Zawsze byłam osobą, która błyskawicznie dostosowuję się do nowej sytuacji, czy też warunków w których dane jej było mieszkać, czy żyć. Tak było z moją ciążą - mimo, że była dla mnie zaskoczeniem przeszłam nad nią do porządku dziennego w dosłownie kilka godzin. Po ujrzeniu dwóch kresek przez moment byłam w niezłym szoku, następne minuty poświęciłam przemyśleniu co muszę w życiu zmienić. Gdy już to ustaliłam zadzwoniłam do M. by go powiadomić (byłam wtedy w Stanach - i ten jeden, jedyny raz zapomniałam o różnicach w strefach czasowych), pogadaliśmy trochę, poszłam spać, by następnego dnia obudzić się z pełną świadomością swojego stanu. Krótko po tym, gdy brzuch zaczął mi się zaokrąglać byłam już tak do niego przyzwyczajona, że nie pamiętałam, jak to jest żyć bez brzucha. Jak to jest żyć z brzuchem udało mi się zapomnieć w dosłownie dzień po porodzie. Z kolei kilka dni po powrocie do domu nie pamiętałam, jak to jest nie mieć bobasa. Teraz podobnie było z moim powrotem do pracy. Co prawda jeszcze pamiętam, jak to jest siedzieć z dzieckiem cały dzień w domu, i trochę za tym tęsknię, ale tak naprawdę wystarczył ten pierwszy tydzień bym zdążyła przyzwyczaić się do naszego nowego trybu życia. Jak więc wygląda nasz dzień?
Rozpoczyna się wcześnie. Szkrab ostatnio wstaje około 5 rano, i nijak nie daje się przekonać, że to za wcześnie. Ja jestem wtedy jeszcze zupełnie nieprzytomna i szczerze mówiąc nie do końca kojarzę, co się właściwie wtedy dzieje. Młody zjada śniadanko, przez jakiś czas leży grzecznie między nami oglądając sobie kołdrę, a następnie gdy już się znudzi zaczyna piszczeć. Ja w półśnie próbuję się z nim bawić, ale idzie mi to dosyć niemrawo i około 6:15-6:30 M. wykończony popiskiwaniem i pokrzykiwaniem wstaje i zabiera młodego na matę edukacyjną. Gdy młody baraszkuje na macie przygotowuje śniadanie. Ja dosypiam. Wstaję, gdy Szkrabowi znudzi się samodzielna zabawa na macie i zaczyna marudzić. Zjadamy śniadanie, wypijamy kawę podczas której młody ląduje dodatkowo na cycku. Wychodzę z domu o 7:30. Szkrabu jest wyraźnie smutny gdy żegnamy się w przedpokoju. Prawdopodobnie zaczyna się u niego jakiś lęk separacyjny, gdyż przez około pół godziny po moim wyjściu M. nie może mu na chwilę zniknąć z oczu - później mu się na szczęście trochę poprawia i przez krótkie momenty może zająć się sam sobą. Pierwszą drzemkę ucina sobie około 8:30 i trwa ona około godziny. Wtedy też dostaje mleko - zjada różnie - czasami 100, czasami 30ml. Następuje zabawa, spacer, jakieś wyjście do sklepu, lub do remontowanego domu. Kolejna drzemka przypada na 12-12:30 i z reguły jest krótsza - pół godziny, czasami 45 minut. Szkrabu dostaje mleko, lub gdy zje cały zapas, coś niemlecznego. Ja w domu jestem około 14:15 i niezależnie kiedy był poprzedni posiłek cała ja, oraz moje cycki witane są z dużym entuzjazmem. Do wieczora młody nadrabia kalorie, które przepadły mu podczas mojej nieobecności - wyraźnie zwiększyła nam się częstotliwość cycusiowania. Rutyny wieczorne około-bobasowe nie zmieniły się - o 19 kąpiel, masaż, kolacyjka i spać. Nie zauważyłam pogorszenia snu nocnego (ale to może dlatego, że i tak z mojej perspektywy nie jest najlepiej - młody budzi się około 11-12, a następnie 2-3 i niestety zdarza się, że po jedzeniu ma problemy zaśnięciem). Rutyny wieczorne nie-bobasowe trochę się zmieniły - zamiast błogiego leniuchowania próbuję doprowadzić mieszkanie do stanu używalności. Nie wiem, jak to się dzieje, że duet tata + syn produkują kilkakrotnie większy bałagan niż mama + syn...
