Nauczona doświadczeniem powinnam była kilkakrotnie przemyśleć, czy wczorajszy post powinien powstać - jakoś tak jest z bobasami, że gdy publicznie napisze się o ich zwyczajach (tych dobrych) następnego dnia się zmieniają.
Dzisiaj wyraźnie mamy gorszy dzień pod względem przestrzegania jakiegokolwiek planu. Zaczęło się od tego, że wczoraj w pracy nie dałam rady ściągnąć mleka - jakiś tłum ludzi zebrał się w biurze i nie udało mi się zarezerwować salki konferencyjnej, a nie wyobrażam sobie bym miała to robić w łazience. Moje cycki przyzwyczajone do częstego opróżniania przez całą dobę zaczęły mi lekko doskwierać. Ponieważ M. i tak miał jechać na miasto poprosiłam go by wpadł po mnie, dzięki czemu Szkrabu dostanie wcześniej swój posiłek, a cyckom nie odpadnie jedno opróżnienie.Tak zrobiliśmy i w sumie nie bardzo martwiłam się tym - młody nie zjadł całego mleka, które mu zostawiłam w domu, w związku z tym wraz z wieczornym ściaganiem powinna się zebrać cała porcja na dzisiaj.
Mleko wieczorem ściągam o 10. I o 9:45 zaczęłam wyparzać laktator, a tu bach - Szkrabu się obudził. Kurcze - niecałe 2h po ostatnim posiłku. Próbowałam podać mu smoczek, przytulać, lulać - nie udało mi się nawet ukoić płaczu, więc uznałam, że to jednak głód musiał go obudzić. Stwierdziłam, że mleko ściągnę o północy. Chwilę przed postanowiłam sobie zrobić gorącą czekoladę co by to ściąganie uprzyjemnić. Zdążyłam zagotować mleko ze śmietanką, a Szkrabu znowu zaczął płakać. Nieskuteczne próby uśpienia - znowu bez cycka się nie obyło. No trudno - najwyżej następnego dnia dostanie tylko te trochę mleka, co zostało, a resztę uzupełni się czymś niemlecznym.
O 3:50 młodego obudziła przesiąknięta pieluszka. Pomyślałam, że to piękna okazja by sprawdzić, czy karmienie godzinę przed zwyczajowym czasem pobudki pozwoli nam zaczynać dzień trochę później. Niestety - od tej nieludzkiej godziny jesteśmy na nogach - po jedzeniu Szkrabu nijak nie dał się uśpić. Zasnął (i to z problemami) dopiero o 9 rano. Możliwe, że gdybyśmy po prostu uznali, że tym razem zaczynamy dzień wcześniej i działali według jakiegoś dziennego schematu (zabawa, przytulanki, kolejne karmienie) udałoby się rozpocząć drzemkę wcześniej. My natomiast od tej pobudki usilnie próbowaliśmy go uśpić - ale ciężko wymagać od człowieka by po zaledwie 3 godzinach snu i przed świtem myślał racjonalnie...
Dobrze, że akurat dzisiaj szłam do pracy na popołudnie - zdążyłam jakoś
tam się zregenerować.
