieniędzy. Wniosek złożyliśmy 9 lutego i już w trzy dni później dostaliśmy pismo sygnowane przez prezydenta Warszawy z informacją, że zapomoga została nam przyznana. Pismo zawierało m.in następujący tekst "Niniejszej decyzji nadaje się rygor natychmiastowej wykonalności. Zgodnie z art, 26 ust. 1 świadczenia rodzinne wypłaca się nie później niż do ostatniego dnia miesiąca, za który przyznane zostało świadczenie".
Dobra nasza - pomyśleliśmy - do końca lutego możemy spodziewać się zastrzyku finansowego!
Do dziś pieniądze nie znalazły się na koncie. Ja już podejrzewałam, że M.pomylił numer konta wypisując wniosek. Kazałam mu też dokładnie przejrzeć historię operacji - przy remontowym tempie wydawania pieniędzy wpłaty mogliśmy nie zauważyć...Jednak nie, żadnej wpłaty na pewno nie było.
Postanowiliśmy zadzwonić do urzędu dzielnicy zapytać się o przyczynę opóźnienia. Urzędniczka wyjaśniła, że żadnego opóźnienia nie ma, bo przecież nie minęło jeszcze 30 dni od decyzji. Czytamy jej więc powyższy fragment pisma sugerując, że jasno ono wyjaśnia kiedy przelew powinien być zrobiony. Urzędniczka powtarza, że mają 30 dni, które nie minęło. My jeszcze raz powtarzamy jej fragment pisma. Urzędniczka zwalnia tempo wypowiadanych słów i akcentuje je trochę mocniej - wszak najwyraźniej z jakimiś tłukami ma do czynienia "do ostatniego dnia miesiąca oznacza, w ciągu 30 dni".  Dziękujemy, odkładamy słuchawkę.
Nam nie zależało na tych pieniądzach i możemy poczekać te kilka dni dłużej - ale co z rodzinami, które poczyniły już jakieś konkretne plany wydania becikowego? Co, gdy finanse rodziny zależały od terminowej wpłaty pieniędzy? Nie wiem, czy w innych gminach też pojawia się rozbieżność pomiędzy treścią pisma informującego o przyznaniu zapomogi, a zasadami urzędu, ale najwyraźniej w Warszawie trzeba na to uważać.

niedziela, 10 marca 2013

Dialogi rodzinne: o czasie i gustach

o czasie
Młode ząbkuje. Ciężko. Za nami 2 nieprzespane noce. To chyba dobry wstęp do kolejnego dialogu.
Leżymy sobie z Dumnym Tatą (DT) na łóżku. Ze zmęczenia nie możemy zasnąć. Oglądam jego klatę.
JA: Strasznie się zawłochaciłeś. Gdy się poznaliśmy nie miałeś tylu włosów. Tu nie było w ogóle, a tu były 2, może 3.
DT: Gdy się poznaliśmy Ty nie miałaś dwudziestu lat, a ja miałem 26.
JA: O rany, ale Ty kiedyś młody byłeś...

No tak, bo niektórzy to od razu są starzy...

PS. A w ogóle to skłamał. Gdy się poznaliśmy miał 25 lat...

de gustibus non est disputandum
Zbieramy się do wyjścia i ubieramy Szkraba. Pakuję go w nowy sweterek (szary w cienkie czerwone paseczki by Zara Baby) i już otwieram usta by powiedzieć młodemu w jakim ładnym swetrze będzie paradował, gdy ubiega mnie Dumny Tata.
DT: No patrz Karol jaki sweter Ci matka wyciągnęła. Będziesz wyglądał jak pasażer PKSu do Grójca z lat 80'!

piątek, 8 marca 2013

Czy mamy terror laktacyjny? Czy nachalną promocję mm?

