środa, 27 lutego 2013

Akuku - test produktów



Przy okazji "leczniczego" rozszerzania diety Karola  przetestowaliśmy produkty firmy Akuku – zestaw do jedzenia – miseczkę wraz z sztućcami, śliniaczek oraz butelkę z uchwytami.

1) Butelka
Już  w pierwszych tygodniach życia, gdy musiał był dokarmiany Karol miał tendencję by kontrolować butelkę, którą podawaliśmy mu mleko modyfikowane. Nie miał wtedy władzy nad rękami, ale i tak próbował  układać je na butelce. Pomyślałam, że teraz, gdy jego dłonie już mniej więcej robią to, co by chciał butelka z uchwytami umożliwi mu w pewnym stopniu samodzielność. Dlatego też gdy wybierałam produkty do testowania zdecydowałam się na tę butelkę – wtedy jeszcze nie wiedziałam, czy pediatra zasugeruje nam wcześniejsze wprowadzanie niemlecznych posiłków, czy też będziemy czekać z tym do ukończenia 6 miesiąca życia. Zakładałam więc, że butelka może być pierwszym z produktów, które będzie dane nam przetestować i muszę przyznać, że wiązałam z nią pewne nadzieje. Niestety jest to produkt, który zawiódł mnie już na samym początku – butelka jest najzwyczajniej nienajstaranniej wykonana. Nic strasznego czy ograniczającego funkcjonalność, ale plastiki na niej są jakoś słabo spasowane, sam plastik uchwytów wydaje się być słabej jakości. Może to kwestia przyzwyczajenia – do tej pory miałam butelki Medeli, Aventu oraz Lovi. Z nich Lovi  wydawała się być najsłabsza, ale i tak wygląda solidniej niż Akuku. 
Póki co podawałam nią probiotyk i Karolowi udalo się go wypić z tej butelki, ale przyzwyczajony jest to twardszych smoczków wymuszających aktywne ssanie - w związku z tym ten głównie "międlił" w buzi.  Butelka zabawnie wygląda (mamy taką z lwem) i Karolowi się podoba - wykorzystujemy ją więc jako zabawkę i gryzaczek.


2) Śliniaczek
Jako mama niedoświadczona w kwestii karmienia dzieci pomyślałam, że kieszonka w śliniaczku to bardzo przydatna rzecz ograniczająca ilość jedzenia, którą zbiera się później z ubranek. Pewnie tak jest, jeśli ma się sztywny plastikowy śliniak gdzie kieszonka odstaje na stałe. Z produktów Akku wybrałam ceratkowy śliniaczek z kieszonką i o ile samemu śliniakowi nie mogę nic zarzucić – jest estetyczny, ceratka dosyć miła w dotyku, łatwo się go zakłada, to kieszonka w nim jest tylko elementem ozdobnym. Zresztą po kilku próbach karmienia szkraba marchewką dochodzę do wniosku, że jedyny śliniak jaki ma szansę u nas się sprawdzić to taki w formie fartuszka/płaszczyka - Akuku ma takie w swojej ofercie i myślę, że dla aktywnych maluchów właśnie taki bym polecała. 
Inny problem polega na tym, że nasze dziecko jest bardzo chude i chudą ma także szyję - śliniaczek jest na niego ciut za duży - a wystarczyłoby by miał dłuższy rzep by łatwiej regulować szerokość kołnierzyka.


 3) Miseczka ze sztućcami
Ostatnim przedmiotem, który testowaliśmy to zestaw miseczka i sztućce – łyżeczka i widelec. Przetestowaliśmy najpierw zestaw „na sucho” – podczas zabawy i muszę przyznać, że spodobał się Karolowi – łyżeczkę od razu zapakował do buzi i uznał, że całkiem przyjemnie się ją tam mamle. Miałam trochę obaw, czy nie poharata sobie dziąseł – w końcu łyżeczka jest wygięta, a wyglądało na to, że ściska ją dziąsłami całkiem mocno, ale nic takiego się nie stało. Po wizycie u pediatry i zaleceniu by do diety wprowadzić marchewkę zestaw przeszedł rzeczywistą próbę. W chwili obecnej zestaw się sprawdza – ja miseczkę trzymam w ręku, karmię łyżką, a w tym czasie Karol bawi się widelcem. Łyżka ma odpowiednią pojemność i wielkość i dosyć wygodnie podaje się nią pokarm dziecku. Widelczyk jest dosyć bezpieczny i nie boję się, że w tym czasie dziecko zrobi sobie krzywdę. Dla malucha, który jest karmiony przez kogoś mogę ten zestaw polecić – to co jest w nim fajne, to przykrywka będąca równocześnie skrytką na sztućce – dzięki niej mamy wszystko w jednym miejscu, sztućce nam się nie plączą luzem, a ponadto możemy cały zestaw z obiadkiem wziąć w teren. Niestety zestaw ten moim nie nadaje się dla starszych maluchów oraz przy podawaniu pokarmów stałych metodami BLW – miseczka nie ma przyssawki i dziecko natychmiast ją przewróci. Po kilku dniach kolor miseczki pozostaje bez zmian (ale może dlatego, że od początku był pomarańczowy), łyżeczka natomiast lekko się przebarwiła - mi to nie przeszkadza, i w sumie spodziewałam się tego - mało jest plastików, które nie przebarwiają się pod wpływem marchewki...