Czyli podsumowując - nadal jest dobrze i okazuje się, że wiele obaw, które dręczyły mnie przed powrotem do pracy okazało się być bezpodstawne. To, co męczy mnie, to fakt, że z M. prawie się nie widujemy - jesteśmy razem rano, z tym, że ja wtedy albo jestem nieprzytomna, albo biegam po mieszkaniu równocześnie myjąc zęby, ścieląc łóżko i pakując laktator, następnie trochę w środku dnia - gdy ja karmię młodego on odgrzewa lub kończy przygotowywać obiad, który następnie naprędce zjadamy. Po obiedzie M. wychodzi do swojej pracy, a później jeszcze wpada na budowę - do domu wraca najczęściej podczas pierwszego nocnego karmienia - i ja wtedy z reguły też już jestem nieprzytomna i ciężko ze mną się dogadać. Mam nadzieję, że gdy skończymy z remontem sytuacja trochę się poprawi - co prawda ja wkrótce po tym będę pracować na pełen etat, ale za to obydwoje będziemy mogli pracować z domu - gdzie po prostu będziemy wymieniać się opieką nad bobasem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powrót do pracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powrót do pracy. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 25 marca 2013
środa, 20 marca 2013
Mama pracuje
Jakoś nie mogłam zebrać się do napisania tego posta. I to nie dlatego, że praca tak mnie wciągnęła, albo ze zmęczenia - nie, to raczej kwestia tej nie-wiosny, która powoduje u mnie jakąś apatię i niechęć do wszystkiego. Od trzech dni pracuję na pół-etatu, zaś Szkrab siedzi w domu z tatą. I najzwyczajniej w świecie stało się to naszą codziennością - bez dramatów, stresów, łez.
W pracy na razie nie mam zbyt wiele do zrobienia - wdrażam się powoli, próbując zrozumieć wszystkie zmiany, które zaszły w przeciągu ostatnich 6 miesięcy. Myślę, że minie jeszcze z 1.5 tygodnia zanim ruszę pełną parą. Póki co wszystko układa się tak jak powinno, chociaż już widzę, że praca na pół etatu u nas w firmie do najłatwiejszych nie należy. Problem polega na tym, że nie mogę wyznaczyć sobie ścisłych godzin pracy - np. 9-13. Charakter mojej pracy wymaga udział w spotkaniach, które odbywają się o bardzo różnych godzinach. Zakładałam, że tak będę sobie układać plan dnia by po prostu moje 4h w pracy obejmowały czas spotkania. Jakoś tylko zapomniałam, że takich obowiązkowych spotkań mam z reguły więcej niż jedno w ciągu dnia. I już widzę, jak kalendarz zapełnia mi się w niekoniecznie korzystny dla mnie sposób. Na szczęście za 2 tygodnie będę już miała warunki by pracować z domu, a wtedy problem częściowo się rozwiąże - będę jeździć do biura tylko wtedy gdy będzie to konieczne, a w domu będziemy się z M. wymieniać w ciągu dnia opieką nad młodym, tak bym mogła wdzwaniać się na spotkania.
Dzięki temu łatwiejsze też będzie karmienie - póki co ściągam mleko wieczorem oraz w pracy. Podejrzewam, że mój laktator słychać na drugim końcu biura, ale jak na razie nikt mi uwagi nie zwrócił.