Czy dzisiejszy dzień sponsoruje wsadzanie kija w mrowisko? Nie - dzisiejszy dzień sponsoruje budowanie mostów.
O "terrorze laktacyjnym" i promocji mleka modyfikowanego myślałam sporo. Zastanawiałam się, dlaczego jedni terror widzą, a inni wręcz przeciwnie - skupiają się na tym, że matki karmiące piersią (a szczególnie matki karmiące długo) są dyskryminowane, uważane przez otoczenie za nienowoczesne albo folgujące fanaberiom, a reklamy mleka modyfikowanego są wszędzie i każdy jest nimi bombardowany? Skąd biorą się tak odmienne opinie na temat karmienia piersią i jego promowania?
Zacznę od truizmu - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (a właściwie karmienia). Mam to szczęście w nieszczęściu, że dane mi było doświadczyć pobytu po obu stronach mlecznej barykady i dzięki temu łatwiej mi o wypośrodkowaną perspektywę na sposób karmienia. W czasie tych tygodni, gdy walczyłam o rozkręcenie laktacji, gdy  padałam ze zmęczenia, gdy coraz trudniej było mi uwierzyć, że to kiedykolwiek się uda wiele godzin poświęciłam na czytanie o żywieniu niemowląt. Czytałam o zaletach karmienia piersią i studiowałam uważnie wyniki badań, aby z jednej strony się zmotywować, a z drugiej - w razie czego usprawiedliwić niepowodzenie (może napiszę o tym jeszcze kiedyś posta - niestety bardzo wiele badań dotyczących żywienia dzieci jest niepoprawna metodologicznie). I wiele razy miałam ochotę "rzucić to wszystko w cholerę", podać maluchowi pełną butelkę mleka modyfikowanego, przestać męczyć i siebie i dziecko i dać nam się wszystkim wyspać. Było mi ciężko. Bardzo ciężko. Do tego wszystkiego dochodziło ogromne poczucie winy, którego mimo prób racjonalizacji nie udawało mi się pokonać - może nie w tak ztrywializowany sposób, ale po głowie chodziły mi myśli typu: "co ze mną jest nie tak, skoro nie potrafię wykarmić dziecka", "dlaczego przez tyle tygodni nie udaje nam się zgrać i rozkręcić laktacji". A w tym czasie zewsząd, ale to zewsząd napływały informacje o tym, jakie to karmienie piersią jest wspaniałe. Jakie łatwe. Jakie wygodne. Jak buduje więź. Wtedy karmienie piersią nie było dla mnie ani łatwe (za każdym razem była to walka o kolejną minutę aktywnego ssania przez malucha; ze względu na ilość godzin poświęconych dziennie karmieniu sutki były tkliwe, a ponieważ laktacja nie była odpowiednio stymulowana i pokarmu było za mało, dziecko często mi się przy piersi złościło, szarpiąc ją niezbyt delikatnie), wygodne (nie mogłam wyjść z domu na dłużej niż godzinę, gdyż moje nie-aktywnie ssące dziecko potrzebowało na posiłek 1.5 h po to tylko by po chwilowej aktywności i krótkiej drzemce zażądać kolejnego posiłku), ani tak naprawdę nie budowało więzi (było to raczej frustrujące - dużo lepiej czuliśmy się razem przytulając, czy też podczas noszenia w chuście niż podczas cycowych sesji). Czułam się wręcz osaczona - na blogach notki o tym jak matkom wspaniale z cycusiowaniem, wizyta u lekarza zaczynała się od pytania "ale chyba Pani karmi?" po którym następował taki grymas, że bardzo się cieszyłam, że mimo wszystko mogłam powiedzieć "tak", jakiejkolwiek gazety poświęconej dzieciom bym nie otworzyła - wszędzie widziałam propagowanie karmienia piersią - i to takie, gdzie podawane są same zalety (niektóre nie znajdujące oparcia w żadnych badaniach), a gdzie ani troszkę nie wspomina się, że karmienie może być trudne,  że nie wszystko zawsze idzie idealnie, gdzie nie podaje się informacji co zrobić, jeśli jakiekolwiek kłopoty się pojawią i do kogo się wtedy zgłosić. Czy widziałam to jako terror laktacyjny? Nie - ale ja od początku byłam nastawiona na karmienie piersią i  bardzo mi na tym zależało. To co mi doskwierało to fakt jak płytka jest promocja karmienia piersią. Ale doskonale rozumiem, jak to mogło wyglądać z perspektywy matki karmiącej mlekiem modyfikowanym - z wyboru, czy też konieczności. Nie da się ukryć - podając mleko modyfikowane noworodkowi kobieta naraża się na krytykę, zdziwione spojrzenia, zarzuty o wygodnictwo (w przypadku matek, które po prostu zdecydowały, że nie chcą karmić piersią), brak wytrwałości i niewystarczające starania (w przypadku matek, które chciały karmić piersią, ale im się nie udało). Są też często dyskryminowane w szpitalach lub lekceważąco traktowane przez niektórych pediatrów.