sobota, 23 lutego 2013

Jak "uzdrowić" marchewkę - rzecz o azotanach

Gdy rozmawialiśmy z pediatrą o rozszerzaniu diety zasugerowała ona, by póki jest zima i niełatwo o ekologiczne warzywa, maluchowi który dopiero rozpoczyna przygodę z warzywami podawać raczej warzywa ze słoiczka, chyba, że mamy jakieś zaufane źródło zdrowych jarzyn. Lekarka poszerzyła naszą wiedzą na temat akumulacji azotanów w żywności i  opisała nam dokładniej gdzie w poszczególnych warzywach gromadzi się ich najwięcej, i czego w związku z tym raczej nie powinno się dawać małym dzieciom (a właściwie, czego w związku z tym powinno w ogóle się unikać). Może tylko dla mnie jest to jakaś nowość, ale na wszelki wypadek dzielę się:
  • marchewka - dolna część korzenia. Odcinamy dolne 1/3 korzenia przed przygotowaniem marchewki dla dziecka
  • pietruszka - górna część korzenia. Odcinamy górne 1/4 korzenia
  • ziemniaki – skórka. Wczesne odmiany ziemniaka mogą zwierać ponad dwukrotnie więcej azotanów niż średniowczesne i ponad pięciokrotnie więcej niż późne. Unikamy więc podawania pierwszych krajowych ziemniaków maluchom - trudno - lepiej niech jedzą "stare". I jednak ziemniaki obieramy, a nie przygotowujemy w mundurkach
  • kalafior, brokuły - łodygi. Dzieciom podajemy same róże
  • kapusta biała, sałaty – głąb oraz zewnętrzne liście
  • ogórki, kabaczki, patisony – skórka oraz część przylegająca do ogonka,
  • rzodkiewka – skórka (najlepiej jadać rzodkiewki normalnych rozmiarów oraz okrągłe. Duże i podłużne zawierają dużo więcej azotanów)
Pediatra zaleciła także by warzywa (głównie liściaste - sałata, szpinak) przed podaniem dzieciom wystawiać na słońce. Nie pamiętam nazwy, ale jest jakiś enzym odpowiedzialny za redukcję azotanów w roślinach i jego aktywność jest regulowana m.in przez światło. Rośliny hodowane w nasłonecznionych miejscach będą miały mniej azotanów.
Zanim na poważnie zaczniemy rozszerzać dietę malucha postaram się jeszcze na ten temat doczytać - jeśli odkryję coś jeszcze na pewno napiszę o tym.

piątek, 22 lutego 2013

Hello Marchewa! - "rozszerzanie" diety



Wracam po krótkiej przerwie spowodowanej brakiem dostępu do Internetu. Podglądałam was trochę przez telefon, ale to zdecydowanie nie „to”. Stęskniłam się trochę za tym wirtualnym światem, chociaż muszę przyznać, że taka przerwa zdecydowanie mi się przydała – przeczytałam zaległą stertę czasopism historycznych, dokończyłam porozpoczynane książki i trochę więcej czasu poświęcałam na sprzątanie.

A co u nas się działo w międzczasie? Przede wszystkim zaczęliśmy Karolowi podawać produkty stałe w postaci rozgniecionej widelcem marchewki. Nie jest to jeszcze "żywienie" i prawdziwe rozszerzanie diety, - marchew traktujemy teraz "leczniczo".
Wcześniej pisałam, że pod koniec lutego idziemy do pediatry poradzić się, jak mamy rozszerzać dietę Karola biorąc pod uwagę fakt, że mój urlop macierzyński się kończy. Wtedy zakładałam, że najprawdopodobniej usłyszymy, że mamy czekać do 6 miesiąca życia i póki co po prostu robić zapasy mleka tak by na pewno to się udało po moim powrocie do pracy. W międzyczasie jednak przyplątała nam się biegunka (czy właściwie stan biegunkopodobny), z powodu której odwiedziliśmy kilku pediatrów. Hipotezy były różne – od mniej do bardziej poważnych. Ostatecznie jednak jej przyczyną okazało się być ząbkowanie. Ponieważ Karol, który i tak zawsze był raczej drobny, z powodu tych częstszych kup spadł wagowo grubo poniżej 3 centyla pediatra zasugerowała, by już teraz (czyli tuż przed ukończeniem przez niego 5 miesiąca życia) zacząć wprowadzać do jego diety marchewkę m.in. po to by te jego kupy „związać”. Równocześnie podajemy probiotyki aby wspierać wyjaławiany układ pokarmowy.

Po tych kilku pierwszych próbach już wiem, że BLW będzie dla nas. Pierwszego dnia mieliśmy podać Karolowi jedną łyżeczkę rozgniecionej marchewki. Myślałam, że potrwa to moment. Okazało się jednak, że młody musi najpierw wyrwać mi łyżkę i sam się nią bawić, następnie, gdy daliśmy mu do łapy widelczyk, co by mógł go obracać w tym czasie gdy my manewrujemy łyżką okazało się, że zauważył,że marchewki mamy całą miseczkę. Wzbudziło to jego zainteresowanie, upuścił widelec i obie łapy zapakował w marchew. Dopiero gdy się nią znudził mogliśmy mu tę jedną łyżeczkę marchewki na trzy razy podać. Nie wiem czy cokolwiek jednak połknął – większośc zmagazynował w policzkach i po chwili wraz ze śliną „wybąblował”. Ale zabawa mu się podobała.
Teraz dostaje dziennie 3 łyżeczki marchewki - wsuwa aż miło, chociaż wcześniej musi być element zabawy. W międzyczasie próbuje wylizywać śliniak z tego, co na niego spadnie - a spada dużo - zdecydowanie brakje mi wprawy w karmieniu. Ale coś czuję, że jedzenie to będzie wielka przygoda ;)


piątek, 15 lutego 2013

Kogo bym zostawiła?