Karol dosyć dobrze przyjął zmianę - pierwszego dnia co prawda zastrajkował jeśli chodzi o jedzenie, ale dzisiaj awersja do butelki i nie-mlecznych posiłków mu przeszła. Mimo, że on nigdy nie miał problemów z piciem z butelki, a ostatnio zaczęliśmy mu dodatkowo dawać odrobinę wody w butelce z uszami by mógł sam się napić, w poniedziałek po pierwszej porannej drzemce urządził butelkowy strajk i za nic nie chciał wypić mleka z butelki. Biedny M. próbował kolejnych smoczków, ale powodowały one tylko kolejne ataki histerii. Gdy w końcu w desperacji przelał mleko do tej "zabawowej" butelki młody na sam jej widok się rozpłakał. Po konsultacji telefonicznej ze mną Szkrabu został zabrany na krótki spacer. Po nim zjadł około 30 ml mleka. Ponieważ i tak mieliśmy tego dnia jechać do jakiegoś sklepu pooglądać baterie i deszczownice M. przyjechał z młodym do mnie pod pracę. Nie chciałam by przynosił Karola do biura, gdyż zależało mi na czasie, oraz nie chciałam by konieczność obejrzenia go przez wszystkich dodatkowo opóźniła posiłek, więc poszliśmy do centrum handlowego graniczącego z moim biurem, gdzie nakarmiłam Karola w pokoju dla matki z dzieckiem.
We wtorek Szkrabu musiał już dostać 2 posiłki podczas mojej nieobecności - zjadł znowu jakieś 40 ml mleka i 2-3 łyżeczki marchewki. Wieczorem M. nawet zaproponował bym nie ściągała mleka, gdyż w lodówce mamy nawet więcej niż trzeba, a najwyraźniej młody woli się żywić po moim powrocie. Ja wiedziona matczyną intuicją stwierdziłam, że jednak wolę ściągać mleko na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, kiedy takiemu maluchowi może wrócić apetyt. I wrócił dzisiaj - po drzemce wtrąbił całą butelkę mleka, a następnie porcję marchewki, na którą rzucił się, jakby od tygodnia nie jadł. Ponieważ koniecznie chciał więcej M. musiał mu dogotować kolejną porcję, którą również wsunął całą. Niedługo po tym wróciłam do domu, a młody żarłacz z entuzjazmem przystąpił do cycusiowania, które to do wieczora powtórzyliśmy jeszcze 3 razy. Jak tak dalej pójdzie, to nam się nieźle utuczy kruszynka nasza.
Ogólnie ojciec z synem dogadują się świetnie - chociaż wydaje się, że przy mnie Karol jest bardziej "samoobsługowy" - częściej mogę zostawić go samego na macie i poogarniać coś w domu. Teraz M. musi niemalże cały czas go zabawiać, co oznacza, że nie ma czasu na zmywanie, odkurzanie i inne takie domowe sprawy. Gdy wracam do domu mieszkanie wygląda, jakby przeszedł przez nie tajfun. Na szczęście podczas gdy ja karmię M. uprząta chociaż część bałaganu i gdy zostaję w domu ze Szkrabem pozostaje mi tylko zmywanie po obiedzie i dokładne mycie podłóg (kilka dni temu Szkrabu zaczął pełzać do tyłu!!! - musimy teraz zwracać trochę większą uwagę na czystość podłóg).
Wygląda na to, że wszystko ładnie się układa. Zobaczymy jak będzie dalej :)
W pracy na razie nie mam zbyt wiele do zrobienia - wdrażam się powoli, próbując zrozumieć wszystkie zmiany, które zaszły w przeciągu ostatnich 6 miesięcy. Myślę, że minie jeszcze z 1.5 tygodnia zanim ruszę pełną parą. Póki co wszystko układa się tak jak powinno, chociaż już widzę, że praca na pół etatu u nas w firmie do najłatwiejszych nie należy. Problem polega na tym, że nie mogę wyznaczyć sobie ścisłych godzin pracy - np. 9-13. Charakter mojej pracy wymaga udział w spotkaniach, które odbywają się o bardzo różnych godzinach. Zakładałam, że tak będę sobie układać plan dnia by po prostu moje 4h w pracy obejmowały czas spotkania. Jakoś tylko zapomniałam, że takich obowiązkowych spotkań mam z reguły więcej niż jedno w ciągu dnia. I już widzę, jak kalendarz zapełnia mi się w niekoniecznie korzystny dla mnie sposób. Na szczęście za 2 tygodnie będę już miała warunki by pracować z domu, a wtedy problem częściowo się rozwiąże - będę jeździć do biura tylko wtedy gdy będzie to konieczne, a w domu będziemy się z M. wymieniać w ciągu dnia opieką nad młodym, tak bym mogła wdzwaniać się na spotkania.