Mam nadzieję, że to jednorazowy wybryk, a nie objaw rozregulowania i, że uda nam się powrócić do tego w miarę ustalonego planu dnia opisanego wczoraj.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność z bobasem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność z bobasem. Pokaż wszystkie posty
środa, 27 marca 2013
poniedziałek, 25 marca 2013
Rutinas Diarias
Zawsze byłam osobą, która błyskawicznie dostosowuję się do nowej sytuacji, czy też warunków w których dane jej było mieszkać, czy żyć. Tak było z moją ciążą - mimo, że była dla mnie zaskoczeniem przeszłam nad nią do porządku dziennego w dosłownie kilka godzin. Po ujrzeniu dwóch kresek przez moment byłam w niezłym szoku, następne minuty poświęciłam przemyśleniu co muszę w życiu zmienić. Gdy już to ustaliłam zadzwoniłam do M. by go powiadomić (byłam wtedy w Stanach - i ten jeden, jedyny raz zapomniałam o różnicach w strefach czasowych), pogadaliśmy trochę, poszłam spać, by następnego dnia obudzić się z pełną świadomością swojego stanu. Krótko po tym, gdy brzuch zaczął mi się zaokrąglać byłam już tak do niego przyzwyczajona, że nie pamiętałam, jak to jest żyć bez brzucha. Jak to jest żyć z brzuchem udało mi się zapomnieć w dosłownie dzień po porodzie. Z kolei kilka dni po powrocie do domu nie pamiętałam, jak to jest nie mieć bobasa. Teraz podobnie było z moim powrotem do pracy. Co prawda jeszcze pamiętam, jak to jest siedzieć z dzieckiem cały dzień w domu, i trochę za tym tęsknię, ale tak naprawdę wystarczył ten pierwszy tydzień bym zdążyła przyzwyczaić się do naszego nowego trybu życia. Jak więc wygląda nasz dzień?
Rozpoczyna się wcześnie. Szkrab ostatnio wstaje około 5 rano, i nijak nie daje się przekonać, że to za wcześnie. Ja jestem wtedy jeszcze zupełnie nieprzytomna i szczerze mówiąc nie do końca kojarzę, co się właściwie wtedy dzieje. Młody zjada śniadanko, przez jakiś czas leży grzecznie między nami oglądając sobie kołdrę, a następnie gdy już się znudzi zaczyna piszczeć. Ja w półśnie próbuję się z nim bawić, ale idzie mi to dosyć niemrawo i około 6:15-6:30 M. wykończony popiskiwaniem i pokrzykiwaniem wstaje i zabiera młodego na matę edukacyjną. Gdy młody baraszkuje na macie przygotowuje śniadanie. Ja dosypiam. Wstaję, gdy Szkrabowi znudzi się samodzielna zabawa na macie i zaczyna marudzić. Zjadamy śniadanie, wypijamy kawę podczas której młody ląduje dodatkowo na cycku. Wychodzę z domu o 7:30. Szkrabu jest wyraźnie smutny gdy żegnamy się w przedpokoju. Prawdopodobnie zaczyna się u niego jakiś lęk separacyjny, gdyż przez około pół godziny po moim wyjściu M. nie może mu na chwilę zniknąć z oczu - później mu się na szczęście trochę poprawia i przez krótkie momenty może zająć się sam sobą. Pierwszą drzemkę ucina sobie około 8:30 i trwa ona około godziny. Wtedy też dostaje mleko - zjada różnie - czasami 100, czasami 30ml. Następuje zabawa, spacer, jakieś wyjście do sklepu, lub do remontowanego domu. Kolejna drzemka przypada na 12-12:30 i z reguły jest krótsza - pół godziny, czasami 45 minut. Szkrabu dostaje mleko, lub gdy zje cały zapas, coś niemlecznego. Ja w domu jestem około 14:15 i niezależnie kiedy był poprzedni posiłek cała ja, oraz moje cycki witane są z dużym entuzjazmem. Do wieczora młody nadrabia kalorie, które przepadły mu podczas mojej nieobecności - wyraźnie zwiększyła nam się częstotliwość cycusiowania. Rutyny wieczorne około-bobasowe nie zmieniły się - o 19 kąpiel, masaż, kolacyjka i spać. Nie zauważyłam pogorszenia snu nocnego (ale to może dlatego, że i tak z mojej perspektywy nie jest najlepiej - młody budzi się około 11-12, a następnie 2-3 i niestety zdarza się, że po jedzeniu ma problemy zaśnięciem). Rutyny wieczorne nie-bobasowe trochę się zmieniły - zamiast błogiego leniuchowania próbuję doprowadzić mieszkanie do stanu używalności. Nie wiem, jak to się dzieje, że duet tata + syn produkują kilkakrotnie większy bałagan niż mama + syn...