Dzisiaj kończy się mój podstawowy urlop macierzyński. Gdyby nie te darowane cztery dodatkowe tygodnie już w poniedziałek musiałabym iść do pracy zostawiając w domu smyka. Smyka, który;
  • wagowo oscyluje wokół 3 centyla (za to wzrostowo - szacując po ubrankach - powyżej 75 centyla)
  • żywi się wyłącznie mamowym mlekiem i jak do tej pory nie próbował innych pokarmów
  • w godzinach mojej pracy spożywa je 4 do 5 razy
  • gdy ominie drzemkę odsypia ją sobie przy cycu
  • ma ogromną potrzebę bliskości i nie daje się oszukać żadnymi mechanizmami typu leżaczek-bujaczek, karuzela, projektor 
  • nie rozstał się ze mną na dłużej niż 3 godziny,
  • a w związku z tym nie przebywał sam na sam z tatą, pod którego opiekę przechodzi dłużej niż 3 godziny
Nie wiem, na ile to się zmieni w ciągu najbliższych czterech tygodni. Będziemy nad tym pracować, ale muszę przyznać, że mimo iż odczuwam także jakąś radość z powrotu do pracy, ta konieczność wydoroślania naszego syna wydaje mi się sprzeczna z naturą. I jest mi niewymownie przykro, że będziemy musieli go uczyć i oduczać trochę na siłę, by był gotów do rozstania ze mną.
Zazdroszczę mamom, które swoje maluchy urodzą w marcu tego roku - 20, czy nawet 24 tygodniowy urlop macierzyński to zdecydowanie za mało - i dla dziecka, i dla mamy. My jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że maluch przechodzi po prostu pod opiekę ojca, a dodatkowo ja mam możliwość częściowego pracowania z domu. Nie wyobrażam sobie bym mogła zostawić tak małe dziecko pod opieką obcej osoby, lub nawet dalszego członka rodziny - a przecież bardzo wiele mam w takiej sytuacji się znajduje.
Nie ma jak polityka pro-rodzinna...

A z okazji wczorajszego dnia - buziaki od Karola dla wszystkich!

środa, 13 lutego 2013

W co się bawić z niemowlakiem

Nie mam niestety żadnej książki o zabawach z niemowlakiem (a limit zakupionych książek na ten kwartał przekroczyłam gdzieś w połowie stycznia) i momentami mam nie lada problem, w co z tym moim czteromiesięcznym szkrabem się bawić. W dni gdy tryska humorem nasz maluch potrafi całkiem nieźle bawić się sam, czy to na macie edukacyjnej, czy też na łóżku zastawionym zabawkami. Wystarczy co chwilę podejść, pogłaskać, pogiglać lub podać kolejną zabawkę i dziecko jest cały czas uśmiechnięte i zadowolone. Są jednak takie dni gdy zostawienie go na niecałą minutę samego skutkuje pokrzykiwaniem i niezadowoleniem. Wtedy muszę się nieźle nagimnastykować by wykrzesać uśmiech na twarzy mojego malucha. Z pomocą przychodzą nam wtedy dziecięce rymowanki i wyliczanki. Do niedawna byłam przekonana, że nasze dziecię wzgardzi tak prymitywnymi zabawami jak "idzie rak, nieborak..." czy też "koci, koci, łapci". Jednak nie bez powodu zabawy te przekazywane są z pokolenia na pokolenie i sprawdzają się u większości maluchów - rytmiczność, kontakt z rodzicem, możliwość przewidzenia następnego ruchu jest źródłem ogromnej satysfakcji dziecka, i nasze nie jest tu wyjątkiem. Bawimy się więc w raka (czasami nawet dwa raki), kominiarza co idzie po drabinie i "koci, koci, łapci". Kocimy na dwa sposoby. Albo ja na przemian klaszczę i uderzam o rączki szkraba, albo podaję mu swoje małe palce do schwytania i klaszczemy oboje moim rękami. Na próbę daje mu przejąć inicjatywę, ale oprócz przypadkowych klaśnięć jeszcze nie próbuje sterować moimi rękami. Gdy ta  rymowanka się znudzi zastępujemy ją "trąf, trąf, misia bela" lub "ance kabance flore". Z takich rymowanek tylko sroczka co obiadek warzyła jest w pogardzie  - co jakiś czas próbuję  na małej dłoni lub stopie ale ani razu wierszyk ten nie wywołał uśmiechu.
Standardem są "pierdziochy" w brzuch, kolana, rączki, chuchanie na różne części ciała, lekkie gilgotki w boczki malucha.
Codziennie bawimy się także w "cudze chwalicie, swego nie znacie, czyli - poznaj swoje mieszkanie". Podchodzimy z maluchem do różnych sprzętów i przedmiotów i pozwalamy je pomacać. U nas hitem są drzwi balkonowe oraz lodówka (jakiś zimnolubny okaz nam się trafił). Młody lubi także macać nasz żeliwny imbryk oraz dotykać suszące się pranie.
Urządzamy także sesje MMA z dużym puchatym miśkiem. Czasami szkrab sam inicjuje zabawę pociągając miśka za wstążeczkę, którą ma zawiązaną na szyi - wciąga go wtedy na siebie, a następnie zrzuca. Innym razem my kładziemy miśka na brzuchu malucha i obserwujemy jak się z nim siłuje.
Trochę zabaw wspomniałam w poście o leżeniu na brzuchu  - z pośród nich zapalanie i gaszenie światła oraz otwieranie i zamykanie drzwi to ulubione zabawy - chyba dzięki temu, że dają poczucie kontroli.
Ostatnio zaczęliśmy bawić się w "akuku" oraz "małego Houdiniego". Rekwizytem jest pieluszka tetrowa, której używam do zasłaniania i odsłaniania albo mojej twarzy, albo twarzy malucha. Zabawa w Houdiniego polega na przykryciu całego malucha pieluszką i czekanie aż się wyplącze (gdy zajmuje mu to więcej niż kilka sekund sama ściągam pieluchę by się nie przestraszył). Czasami daję u do zabawy ręcznik papierowy - zgniata go, miętosi, liże, pakuje do buzi. Trzeba tylko uważać, gdyż przemoczony ręcznik łatwo się rwie i wtedy mógłby zostać zjedzony - konieczne jest więc uważne obserwowanie stanu ręcznika i jeśli maluch nadal chce się w ten sposób bawić - podmienienie na nowy.
Bawimy się też w pszczołę - jest nią mój palec krążący wokół malucha. Towarzyszy temu bzyczenie. Sadzam pszczołę na różnych częściach ciała malucha głośno wypowiadając jej nazwę.
Inna zabawa związana z poznawaniem ciała to bardzo szybkie dotykanie różnych części ciała bobasa - naprzemiennie z dotykaniem ich u mnie. Czyli robimy bardzo szybkie "nosek, nosek, bródka, bródka, kolanko, kolanko, uszko, uszko". Nasz Szkrab to uwielbia.
W ramach zabawy gimnastykujemy bobasa - prostujemy i zginamy mu ręce, podnosimy i opuszczamy nogi, robimy skręty tułowia.  Często robimy to w rytm piosenek lub wierszyków.
Gdy robi się marudny oglądamy (bardzo szybko) gazety, lub też przekładam przed nim wydrukowane proste obrazki. Gdy marudność sięga zenitu fundujemy mu "latającego bobasa" - podnosimy go wysoko nad głowę udając samolot.
Repertuar zabaw codziennie nam się poszerza - ciągle wymyślamy nowe lub dostosowujemy stare do możliwości i zainteresowań rosnącego dziecka - w ten sposób część z nich starczy nam na długo i mam nadzieję, że dzięki temu unikniemy na jakiś czas kupowania nowych zabawek. 