Dzięki temu łatwiejsze też będzie karmienie - póki co ściągam mleko wieczorem oraz w pracy. Podejrzewam, że mój laktator słychać na drugim końcu biura, ale jak na razie nikt mi uwagi nie zwrócił.
Karol dosyć dobrze przyjął zmianę - pierwszego dnia co prawda zastrajkował jeśli chodzi o jedzenie, ale dzisiaj awersja do butelki i nie-mlecznych posiłków mu przeszła. Mimo, że on nigdy nie miał problemów z piciem z butelki, a ostatnio zaczęliśmy mu dodatkowo dawać odrobinę wody w butelce z uszami by mógł sam się napić, w poniedziałek po pierwszej porannej drzemce urządził butelkowy strajk i za nic nie chciał wypić mleka z butelki. Biedny M. próbował kolejnych smoczków, ale powodowały one tylko kolejne ataki histerii. Gdy w końcu w desperacji przelał mleko do tej "zabawowej" butelki młody na sam jej widok się rozpłakał. Po konsultacji telefonicznej ze mną Szkrabu został zabrany na krótki spacer. Po nim zjadł około 30 ml mleka. Ponieważ i tak mieliśmy tego dnia jechać do jakiegoś sklepu pooglądać baterie i deszczownice M. przyjechał z młodym do mnie pod pracę. Nie chciałam by przynosił Karola do biura, gdyż zależało mi na czasie, oraz nie chciałam by konieczność obejrzenia go przez wszystkich dodatkowo opóźniła posiłek, więc poszliśmy do centrum handlowego graniczącego z moim biurem, gdzie nakarmiłam Karola w pokoju dla matki z dzieckiem.
We wtorek Szkrabu musiał już dostać 2 posiłki podczas mojej nieobecności - zjadł znowu jakieś 40 ml mleka i 2-3 łyżeczki marchewki. Wieczorem M. nawet zaproponował bym nie ściągała mleka, gdyż w lodówce mamy nawet więcej niż trzeba, a najwyraźniej młody woli się żywić po moim powrocie. Ja wiedziona matczyną intuicją stwierdziłam, że jednak wolę ściągać mleko na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, kiedy takiemu maluchowi może wrócić apetyt. I wrócił dzisiaj - po drzemce wtrąbił całą butelkę mleka, a następnie porcję marchewki, na którą rzucił się, jakby od tygodnia nie jadł. Ponieważ koniecznie chciał więcej M. musiał mu dogotować kolejną porcję, którą również wsunął całą. Niedługo po tym wróciłam do domu, a młody żarłacz z entuzjazmem przystąpił do cycusiowania, które to do wieczora powtórzyliśmy jeszcze 3 razy. Jak tak dalej pójdzie, to nam się nieźle utuczy kruszynka nasza.
Ogólnie ojciec z synem dogadują się świetnie - chociaż wydaje się, że przy mnie Karol jest bardziej "samoobsługowy" - częściej mogę zostawić go samego na macie i poogarniać coś w domu. Teraz M. musi niemalże cały czas go zabawiać, co oznacza, że nie ma czasu na zmywanie, odkurzanie i inne takie domowe sprawy. Gdy wracam do domu mieszkanie wygląda, jakby przeszedł przez nie tajfun. Na szczęście podczas gdy ja karmię M. uprząta chociaż część bałaganu i gdy zostaję w domu ze Szkrabem pozostaje mi tylko zmywanie po obiedzie i dokładne mycie podłóg (kilka dni temu Szkrabu zaczął pełzać do tyłu!!! - musimy teraz zwracać trochę większą uwagę na czystość podłóg).
Wygląda na to, że wszystko ładnie się układa. Zobaczymy jak będzie dalej :)
środa, 13 marca 2013
Dzieć nie współpracuje...
