Macierzyństwo to codziennie jakieś "pierwsze razy". Mój dzisiejszy to zimowe wyjście na spacer z bobasem w chuście.
Do chustonoszenia nie trzeba było mnie długo przekonywać. Co prawda pierwszą chustę kupiłam gdy Karol miał już miesiąc, ale myślałam o tym już będąc w ciąży. Na początku miałam sporo trudności z wiązaniem chusty, prawidłowym jej naciąganiem, wkładaniem bobasa, a przede wszystkim...wyjmowaniem go. Z czasem nabrałam wprawy i często korzystałam z dobrodziejstw chusty, gdy młody był marudny, a ja musiałam coś zrobić w domu. Bywały też takie dni, gdy noszenie w chuście było jedynym sposobem by nasz maluch w ogóle zasnął. Chusty jednak używałam tylko w domu. Jakoś nie wyobrażałam sobie, jak zapakować młodego w kombinezonie do chusty. Próbowałam zachustować go normalnie i zakryć kurtką, ale okazało się, że żadne z moich nakryć wierzchnich nie jest wystarczająco szerokie by dało się je zapiąć z maluchem w środku. Z żalem odłożyłam chustowe spacery do wiosny.
Dzisiaj jednak zmobilizowałam się - ze względu na specyficzny styl odśnieżania większość chodników w mojej okolicy jest dla mnie nieprzejezdna. Do sklepu mam dosyć daleko, a gdy dodatkowo muszę wydłużyć trasę ze względu na nieprzejezdne kawałki zwykłe zakupy zaczynają być wyprawą. I gdy dzisiaj użalałam się sama nad sobą, jakiś to mój ciężki wózkowy los stwierdziłam, że w takiej sytuacji chusta może okazać się jedynym ratunkiem.
Nie było łatwo. Młody nie znosi zakładania kombinezonu, a czapka to jego wróg numer jeden. Musiałam bardzo dokładnie zaplanować wszystkie ruchy - ustawiłam sobie w odpowiednim miejscu buty, przygotowałam kurtkę, czapkę, klucze od domu. W pierwszej chwili planowałam założyć chustę na kurtkę, ale później stwierdziłam, że i tak będziemy się z maluchem grzać nawzajem, więc o ile założę szalik nie powinno być mi zimno w rozpiętej kurtce. Założyłam kurtkę, zaplątałam chustę. Następnie zapakowałam młodego w kombinezon i w przedpokoju posadziłam w foteliku samochodowym. Nie przerywając bujania fotelikiem założyłam buty, a następnie zabrałam się za pakowanie młodego do chusty. Okazało się, że mimo kombinezonu nie jest to takie trudne - co prawda miałam trochę obaw, czy nie wygnę mu za bardzo ręki lub nogi - w końcu gdy jest tak ubrany nie mam pełnej świadomości ułożenia jego ciała. Udało się jednak bez większych problemów. Założyłam dziecku i sobie czapkę i wyszłam z domu, w windzie poprawiając naciąg chusty.
Do sklepu dotarliśmy w czasie niewiele dłuższym niż gdybym szła bez obciążenia. Przez trzy czwarte drogi praktycznie nie czułam, że niosę jakieś dodatkowe kilogramy - dopiero ostatnia prosta wydała mi się być jakaś długa...
Jedynym problemem było to, że ze względu na to, że ostatnio nie wychodzę bez wózka, zapomniałam, że zakupy do czegoś należy zapakować. I, że nie mogą być zbyt duże, bo potem trzeba je samodzielnie przynieść.
Zastanawiam się, czy nie przeprosić się z plecakiem. Obawiam się tylko, że obciążona i z przodu i z tyłu będę wyglądać dosyć komicznie. W każdym razie jutro znowu wyruszamy z chustą - tym razem na podbój lasu. Żałuję, że na chustowanie zimą zdecydowałam się dopiero teraz gdy sumie już się kończy - przecież właśnie w przypadku grubej warstwy śniegu i zasp chusta jest wygodniejsza niż wózek.