wtorek, 12 lutego 2013

Mój kolejny pierwszy raz zaliczony

Macierzyństwo to codziennie jakieś "pierwsze razy". Mój dzisiejszy to zimowe wyjście na spacer z bobasem w chuście.
Do chustonoszenia nie trzeba było mnie długo przekonywać. Co prawda pierwszą chustę kupiłam gdy Karol miał już miesiąc, ale myślałam o tym już będąc w ciąży. Na początku miałam sporo trudności z wiązaniem chusty, prawidłowym jej naciąganiem, wkładaniem bobasa, a przede wszystkim...wyjmowaniem go. Z czasem nabrałam wprawy i często korzystałam z dobrodziejstw chusty, gdy młody był marudny, a ja musiałam coś zrobić w domu. Bywały też takie dni, gdy noszenie w chuście było jedynym sposobem by nasz maluch w ogóle zasnął. Chusty jednak używałam tylko w domu. Jakoś nie wyobrażałam sobie, jak zapakować młodego w kombinezonie do chusty. Próbowałam zachustować go normalnie i zakryć kurtką, ale okazało się, że żadne z moich nakryć wierzchnich nie jest wystarczająco szerokie by dało się je zapiąć z maluchem w środku. Z żalem odłożyłam chustowe spacery do wiosny.
Dzisiaj jednak zmobilizowałam się - ze względu na specyficzny styl odśnieżania większość chodników w mojej okolicy jest dla mnie nieprzejezdna. Do sklepu mam dosyć daleko, a gdy dodatkowo muszę wydłużyć trasę ze względu na nieprzejezdne kawałki  zwykłe zakupy zaczynają być wyprawą. I gdy dzisiaj użalałam się sama nad sobą, jakiś to mój ciężki wózkowy los stwierdziłam, że w takiej sytuacji chusta może okazać się jedynym ratunkiem.
Nie było łatwo. Młody nie znosi zakładania kombinezonu, a czapka to jego wróg numer jeden. Musiałam bardzo dokładnie zaplanować wszystkie ruchy  - ustawiłam sobie w odpowiednim miejscu buty, przygotowałam kurtkę, czapkę, klucze od domu. W pierwszej chwili planowałam założyć chustę na kurtkę, ale później stwierdziłam, że i tak będziemy się z maluchem grzać nawzajem, więc o ile założę szalik nie powinno być mi zimno w rozpiętej kurtce. Założyłam kurtkę, zaplątałam chustę. Następnie zapakowałam młodego w kombinezon i w przedpokoju posadziłam w foteliku samochodowym. Nie przerywając bujania fotelikiem założyłam buty, a następnie zabrałam się za pakowanie młodego do chusty. Okazało się, że mimo kombinezonu nie jest to takie trudne - co prawda miałam trochę obaw, czy nie wygnę mu za bardzo ręki lub nogi - w końcu gdy jest tak ubrany nie mam pełnej świadomości ułożenia jego ciała. Udało się jednak bez większych problemów. Założyłam dziecku i sobie czapkę i wyszłam z domu, w windzie poprawiając naciąg chusty.
Do sklepu dotarliśmy w czasie niewiele dłuższym niż gdybym szła bez obciążenia. Przez trzy czwarte drogi praktycznie nie czułam, że niosę jakieś dodatkowe kilogramy - dopiero ostatnia prosta wydała mi się być jakaś długa...
Jedynym problemem było to, że ze względu na to, że ostatnio nie wychodzę bez wózka, zapomniałam, że zakupy do czegoś należy zapakować. I, że nie mogą być zbyt duże, bo potem trzeba je samodzielnie przynieść.
Zastanawiam się, czy nie przeprosić się z plecakiem. Obawiam się tylko, że obciążona i z przodu i z tyłu będę wyglądać dosyć komicznie. W każdym razie jutro znowu wyruszamy z chustą - tym razem na podbój lasu. Żałuję, że na chustowanie zimą zdecydowałam się dopiero teraz gdy  sumie już się kończy - przecież właśnie w przypadku grubej warstwy śniegu  i zasp chusta jest wygodniejsza niż wózek.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Mleczny konkurs - wyniki

Tak jak obiecałam - dzień po zakończeniu konkursu publikuję wyniki. Wszystkie nadesłane historie (można przeczytać je w komentarzach posta z konkursem) wywołały szeroki uśmiech - szczególnie gdy się je dobrze zwizualizowało. Niezwykle trudno było wybrać zwycięzce, prosiłam nawet zewnętrznych sędziów o pomoc ale nie udało nam się dojść do porozumienia, która opowieść była najlepsza (moi faworyci to: Emma - za szokowanie listonoszki nagą piersią, Milowe Wzgórze za przestraszenie męża, że się syndromami połogu zaraził, oraz piegowatamama za żywą reklamę mleka), dlatego ostatecznie stwierdziłam, że najlepiej będzie rozstrzygnąć konkurs na drodze losowania.
Wybaczcie błędy operatora kamery, i to, że w związku z nimi część losowania odbywa się poza kadrem - zapewniam, że żadnego szwindlu nie było.