Czyli podsumowując - nadal jest dobrze i okazuje się, że wiele obaw, które dręczyły mnie przed powrotem do pracy okazało się być bezpodstawne. To, co męczy mnie, to fakt, że z M. prawie się nie widujemy - jesteśmy razem rano, z tym, że ja wtedy albo jestem nieprzytomna, albo biegam po mieszkaniu równocześnie myjąc zęby, ścieląc łóżko i pakując laktator, następnie trochę w środku dnia - gdy ja karmię młodego on odgrzewa lub kończy przygotowywać obiad, który następnie naprędce zjadamy. Po obiedzie M. wychodzi do swojej pracy, a później jeszcze wpada na budowę - do domu wraca najczęściej podczas pierwszego nocnego karmienia - i ja wtedy z reguły też już jestem nieprzytomna i ciężko ze mną się dogadać. Mam nadzieję, że gdy skończymy z remontem sytuacja trochę się poprawi - co prawda ja wkrótce po tym będę pracować na pełen etat, ale za to obydwoje będziemy mogli pracować z domu - gdzie po prostu będziemy wymieniać się opieką nad bobasem.
Rozpoczyna się wcześnie. Szkrab ostatnio wstaje około 5 rano, i nijak nie daje się przekonać, że to za wcześnie. Ja jestem wtedy jeszcze zupełnie nieprzytomna i szczerze mówiąc nie do końca kojarzę, co się właściwie wtedy dzieje. Młody zjada śniadanko, przez jakiś czas leży grzecznie między nami oglądając sobie kołdrę, a następnie gdy już się znudzi zaczyna piszczeć. Ja w półśnie próbuję się z nim bawić, ale idzie mi to dosyć niemrawo i około 6:15-6:30 M. wykończony popiskiwaniem i pokrzykiwaniem wstaje i zabiera młodego na matę edukacyjną. Gdy młody baraszkuje na macie przygotowuje śniadanie. Ja dosypiam. Wstaję, gdy Szkrabowi znudzi się samodzielna zabawa na macie i zaczyna marudzić. Zjadamy śniadanie, wypijamy kawę podczas której młody ląduje dodatkowo na cycku. Wychodzę z domu o 7:30. Szkrabu jest wyraźnie smutny gdy żegnamy się w przedpokoju. Prawdopodobnie zaczyna się u niego jakiś lęk separacyjny, gdyż przez około pół godziny po moim wyjściu M. nie może mu na chwilę zniknąć z oczu - później mu się na szczęście trochę poprawia i przez krótkie momenty może zająć się sam sobą. Pierwszą drzemkę ucina sobie około 8:30 i trwa ona około godziny. Wtedy też dostaje mleko - zjada różnie - czasami 100, czasami 30ml. Następuje zabawa, spacer, jakieś wyjście do sklepu, lub do remontowanego domu. Kolejna drzemka przypada na 12-12:30 i z reguły jest krótsza - pół godziny, czasami 45 minut. Szkrabu dostaje mleko, lub gdy zje cały zapas, coś niemlecznego. Ja w domu jestem około 14:15 i niezależnie kiedy był poprzedni posiłek cała ja, oraz moje cycki witane są z dużym entuzjazmem. Do wieczora młody nadrabia kalorie, które przepadły mu podczas mojej nieobecności - wyraźnie zwiększyła nam się częstotliwość cycusiowania. Rutyny wieczorne około-bobasowe nie zmieniły się - o 19 kąpiel, masaż, kolacyjka i spać. Nie zauważyłam pogorszenia snu nocnego (ale to może dlatego, że i tak z mojej perspektywy nie jest najlepiej - młody budzi się około 11-12, a następnie 2-3 i niestety zdarza się, że po jedzeniu ma problemy zaśnięciem). Rutyny wieczorne nie-bobasowe trochę się zmieniły - zamiast błogiego leniuchowania próbuję doprowadzić mieszkanie do stanu używalności. Nie wiem, jak to się dzieje, że duet tata + syn produkują kilkakrotnie większy bałagan niż mama + syn...