W chwili obecnej myślę, że można mnie zakwalifikować do laktoświrusek czy też cyckoholiczek. Nie wyobrażam sobie innego sposobu karmienia niemowlaka, a wizja rychłego zastąpienia jednego posiłku produktami niemlecznymi powoduje u mnie jakiś nieracjonalny skurcz serca  i ściskanie w dołku. I jakoś już nie rzucają mi się w oczy artykuły promujące karmienie piersią, już nie widzę tak bardzo dyskryminacji matek karmiących mlekiem modyfikowanym. Częściej wyłapuję historyjki o lekarzach bezmyślnie wciskających mleko modyfikowane jako lek na wszystkie niemowlęce bolączki - problemy ze snem, kolki, wysypkę; na blogach raczej widzę mrożące krew w żyłach opowieści o szpitalnych położnych zarzucających świeżo upieczonym matkom, że głodzą swe dzieci, a równocześnie stanowczo odmawiające pomocy z prawidłowym przystawianiem, krwawiącymi brodawkami, niedostatkiem pokarmu. Pediatrów i położne, które na każde kwilenie dziecka krzyczą chórem: "dokarmiać!".  Dookoła siebie widzę brak tolerancji dla matek długo karmiących piersią, fatalny stan pokoików do karmienia w miejscach publicznych, pediatrów, którzy twierdzą, że mleko po 6 miesiącu życia nie ma dla dziecka wartości, pracodawców, którzy nie chcą respektować praw matek karmiących piersią.
I gdy zaczyna mnie to irytować przypominam sobie, że ledwie kilka miesięcy temu inne rzeczy dotyczące karmienia mnie irytowały i oburzały. I wtedy emocje trochę słabną i udaje mi się odzyskać równowagę i spojrzeć na ten temat tak jak trzeba - neutralnie. Nie, nie mamy terroru laktacyjnego, i nie - nie jest tak, że karmienie piersią jest według wszystkich passe i promocja mleka modyfikowanego jest wszędobylska i zbyt nachalna. To tylko nasze wyobrażenia i perspektywa wynikająca z tego, że dzieci są dla nas ważne i chcemy dla nich jak najlepiej - bronimy więc obranego przez nas kursu i jesteśmy bardziej wrażliwe na jego krytykę, łatwiej też wyłapujemy artykuły i komentarze niezgodne z naszymi przekonaniami.

Cóż więc pozostaje poradzić - karmmy nasze dzieci jak chcemy i po prostu nie przejmujmy się opiniami innych. Bo - znowu truizm - szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko.

czwartek, 7 marca 2013

Śmiechowy Przegląd Komórkowy

Jest wiosna - jest zaciesz!


Z butelką w buzi
Na brzuchu



Na przewijaku



Udając, że się pełza



Siedząc
I przy tysiącu innych okazji, których nie zdążyłam uwiecznić (szczególnie, że mój telefon, ma taki zacyk, że większość zdjęć robi kilka minut po uśmiechu)


środa, 6 marca 2013

5 miesięcy

Kilka dni temu Szkrabu skończył 5 miesięcy, a ja jakoś nie mogłam się zebrać by napisać o ty posta - nadrabiam więc zaległości. Zacznę od truizmu - to nie jest to samo dziecko co miesiąc temu. Postęp jest ogromny - mam wrażenie, że Karol już niemalże wszystko kapuje i, że zaczyna mu się tworzyć "charakterek".
Wszystko go ciekawi i do wszystkiego wyciąga ręce. Gdy nie dostanie tego, co mu się akurat spodoba (kubka z kawą, widelca) krzyczy na nas. Głoooośno.
Zębów brak, natomiast objawy ząbkowania ciągle obecne. To co się zmienia to ich natężenie. Kilka dni temu mieliśmy serię niemalże nieprzespanych nocy - teraz znowu jest lepiej - młody śpi od ~20 do 6-7 rano z jedną przerwą na karmienie. Luksus normalnie.
Nadal nie lubi leżeć na brzuchu i kiepsko u niego z przewrotami. Czasami ma takie dni, gdy śmiga bez problemu z brzucha na plecy, a następnego dnia zdaje się o tej umiejętności nie pamiętać, i gdy brzuchowa pozycja mu się znudzi zaczyna narzekać, piszczeć i krzyczeć.
Może i nie przewraca się, ale za to - przemieszcza. W pozycji na brzuchu wykonuje jakieś mikroruchy dzięki którym przekręca się np o 90 stopni + przesuwa o 20 cm i dzięki temu znajduje się w zupełnie innym miejscu na macie. Ponieważ to jednak są mikroruchy chyba nie docenia tej nowej umiejętności i nie zachęca do przekręcenia się na brzuszek.
Z pozycji pół-leżącej siada sam. W siadzie utrzymuje się 20-40 sekund, jeśli to czym się interesuje znajduje się przed nim. Jeśli znajduje się obok - leży po 2-3 sekundach. I strasznie się wtedy złości.
Uwielbia być pionizowany i "latać".
Ukochana zabawka - mama, a dokładniej jej włosy, nos i policzki. Tata też jest niezły, ale ma krótsze włosy, które dodatkowo lepiej trzymają się głowy, a na twarzy ma jakiś zarost, co to łapki drapie...
Na drugim miejscu jeśli chodzi o ulubione zabawki - własne stopy i skarpetki. Wreszcie doczekałam się mojego ulubionego pchania stopy do buzi ;)
Próbował już marchewki i jabłka. Jedzenie to jednak na razie tylko i wyłącznie zabawa i to zabawa, która raczej szybko się nudzi. W związku z tym zjadane ilości są śladowe.
Nie lubi mojego rozmrożonego mleka. I to zaczyna mnie niepokoić. Do pracy wracam za 2 tygodnie, a póki co nie zanosi się by udało się wprowadzić niemleczny posiłek, a na dodatek nie ma sensu robić zapasów mleka. Za kilka dni spróbujemy zrobić kleik na moim rozmrożonym mleku - może w takiej postaci przejdzie. Jeśli nie czeka nas karmienie mlekiem ściąganym na bieżąco - co może być pewnym problemem - moje piersi wyraźnie preferują naturalny, a nie elektryczny laktator - aby ściągnąć mleko na jeden pełen posiłek potrzebuję dwóch sesji...
Mam nadzieję, że w ciągu tych dwóch tygodni problem jakoś sam się rozwiąże, szczególnie, że wolałabym moje mikro-dziecię (ubranka 68-74, 6300g) raczej podtuczyć trochę niż przegłodzić...