Zwyciężczynię proszę o maila z adresem, rozmiarem koszulki i preferowanym jej kolorem, do wyboru z:














Gratuluję! I przepraszam, że maszyna losująca nie chciała się uśmiechnąć - chyba lewą nogą wstała...

niedziela, 10 lutego 2013

Kiedy kobieta ma być kobieca?

Wczoraj weszłam na Onet.pl. W sumie nie wiem dlaczego - artykuły, na które można tam trafić są tendencyjne bądź też reprezentują najniższy sort dziennikarstwa. Bądź też jedno i drugie. Uderzył tam mnie jeden tytuł  "Nawet z brzuszkiem można wyglądać bardzo kobieco" traktuje on o tym, że ciężarna Kim Kardashian mimo 5 miesiąca ciąży nadal wygląda pięknie i kobieco.
A ja zastanawiam się, kiedy jak nie w ciąży kobieta jest najbardziej kobieca?


PS. I przypominam - dzisiaj ostatni dzień konkursu:
http://mine-inside-out.blogspot.com/2013/01/mleczny-konkurs-u-szkraba.html

piątek, 8 lutego 2013

Dialogi Rodzinne na bis: o uzależnieniach i tym, że smutasy co ich nikt nie lubi jesteśmy

Wiem, że Dialogi już dzisiaj były, ale pojawił się jeszcze jeden jednak ;)

Mieliśmy jakieś tam plany* na wieczór, ale posypały się ze względu na przeziębienie mojej mamy. W związku z tym nagle okazało się, że piątkowy wieczór spędzimy w domu. Dumny Tata mruczy, że w sumie to mógłby się z kimś tak zwyczajnie wódki napić (mamy butelkę od dobrych kilku miesięcy schładzającą się w zamrażalniku). Dzwonimy do kilkorga znajomych, ale okazuje się, że albo są jeszcze mniej spontaniczni niż my, i w piątkowy wieczór nie będą zmieniać planów na piątkowy wieczór, są zrypani po pracy, są przeziębieni, czy też już do kogoś innego na imprezę jadą. Dumny Tata jakiś smutny chodzi.
JA: To może po prostu naleję Ci tej wódki?
DT: No, co ty, nie będę pił sam i wpadał w alkoholizm tylko dlatego, że nikt nas nie lubi i nie chce do nas przyjść.
JA: To może naleję ci kremu z pomidorów**?
DT: Co? To byłoby jeszcze gorsze - wpaść w uzależnienie od pomidorówki!

*Nie, nie teatr, ani kino. Nawet nie wyjście do znajomych. Mieliśmy objechać kilka sklepów i okap kuchenny wybrać...
**Jak już się jakiś czas nie pije, a właściwie jak się ponad rok nie pije, to się nie wyłapuje niezręczności proponowania zupy komuś kto na % ma ochotę. Nalać, to nalać...

Dialogi rodzinne: o tym świecie

Tym razem tylko jeden - Dumny Tata cały tydzień pracował do późna, a gdy wracał i rozmawialiśmy to system i tak wywalał błąd "memory overflow" - polowy naszych dyskusji najzwyczajniej w świecie nie pamiętam.


Przeglądam blogi kulinarne. DT zagląda mi przez ramię i wskazuje na jeden z wpisów.
DT: Co to jest?
JA: Kawa z marchewki
DT: Co?????....Świat jest zły....
 
Jeszcze następnego dnia przeżywał tę kawę zastanawiając się, czy istnieje karotenoina...

A ja przypominam o mlecznym konkursie - jeszcze tylko 2 dni:
http://mine-inside-out.blogspot.com/2013/01/mleczny-konkurs-u-szkraba.html


czwartek, 7 lutego 2013

Bycie rodziciem byłoby kaszką z mleczkiem gdyby...

...dzieci miały wyłącznik. Takie koło ratunkowe - coś co wyłącza malucha  na 15 minut do zastosowania raz na 3 dni. Myślę, że spokojnie wystarczyłoby gdyby wyłącznik można było stosować raz na tydzień. Wszystko byłoby dużo łatwiejsze, mniej straszne byłyby kolki, własny ból głowy mniej by dokuczał, rzadziej zdarzałyby się chwile słabości. Wystarczyłaby sama świadomość, że w sytuacji awaryjnej można go wcisnąć. Że jeśli już nie będziemy dawać rady zawsze jest możliwość zatrzymania na moment płaczu, ataku histerii, marudzenia. Pewnie niektórzy rodzice nigdy wyłącznika by nie zastosowali, oszczędzając go każdego tygodnia na lepszą okazję.
Iluż dramatów ludzkich można by uniknąć gdyby w krytycznym momencie rodzice mieli możliwość "zatrzymania czasu", chwili oddechu umożliwiającej ujrzenie sytuacji z innej perspektywy. O ileż mniej by było frustracji, wylanych łez, zaciskania zębów. Jakże spokojnie mogłyby upływać trudniejsze dni, skoki rozwojowe, nietypowe sytuacje.
Taki wyłącznik można by przekazywać dziecku na 18 urodziny, albo ciut wcześniej - w zależności od dojrzałości dziecka. Partnerzy, małżonkowie mogliby decydować, czy zachowują własne wyłączniki czy też przekazują je sobie nawzajem - w zależności czy woleliby mieć możliwość wyłączenia się samemu, czy też kontroli nad partnerem.
Ech. Dołączam wyłącznik do listy moich urządzeń marzeń. Mam już tam skrzynkę, która po przekręceniu korbką produkowałaby dodatkowe dwie godziny...