Czyli podsumowując - nadal jest dobrze i okazuje się, że wiele obaw, które dręczyły mnie przed powrotem do pracy okazało się być bezpodstawne. To, co męczy mnie, to fakt, że z M. prawie się nie widujemy - jesteśmy razem rano, z tym, że ja wtedy albo jestem nieprzytomna, albo biegam po mieszkaniu równocześnie myjąc zęby, ścieląc łóżko i pakując laktator, następnie trochę w środku dnia - gdy ja karmię młodego on odgrzewa lub kończy przygotowywać obiad, który następnie naprędce zjadamy. Po obiedzie M. wychodzi do swojej pracy, a później jeszcze wpada na budowę - do domu wraca najczęściej podczas pierwszego nocnego karmienia - i ja wtedy z reguły też już jestem nieprzytomna i ciężko ze mną się dogadać. Mam nadzieję, że gdy skończymy z remontem sytuacja trochę się poprawi - co prawda ja wkrótce po tym będę pracować na pełen etat, ale za to obydwoje będziemy mogli pracować z domu - gdzie po prostu będziemy wymieniać się opieką nad bobasem.
środa, 13 marca 2013
Dzieć nie współpracuje...
Do mojego powrotu do pracy został niecały tydzień. I do końca zeszłego tygodnia byłam do tego dosyć dobrze nastawiona - rozmawiałam ze swoją managerką i udało mi się wynegocjować powrót na dokładnie takich warunkach jak chciałam, czyli w ogólnym zarysie:
Tymczasem od zeszłego tygodnia Karol je co 3h. Przez całą dobę. I co gorsza - w połowie przypadków nocnych pobudek nie daje się tak po prostu odłożyć. Już sama nie wiem, czy to ząbkowanie, skok rozwojowy, czy też po prostu tak ma, i tak będzie miał.
Ponieważ okazało się, że mimo iż jest w stanie wypić praktycznie wszystko (włącznie z probiotykami, których chyba ja bym nie przełknęła) moje rozmrożone mleko mu nie pasuje, plan był taki by kiedy ja będę w pracy karmić go mlekiem ściąganym na bieżąco. Zaplanowałam ściąganie na kolejne dni około godziny 10 wieczorem - moje cycki nie chcą idealnie współpracować z laktatorem i by ściągnąć porcję od ostatniego karmienia musi upłynąć ok 2h. 10 wieczór pasowałaby idealnie. Ale nie. Teraz po 10 jest karmienie. Następne o 1.Kolejne o 4, a następnie młode budzi się o 6, bo ta ilość mleka, którą spożywa w nocy nie mieści się w małym organizmie. Po przewinięciu rozpoczyna dzień.
Skutek tego jest taki, że ja od zeszłego piątku całe poranki wyglądam jak rasowe zombie, a cały misterny plan karmienia bez wprowadzania mleka modyfikowanego wziął w łeb. Trudno.
Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych tygodni chociaż trochę mu się poprawi bym mogła w pracy jako tako funkcjonować. Z każdym tygodniem powinno też być łatwiej jeśli chodzi o karmienie - póki co warzywa to zdecydowanie tylko zabawa, ale może stopniowo będzie ich trochę zjadał.
Gdy planowałam powrót do pracy miałam cudowną wizję tego ostatniego wspólnego tygodnia - długie spacer na słońcu, maksymalne wykorzystanie czasu, z dużą ilością przytulanek i zabawy. Tymczasem za oknem zima - do spacerów muszę się zmuszać; Szkrab z małego śmiejącego się do wszystkiego aniołka zamienił się w wiecznie niezadowolonego i ciągle na mnie pokrzykującego marudę. Nic go nie cieszy, ledwie jestem w stanie blady uśmiech wykrzesać, każda zabawa nudzi go lub męczy po 30 sekundach, a ja nie mogę go na 3 minuty zostawić samego na macie, gdyż kończy się to krzykiem. Mnie z niewyspania, stresu i tych ciągłych wrzasków boli głowa i w całej mojej historii macierzyństwa nie miałam tak bardzo wszystkiego dość.