poniedziałek, 4 marca 2013

Siateczka do karmienia

Po raz pierwszy przeczytałam o tym ustrojstwie na którymś z blogów. Uznałam za poroniony pomysł i natychmiast o nim zapomniałam. Jakiś czas później zadzwoniła do mnie moja siostra mówiąc, że kupiła Karolowi taki gryzaczko-smoczek z siateczką do podawania owoców i warzyw. Zrugałam ją strasznie za bezsensowne wydawanie pieniędzy i wyjaśniłam, że moje dziecko to nie sarna i z żadnej lizawki korzystać nie będzie. W kilka dni po tym znowu spotkałam się z opisem gadżetu na blogu Kitki i Pompona. I okazało się, że wcale toto nie takie głupie jest i dzieciom się podoba. Zadzwoniłam więc do siostry, przeprosiłam i powiedziałam, że przy okazji najbliższej wizyty może siatkę do karmienia wziąć ze sobą. Wizyta się odbyła, siatka została wręczona Karolowi. Wypróbowaliśmy ją dzisiaj z kawałkiem jabłka i muszę przyznać, że dla naszego dziecka to strzał w dziesiątkę - obgryzanie jabłka w siatce bardzo mu się podobało i zabrał się do tego z ochotą. Udało mu się wsunąć całkiem spory kawałek jabłka (i jak się okazuje odgłos wydawany przez bobasa jedzącego jabłko jest identyczny jak szczura jedzącego jabłko). Jutro wypróbujemy gadżet z marchewką.

Wydaje mi się, że obrazek tłumaczy zasadę działania - mamy siateczkę, która przykręcana jest nakrętką do uchwytu. Warzywo lub owoc wkładamy do siatki, zakręcamy uchwyt i gotowe. Dziecko poznaje nowe smaki, masuje sobie dziąsła, uczy się odruchu gryzienia a wszystko to nie ryzykując zaksztuszenia.
Podejrzewam, że u nas siatka będzie w użyciu przez (prawdopodobnie) najbliższy miesiąc czyli do czasu, gdy  Karol będzie siedział samodzielnie i gdy będzie mu już swobodnie podać kawałki jedzenia - nie wydaje mi się, by gadżet ten był przydatny później, gdy już dziecko może jeść samodzielnie siedząc w krzesełku. W chwili obecnej to dla niego bardzo ciekawe doświadczenie, a dodatkowo pewna ulga od dolegliwości spowodowanych ząbkowaniem.
Jeśli bobas nie zaakceptuje siateczki lub z niej wyrośnie, zawsze możemy mu pokazać "jak to za PRLu było", do środka wsadzić mydełko i dekoracyjnie powiesić na kranie w łazience...

sobota, 2 marca 2013

Dialogi Rodzinne: na chrupko i zawodowstwo

Do schrupania:
"Oszczędzamy" na dziecku. Do pielęgnacji pupy używamy mąki ziemniaczanej, a do masażu oleju z pestek winogron. Odwiedziła mnie siostra (S) i ogląda ten zestaw pielęgnacyjny:
S: Wiem, że niektóre matki mówią, że ich dzieci są "do schrupania" ale Ty chyba jednak przesadziłaś...

Zawodowstwo:
 Nocna pobudka. Znowu okazuje się, że młodego trzeba przewinąć. Robię co trzeba, a gdy wracam z młodym na łóżko okazuje się, że Dumny Tata już mi odpowiednio uklepał poduszkę, odsunął kołdrę i trzyma rogala w pogotowiu. Mościmy się z młodym:
DT: Dobrze przygotowałem Ci stanowisko do karmienia?
JA: Bardzo dobrze.
DT: Znam się na tym. Mógłbym to robić zawodowo...

Sama nie wiem, czy chciałabym by znalazł zatrudnienie w taki zawodzie...

Podobne posty