wtorek, 5 lutego 2013

Wracam do pracy

Jeszcze nie dziś, ani jutro, ale jestem pewna, że te pozostałe kilka tygodni macierzyńskiego zleci niesamowicie szybko. Wraz z dodatkowymi 4 tygodniami, które planuję wykorzystać mój urlop kończy się w połowie marca. Czas więc zacząć myśleć o powrocie do pracy i tym, jak wtedy ułożymy sobie życie. Karol trafia w najlepsze możliwe ręce - znajdzie się pod opieką ojca. W związku z tym odpada mi największy stres związany z powrotem do pracy czyli znalezienie kogoś, kto się odpowiednio maluchem zajmie. Tata Karola prowadzi własną firmę i na szczęście profil jego działalności zostawia mu sporą swobodę wyboru czasu pracy. Mamy więc nadzieję, że uda się mu połączyć opiekę nad maluchem wraz z częściową pracą zawodową. Ja w swojej pracy również nie jestem uwiązana od 9 do 17 i o ile muszę zachować 40 godzinny tydzień pracy także mam pewną (ale niedużą) swobodę wyboru godzin, w których będę pracować. Dodatkowo nie muszę koniecznie jeździć do biura - swoją pracę mogę także wykonywać z domu. Pozostaje nam więc ustalić taki tryb mojej pracy, który pozwoli na:
  • jak najłatwiejsze karmienie piersią. To, że po powrocie do pracy zamierzam karmić Karola własnym mlekiem jest póki co dla mnie oczywiste. Jednak doskonale pamiętam godziny spędzone z laktatorem i wiem, że będę musiała tak zorganizować się by Karol jak najczęściej pobierał mleko "bezpośrednio". Obawiam się, że nie będę w stanie dodatkowo wstawać w nocy by ściągać mleko, a poza tym jednak wydajność laktatora jest dużo mniejsza niż dziecka
  • aktywne spędzanie czasu z dzieckiem. Karol jest kąpany około godziny 19, czasem 19:30. Ale bywają dni, gdy senny, a w związku z tym i marudny robi się już po 18. Bardzo szkoda mi M. który wraca do domu albo bezpośrednio na kąpiel, albo jeśli wróci wcześniej - trafia na czas, kiedy młody przestaje być rozkosznym maluchem śmiejącym się z byle powodu, a zamienia się w małego terrorystę o zmienności nastrojów godnych kobiety przechodzącej menopauzę. I właśnie tego bardzo się boję - że po powrocie do pracy nie będę miała czasu na aktywny czas z dzieckiem. Wygospodarowanie go będzie dla mnie kluczowe.
  • częściową pracę zawodową M. Na szczęście jego pracownia będzie w domu, w związku z tym bardzo łatwo będzie mu wyjść i wrócić do pracy
  • nie zachetanie się. Czy to możliwe? Mam nadzieję, że tak.
Aby zrealizować 4 powyższe punkty plan jest taki:
  • wykorzystuję 2 tygodnie zaległego urlopu macierzyńskiego by do połowy kwietnia pracować na pół etatu. Na szczęście mój pracodawca jest dosyć elastyczny i taki układ będzie możliwy. Podczas tego miesiąca będziemy wypróbowywać różne modele pracy i zobaczymy, co okaże się dla nas najwygodniejsze
  • robienie zapasów mleka.Od dziś, codziennie wieczorem będę dodatkowo ściągać jedną porcję mleka, tak by zanim wrócę do pracy zebrał nam się jakiś awaryjny zapas
  • rozszerzanie diety młodego. Jesteśmy nastawienie na BLW, ale jednak na początek będziemy podawać nieduże ilości papek. 20 lutego idziemy na wizytę kontrolą do pediatry aby skonsultować z nią nasz plan rozszerzania diety i pewnie od tego dnia zaczniemy podawać młodemu jakieś nie-mleczne produkty do spróbowania
Póki co mój plan (ale tak jak pisałam -miesiąc próbny może to zweryfikować) to:
Praca z biura w poniedziałki, wtorki i czwartki. Praca z domu w środy i piątki. Powodem dla którego jednak chcę pracować z biura jest fakt, że mam praktykanta, którego muszę nadzorować. Poza tym obawiam się, że mimo pozornej wygody 2 osoby pracujące w domu + dziecko może skończyć się kryzysem rodzinnym.
W dni, gdy będę pracować z biura chcę ustalić swoje godziny pracy na 9:00-15:00 a następnie 20:00-22:00. Oczywiście z dużą dozą elastyczności - w końcu po pierwsze nie mogę założyć, że młody zawsze grzecznie zaśnie wieczorem, a z drugiej strony nie jestem w stanie odmówić uczestniczenia w niektórych spotkaniach odbywających się w godzinach, które chciałabym spędzić z dzieckiem. Teraz pilnie przygotowuję się do rozmów z szefową jak z kolei ona to widzi...
(obrazek z Gackolandii: http://gackolandia.blogspot.com/)


poniedziałek, 4 lutego 2013

Dialogi Rodzinne: O cyckach. Znowu.

Obawiam się, że mamy cyckową obsesję. Nie wiem jak to się stało, ale muszę z przykrością stwierdzić, że nasz humor stał się bardzo monotematyczny. Mam nadzieję, że kiedyś wyrośniemy i będziemy śmiać się z innych tematów niż gimnazjaliści (mamy szanse, gdyż żadne z nas gimnazjalistą nie było). A póki co tylko cycki i cycki.

Przed południem:
Młody rozpoczyna swój drugi poranny posiłek. Dumny Tata krąży wokół nas jakoś niepewnie - jest jeszcze półprzytomny i nie wie, co ze sobą zrobić.
DT: Mam zacząć przygotowywać śniadanie?
JA: Może przy drugim cycku? A przy pierwszym jeszcze sobie poleż?
DT: Jak? Przy pierwszym leży młody!!!