Do mojego powrotu do pracy został niecały tydzień. I do końca zeszłego tygodnia byłam do tego dosyć dobrze nastawiona - rozmawiałam ze swoją managerką i udało mi się wynegocjować powrót na dokładnie takich warunkach jak chciałam, czyli w ogólnym zarysie:
Tymczasem od zeszłego tygodnia Karol je co 3h. Przez całą dobę. I co gorsza - w połowie przypadków nocnych pobudek nie daje się tak po prostu odłożyć. Już sama nie wiem, czy to ząbkowanie, skok rozwojowy, czy też po prostu tak ma, i tak będzie miał.
Ponieważ okazało się, że mimo iż jest w stanie wypić praktycznie wszystko (włącznie z probiotykami, których chyba ja bym nie przełknęła) moje rozmrożone mleko mu nie pasuje, plan był taki by kiedy ja będę w pracy karmić go mlekiem ściąganym na bieżąco. Zaplanowałam ściąganie na kolejne dni około godziny 10 wieczorem - moje cycki nie chcą idealnie współpracować z laktatorem i by ściągnąć porcję od ostatniego karmienia musi upłynąć ok 2h. 10 wieczór pasowałaby idealnie. Ale nie. Teraz po 10 jest karmienie. Następne o 1.Kolejne o 4, a następnie młode budzi się o 6, bo ta ilość mleka, którą spożywa w nocy nie mieści się w małym organizmie. Po przewinięciu rozpoczyna dzień.
Skutek tego jest taki, że ja od zeszłego piątku całe poranki wyglądam jak rasowe zombie, a cały misterny plan karmienia bez wprowadzania mleka modyfikowanego wziął w łeb. Trudno.
Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych tygodni chociaż trochę mu się poprawi bym mogła w pracy jako tako funkcjonować. Z każdym tygodniem powinno też być łatwiej jeśli chodzi o karmienie - póki co warzywa to zdecydowanie tylko zabawa, ale może stopniowo będzie ich trochę zjadał.
Gdy planowałam powrót do pracy miałam cudowną wizję tego ostatniego wspólnego tygodnia - długie spacer na słońcu, maksymalne wykorzystanie czasu, z dużą ilością przytulanek i zabawy. Tymczasem za oknem zima - do spacerów muszę się zmuszać; Szkrab z małego śmiejącego się do wszystkiego aniołka zamienił się w wiecznie niezadowolonego i ciągle na mnie pokrzykującego marudę. Nic go nie cieszy, ledwie jestem w stanie blady uśmiech wykrzesać, każda zabawa nudzi go lub męczy po 30 sekundach, a ja nie mogę go na 3 minuty zostawić samego na macie, gdyż kończy się to krzykiem. Mnie z niewyspania, stresu i tych ciągłych wrzasków boli głowa i w całej mojej historii macierzyństwa nie miałam tak bardzo wszystkiego dość.
Niech już przyjdzie ta wiosna. Może wtedy będzie lepiej.
- pierwszy miesiąc (przyajmniej) na pół etatu - korzystając z zaległego urlopu wypoczynkowego
- w miarę możliwości elastyczne godziny pracy - ostatecznie pewnie wyjdzie mniej więcej 3 dni przed południem i 2 po południu
- brak podróży zagranicznych przez najbliższe 2 miesiące
- po tym wstępnym okresie na pół etatu, gdy będziemy odkrywać co nam najbardziej pasuje - częściowa praca z domu
Tymczasem od zeszłego tygodnia Karol je co 3h. Przez całą dobę. I co gorsza - w połowie przypadków nocnych pobudek nie daje się tak po prostu odłożyć. Już sama nie wiem, czy to ząbkowanie, skok rozwojowy, czy też po prostu tak ma, i tak będzie miał.
Ponieważ okazało się, że mimo iż jest w stanie wypić praktycznie wszystko (włącznie z probiotykami, których chyba ja bym nie przełknęła) moje rozmrożone mleko mu nie pasuje, plan był taki by kiedy ja będę w pracy karmić go mlekiem ściąganym na bieżąco. Zaplanowałam ściąganie na kolejne dni około godziny 10 wieczorem - moje cycki nie chcą idealnie współpracować z laktatorem i by ściągnąć porcję od ostatniego karmienia musi upłynąć ok 2h. 10 wieczór pasowałaby idealnie. Ale nie. Teraz po 10 jest karmienie. Następne o 1.Kolejne o 4, a następnie młode budzi się o 6, bo ta ilość mleka, którą spożywa w nocy nie mieści się w małym organizmie. Po przewinięciu rozpoczyna dzień.