Niech już przyjdzie ta wiosna. Może wtedy będzie lepiej.
- pierwszy miesiąc (przyajmniej) na pół etatu - korzystając z zaległego urlopu wypoczynkowego
- w miarę możliwości elastyczne godziny pracy - ostatecznie pewnie wyjdzie mniej więcej 3 dni przed południem i 2 po południu
- brak podróży zagranicznych przez najbliższe 2 miesiące
- po tym wstępnym okresie na pół etatu, gdy będziemy odkrywać co nam najbardziej pasuje - częściowa praca z domu
Tymczasem od zeszłego tygodnia Karol je co 3h. Przez całą dobę. I co gorsza - w połowie przypadków nocnych pobudek nie daje się tak po prostu odłożyć. Już sama nie wiem, czy to ząbkowanie, skok rozwojowy, czy też po prostu tak ma, i tak będzie miał.
Ponieważ okazało się, że mimo iż jest w stanie wypić praktycznie wszystko (włącznie z probiotykami, których chyba ja bym nie przełknęła) moje rozmrożone mleko mu nie pasuje, plan był taki by kiedy ja będę w pracy karmić go mlekiem ściąganym na bieżąco. Zaplanowałam ściąganie na kolejne dni około godziny 10 wieczorem - moje cycki nie chcą idealnie współpracować z laktatorem i by ściągnąć porcję od ostatniego karmienia musi upłynąć ok 2h. 10 wieczór pasowałaby idealnie. Ale nie. Teraz po 10 jest karmienie. Następne o 1.Kolejne o 4, a następnie młode budzi się o 6, bo ta ilość mleka, którą spożywa w nocy nie mieści się w małym organizmie. Po przewinięciu rozpoczyna dzień.
Skutek tego jest taki, że ja od zeszłego piątku całe poranki wyglądam jak rasowe zombie, a cały misterny plan karmienia bez wprowadzania mleka modyfikowanego wziął w łeb. Trudno.
Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych tygodni chociaż trochę mu się poprawi bym mogła w pracy jako tako funkcjonować. Z każdym tygodniem powinno też być łatwiej jeśli chodzi o karmienie - póki co warzywa to zdecydowanie tylko zabawa, ale może stopniowo będzie ich trochę zjadał.
Gdy planowałam powrót do pracy miałam cudowną wizję tego ostatniego wspólnego tygodnia - długie spacer na słońcu, maksymalne wykorzystanie czasu, z dużą ilością przytulanek i zabawy. Tymczasem za oknem zima - do spacerów muszę się zmuszać; Szkrab z małego śmiejącego się do wszystkiego aniołka zamienił się w wiecznie niezadowolonego i ciągle na mnie pokrzykującego marudę. Nic go nie cieszy, ledwie jestem w stanie blady uśmiech wykrzesać, każda zabawa nudzi go lub męczy po 30 sekundach, a ja nie mogę go na 3 minuty zostawić samego na macie, gdyż kończy się to krzykiem. Mnie z niewyspania, stresu i tych ciągłych wrzasków boli głowa i w całej mojej historii macierzyństwa nie miałam tak bardzo wszystkiego dość.