Po południu:
DT znowu gimnastykuje młodego śpiewając Foggowe "cztery nogi". A że zaczyna mu się to nudzić modyfikuje różnie tekst.
DT: Ach gdybym ja miał cztery cycki, dwa długie cycki, dwa...
JA: Cztery cycki byłyby nawet niegłupie. Moglibyście się podzielić - Szkrabu by dostał dwa i Ty mógłbyś się dwoma zajmować:
DT: Młody dostałby te dłuższe. Jemu i tak jest wszystko jedno, a mógłby sobie w tym czasie na macie edukacyjnej leżeć...

Wieczorem:
Szkrabu wciąga kolację, DT zagląda przez ramię. Śmiejemy się z min jakie młody strzela.
DT: Ale trąbkę z języka robi. Normalnie...TRĄBOCYC!






piątek, 1 lutego 2013

Leżenie na brzuchu - porady praktyczne - jak my to robimy

Wczoraj przedstawiłam ogólne zasady zachęcania maluchów do leżenia na brzuchu, dzisiaj opiszę jak to w praktyce wygląda u nas. Przede wszystkim nie mamy stałej ilości sesji czy też minut, które Karol spędza na brzuchu. Czasami jest to dosyć znaczny procent aktywności, czasami tylko kilka minut, a bywają takie dni, gdzie oprócz noszenia w pozycji na brzuchu nie ćwiczymy w ogóle. Wszystko zależy od nastroju bobasa i...mojego.
1. Ćwiczenia na macie. Nasza mata wyposażona jest w lusterko oraz w lampki migające gdy włączy się melodyjkę. I właśnie te dwa elementy wykorzystuję do zachęcania Szkraba do spędzania czasu na brzuchu. Na macie bawimy się 2-3 razy dziennie. Po kilku  minutach zabawy zabawkami zawieszonymi na pałąkach kładę bobasa przed lusterkiem lub naprzeciw światełek. Czasami gdy już zaczyna się nudzić własnym odbiciem dodatkowo umieszczam pomiędzy nim, a lusterkiem jakąś zabawkę. Oczywiście nie trzeba mieć takiej maty by w ten sposób ćwiczyć - wystarczy dowolne bezpieczne lusterko, i jakiekolwiek źródła światła, najlepiej migające (mogą to być np. lampki choinkowe). Zarówno lusterko jak i migające światełka to rzeczy, którymi większość niemowlaków jest niezwykle zainteresowana - oferują zmienne widoki i przykuwają uwagę.
2. Leżenie na łóżku. Gdy Karol znudzi się już matą przenosimy się z zabawą na łóżko. Jego zaletą jest to, że powierzchnia jest znacznie większa - dzięki temu łatwiej ćwiczyć turlanie (do pozycji na brzuszku, jak i z powrotem na plecy malucha turlam, a nie przekładam), po za tym można dziecko zostawić na środku w miarę bezpiecznie i zabawiać je spoza łóżka. Ja albo staję naprzeciw łóżka i się gimnastykuję, robię pajacyki, udaję że tańczę (bo moich wygibasów tańcem nie można nazwać), albo kucam przy łóżku i zagaduję, pochylam się, cmokam w czoło, podmieniam zabawki. Czasami też kładę bobasa i obstawiam naokoło zabawkami sprawdzając, którymi się zainteresuje. Gdy ma ciut bardziej (ale niezupełnie) marudny dzień bawimy się na rogalu, kocu, poduszce lub miśku, a nie na płaskiej powierzchni.
Karol oparty o rogala udziela pierwszej pomocy Zośce

3. Zabawy na stole. Na stole kładę Karola gdy chcę zjeść drugie śniadanie, lub gdy mam pranie do powieszenia. W przypadku posiłków siadam na wprost bobasa i jedną ręką jem śniadanie, a drugą trzymam w gotowości by asekurować go, gdyby miał fantazję przeturlać się. Póki co on na brzuchu jest dosyć "stacjonarny" - gdy zacznie się przekręcać pewnie zrezygnujemy z kładzenia go na czymś innym niż podłoga lub szerokie łóżko. Gdy wieszam pranie z jednego boku stołu kładę poduszkę lub rogala, tak by w razie gibnięcia się lądowanie było miękkie, drugą stronę asekuruję samą sobą. Z reguły i mój posiłek i wieszane ubranka są na tyle ciekawe, że nie potrzebuję dodatkowych "zabawiaczy", jednak czasami wspomagam się materiałowymi książeczkami lub wydrukowanym obrazkami (patrz niżej). W ten sposób spędzamy też obiady (o ile akurat przypadną w porze aktywności bobasa) - młody ląduje na środku stołu, a my z talerzami po jego bokach - może sobie wybrać komu w talerz będzie zaglądał. W ten sposób po pierwsze trenuje leżenie, po drugie widzi dobrze, co rodzice ciekawego robią z jedzeniem, a muszę przyznać, że jest to dla niego coraz bardziej fascynujące. Nie wiem, czy to poprawne zachowanie z pedagogicznego punktu widzenia, ale najwyżej później zajmiemy się wykorzenianiem jakiś złych nawyków ;)

4. Zabawki i Obrazki.  Aby pozycja na brzuchu miała urok nowości staram się, by Karol miał szansę oglądać w niej rzeczy, których jeszcze nie widział, lub które widział już dosyć dawno. W tym celu po pierwsze rotuję zabawki - nie mamy ich zbyt wiele, ale i tak zawsze połowa jest schowana, tak by po tygodniu, czy dwóch były znowu "nowe". Dodatkowo mam całą teczkę wydrukowanych czarno-czerwono-białych obrazków, które rozkładam przed Karolem, a gdy mu się znudzą podmieniam. Zaletą obrazków jest to, że można mieć ich dużo i nie szkoda ich, gdy się zniszczą.
Karol na stole na kocyku z mojego dzieciństwa. W tle bałagan (cały czas jesteśmy trochę na walizkach, stąd np. elementy szafy widoczne na zdjęciu). Obok moje drugie śniadanie. Przed Szkrabem jeden z jego ulubionych motywów z mojej serii kolorowych obrazków.