Skutek tego jest taki, że ja od zeszłego piątku całe poranki wyglądam jak rasowe zombie, a cały misterny plan karmienia bez wprowadzania mleka modyfikowanego wziął w łeb. Trudno.
Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych tygodni chociaż trochę mu się poprawi bym mogła w pracy jako tako funkcjonować. Z każdym tygodniem powinno też być łatwiej jeśli chodzi o karmienie - póki co warzywa to zdecydowanie tylko zabawa, ale może stopniowo będzie ich trochę zjadał.
Gdy planowałam powrót do pracy miałam cudowną wizję tego ostatniego wspólnego tygodnia - długie spacer na słońcu, maksymalne wykorzystanie czasu, z dużą ilością przytulanek i zabawy. Tymczasem za oknem zima - do spacerów muszę się zmuszać; Szkrab z małego śmiejącego się do wszystkiego aniołka zamienił się w wiecznie niezadowolonego i ciągle na mnie pokrzykującego marudę. Nic go nie cieszy, ledwie jestem w stanie blady uśmiech wykrzesać, każda zabawa nudzi go lub męczy po 30 sekundach, a ja nie mogę go na 3 minuty zostawić samego na macie, gdyż kończy się to krzykiem. Mnie z niewyspania, stresu i tych ciągłych wrzasków boli głowa i w całej mojej historii macierzyństwa nie miałam tak bardzo wszystkiego dość.
Niech już przyjdzie ta wiosna. Może wtedy będzie lepiej.
piątek, 15 lutego 2013
Kogo bym zostawiła?
Dzisiaj kończy się mój podstawowy urlop macierzyński. Gdyby nie te darowane cztery dodatkowe tygodnie już w poniedziałek musiałabym iść do pracy zostawiając w domu smyka. Smyka, który;
Zazdroszczę mamom, które swoje maluchy urodzą w marcu tego roku - 20, czy nawet 24 tygodniowy urlop macierzyński to zdecydowanie za mało - i dla dziecka, i dla mamy. My jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że maluch przechodzi po prostu pod opiekę ojca, a dodatkowo ja mam możliwość częściowego pracowania z domu. Nie wyobrażam sobie bym mogła zostawić tak małe dziecko pod opieką obcej osoby, lub nawet dalszego członka rodziny - a przecież bardzo wiele mam w takiej sytuacji się znajduje.
Nie ma jak polityka pro-rodzinna...
A z okazji wczorajszego dnia - buziaki od Karola dla wszystkich!
- wagowo oscyluje wokół 3 centyla (za to wzrostowo - szacując po ubrankach - powyżej 75 centyla)
- żywi się wyłącznie mamowym mlekiem i jak do tej pory nie próbował innych pokarmów
- w godzinach mojej pracy spożywa je 4 do 5 razy
- gdy ominie drzemkę odsypia ją sobie przy cycu
- ma ogromną potrzebę bliskości i nie daje się oszukać żadnymi mechanizmami typu leżaczek-bujaczek, karuzela, projektor
- nie rozstał się ze mną na dłużej niż 3 godziny,
- a w związku z tym nie przebywał sam na sam z tatą, pod którego opiekę przechodzi dłużej niż 3 godziny
Zazdroszczę mamom, które swoje maluchy urodzą w marcu tego roku - 20, czy nawet 24 tygodniowy urlop macierzyński to zdecydowanie za mało - i dla dziecka, i dla mamy. My jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że maluch przechodzi po prostu pod opiekę ojca, a dodatkowo ja mam możliwość częściowego pracowania z domu. Nie wyobrażam sobie bym mogła zostawić tak małe dziecko pod opieką obcej osoby, lub nawet dalszego członka rodziny - a przecież bardzo wiele mam w takiej sytuacji się znajduje.
Nie ma jak polityka pro-rodzinna...
A z okazji wczorajszego dnia - buziaki od Karola dla wszystkich!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