Niech już przyjdzie ta wiosna. Może wtedy będzie lepiej.
poniedziałek, 29 października 2012
Wcale nie chwalę ;)
Dni coraz krótsze, a dodatkowo po zmianie czasu zachody słońca następują wcześniej. Wcześniej więc można chwalić dzień ;)
Staram się tego nie robić, gdyż jak tylko stwierdzę, że idzie nam świetnie coś się psuje, i gdy tata wraca do domu zastaje nas oboje we łzach. Ale dzisiaj rzeczywiście mamy dobry dzień. Przez ostatnie kilka dni już zastanawiałam się, czy ktoś nam nie podmienił naszego aniołkowatego dziecka na jakiegoś diabełka. Weekend minął nam pod znakiem noszenia marudzącego (a często nawet zanoszącego się płaczem) bobasa. O ile przez pierwsze tygodnie życia dosyć często sam zasypiał ostatnio wogóle się to nie udawało i usypianie kluski trwało niesamowicie długo. Oznaczało to, że zasypiał na zaledwie moment, bo później budził go głód. To z kolei powodowało u mnie stres - ze względu na płacz młodego nie udawało mi się ściągnąć mleka na kolejny posiłek więc musieliśmy wrócić częściowo do MM (BTW - dzisiaj znowu idziemy do przychodni na ważenie by sprawdzić, czy klucha dobrze przybiera na wadze). To z kolei powodowało błędne koło złego nastroju, gdyż bobas wyczuwał, że nie jestem wystarczająco pogodna.
Ale dzisiaj znowu mamy naszego kochanego, grzecznego i pasionego tylko mlekiem matki bobasa. Poranna drzemka nadal trwa - mam posprzątane w kuchni, umytą podłogę i zrobione pranie. Ściągnięty zapas mleka i przejrzane blogi (blogi przeglądam głównie podczas pracy z laktatorem by na niego nie patrzeć).
Jest co prawda dopiero 10, ale mam nadzieję, że skoro dzień tak dobrze się zaczął dalej też będzie nieźle. A w razie czego zachód słońca już za 6 godzin :)
EDIT: Udało mi się nawet nałożyć podkład na twarz. Tak dawno go nie używałam, że trochę przyschnął. Reszty makijażu niestety nie udało się zrobić, ale i tak czuję się lepiej.
Staram się tego nie robić, gdyż jak tylko stwierdzę, że idzie nam świetnie coś się psuje, i gdy tata wraca do domu zastaje nas oboje we łzach. Ale dzisiaj rzeczywiście mamy dobry dzień. Przez ostatnie kilka dni już zastanawiałam się, czy ktoś nam nie podmienił naszego aniołkowatego dziecka na jakiegoś diabełka. Weekend minął nam pod znakiem noszenia marudzącego (a często nawet zanoszącego się płaczem) bobasa. O ile przez pierwsze tygodnie życia dosyć często sam zasypiał ostatnio wogóle się to nie udawało i usypianie kluski trwało niesamowicie długo. Oznaczało to, że zasypiał na zaledwie moment, bo później budził go głód. To z kolei powodowało u mnie stres - ze względu na płacz młodego nie udawało mi się ściągnąć mleka na kolejny posiłek więc musieliśmy wrócić częściowo do MM (BTW - dzisiaj znowu idziemy do przychodni na ważenie by sprawdzić, czy klucha dobrze przybiera na wadze). To z kolei powodowało błędne koło złego nastroju, gdyż bobas wyczuwał, że nie jestem wystarczająco pogodna.
Ale dzisiaj znowu mamy naszego kochanego, grzecznego i pasionego tylko mlekiem matki bobasa. Poranna drzemka nadal trwa - mam posprzątane w kuchni, umytą podłogę i zrobione pranie. Ściągnięty zapas mleka i przejrzane blogi (blogi przeglądam głównie podczas pracy z laktatorem by na niego nie patrzeć).
Jest co prawda dopiero 10, ale mam nadzieję, że skoro dzień tak dobrze się zaczął dalej też będzie nieźle. A w razie czego zachód słońca już za 6 godzin :)
EDIT: Udało mi się nawet nałożyć podkład na twarz. Tak dawno go nie używałam, że trochę przyschnął. Reszty makijażu niestety nie udało się zrobić, ale i tak czuję się lepiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