5. Gimnastyka. Dwie pozycje, które wykonujemy najczęściej już opisałam w poprzednim poście. Lubię ten sposób gimnastykowania się, gdyż oboje na nim korzystamy. To na co trzeba niestety uważać to...ślina. W gotowości mam zawsze pieluszkę, po za tym specjalizuję się w takim manewrowaniem bobasem położonym na nogach, by w razie czego efekt soczystości mojego dziecka wylądował raczej na bluzce niż na twarzy. Karol uwielbia być podnoszony i te "brzuszki" możemy robić także wtedy, gdy nie jest już skory do żadnych innych zabaw.
6. Noszenie brzuchem w dół. Pod koniec dnia Karol robi się bardziej marudy i chętniej spędza czas na rękach niż gdziekolwiek indziej. Muszę przyznać, że dosyć często zdarza mi się Karola "przeciągnąć" poza jego okienko snu - najczęściej gdy czekamy na powrót M. do domu i wspólną kąpiel. W takich momentach noszenie go na przedramieniu brzuchem w dół jest ostatnią deską ratunku i tylko tak jest w stanie doczekać kąpieli. To noszenie też staram się urozmaicić. Dwa sposoby, które ostatnio praktykujemy to:
  • otwieranie i zamykanie drzwi. Staję z bobasem przy uchylonych drzwiach - on łapie za klamkę. Czasami sam za nią pociąga otwierając drzwi, czasami robię to de facto ja - Szkrab trzyma za klamkę, a ja cofam się i w ten sposób razem ciągniemy otwierając drzwi. Podobnie z zamykaniem - zdarza się, że Karol sam popycha drzwi, czasami po prostu robię krok do przodu i mu pomagam
  • zapalanie i gaszenie światła. Mamy jeden włącznik, który chodzi wystarczająco lekko by Karol mógł go obsługiwać. Niestety znajduje się w przedpokoju przy drzwiach. M. śmieje się często, że gdy wraca zastaje nas przy drzwiach wejściowych jak w klasycznych anegdotach, gdzie matka mając już dosyć dziecka czeka z nim w przedpokoju tak, by przekazać go ojcu gdy tylko przekroczy progi domu ;). W każdym razie młody uwielbia tę zabawę. Nie bardzo kojarzy, że aby zgasić światło trzeba przesunąć rękę na włączniku, więc najczęściej on zapala światło, a ja je gaszę. Zdarza się jednak, że udaje mu się wykonać obie czynności.
Zaletą tych zabaw jest to, że maluch nie tylko ćwiczy mięśnie karku, ale także barki i ramiona. I jaka satysfakcja dla rodziców. Obsługa drzwi i kontaktu to nie byle co!


7. Telefon. To moje ostatnie odkrycie. Gdy bawiłam się z młodym na macie zadzwoniła moja mama. Gdy skończyłyśmy rozmawiać odłożyłam telefon obok Szkraba, a sama wstałam po jakąś kartkę papieru, by coś zanotować. Gdy usiadłam z powrotem telefon był już w rękach Karola a on buszował w Internecie ;). Staram się nie dawać mu telefonu zbyt często - dostaje go, gdy już wyczerpiemy wszystkie inne pomysły. Telefon jest tak długo atrakcyjny, jak długo ekran pozostaje dotykowy. Gdy jest już całkowicie obśliniony i przestaje reagować idzie w odstawkę.

I na koniec 2 sposoby, które są skuteczne, a których ja (już) nie stosuję

8. Telewizor. Podobno najlepszy sposób by utrzymać malucha w dowolnej pozycji. Telewizora nie mam, ale gdy przeczytałam u An. jak świetnie Pingwiny z Madagaskaru działają na Lilkę postanowiłam je wypróbować puszczając film z komputera. Nie powiem - młody był zaciekawiony i chyba obejrzeliśmy 1/3 świątecznej edycji. Później jednak stwierdziłam, że nie wiem jaki wpływ ma częstotliwość odświeżania ekranu na takiego malucha i, że póki co nie będzie oglądał niczego na laptopie.
9. Wskaźnik laserowy. Gdy byliśmy u moich rodziców, gdzie nie mieliśmy naszych zabawek i obrazków szukaliśmy przedmiotów codziennego użytku, które będą nadawały się do zabawiania Szkraba. Wskaźnik laserowy okazał się być hitem tamtego wieczoru. Karol z uwagą wpatrywał się w czerwoną kropkę, którą puszczaliśmy mu na ręce i przedmioty leżące przed nim. Próbował ją także łapać, co jest krokiem na przód w ćwiczeniach na brzuchu, gdyż oznacza machanie rękami. Przez moment nawet rozważałam zakup wskaźnika laserowego aby bawić się nim w domu, ale potem stwierdziłam, że to jednak trochę upokarzające - w końcu mam do czynienia z dzieckiem, a nie kotem... Może to moja schiza - w końcu psom i kotom kupuje się także piłeczki i gumowe zabawki, które piszczą, czyli typowe bobasowe przedmioty. Skoro nie mam żadnych obaw podając Karolowi Sophie, nie powinnam zżymać się na wskaźnik laserowy. Ale ja jednak widzę różnicę. Jeśli ktoś nie ma takiej paranoi wskaźnik polecam - trzeba tylko oczywiście bardzo uważać by nie poświecić maluchowi w oczy.
Karol oparty o rogala szarpie Zośkę jak szczeniaczek swoją gumową zabawkę

To nasza lista na dzień dzisiejszy - cały czas szukam nowych pomysłów na uprzyjemnienie czasu na brzuchu - wszelkie sugestie mile widziane :)

Podobne posty