poniedziałek, 25 czerwca 2012

Produkty "ratujące ciężarnym życie" ;)




Moja dieta nie zmieniła się drastycznie wraz z rozpoczęciem ciąży (wydaje mi się, że i tak odżywiałam się dosyć zdrowo). Jest jednak kilka produktów, które wprowadziłam do niej na stałe, i które naprawdę pomagają mi na przeróżne ciążowe bolączki (a właściwie - pozwalają mi ich unikać) bez uciekania się do chemii.








Pierwszym z tych produktów jest cytryna. Ponieważ zapotrzebowanie na wodę w ciąży zwiększa się (a już samo picie 2 litrów wody dziennie pozwala uniknąć/zmniejszyć uciążliwość puchnięcia nóg), natomiast ja nie przepadam za piciem samej wody (mogę wypić 2 szklanki i na więcej nie mam ochoty), dosmaczenie jej cytryną pozwala mi na przyjmowanie odpowiedniej ilości płynów. Cytryna dostarcza witaminy C, zakwasza mocz (dzięki czemu środowisko w pęcherzu nie sprzyja bakteriom), dzięki czemu możemy uniknąć infekcji dróg moczowych. Na początku ciąży piłam jeszcze na czczo wodę z cytryną i miodem - jako środek przeciw mdłościom. Mdłości nie doświadczyłam - podejrzewam, że miałam szczęście, a nie ze względu na napój, ale nie żałuję, gdyż dodatkowo letnia woda z cytryną i miodem pomaga z innymi problemami pokarmowymi - z zaparciami.



Ponieważ akurat zaparcia mi się zdarzały o tej dolegliwości przeczytałam najwięcej, i także najwięcej produktów włączyłam właśnie ze względu na nie.
Sa to m.in. suszone śliwki. Wylądowały one w szufladzie mojego biurka w pracy - podgryzam, gdy mam ochotę na coś słodkiego lub zgłodnieję, a w perspektywie nie mam innego posiłku. Piekę w ten sposób dwie pieczenie na jednym ogniu - unikam zaparć i mam naturalną przegryzkę, zastępującą słodycze.





Do pracy przyniosłam sobie także len w dwóch wersjach - lekko skruszonego siemienia lnianego oraz lnu zmielonego. Dodaję je do różych posiłków. - bardziej całe nasionka dodaję do jogurtów, zmielonym lnem posypuję sałatki i makarony. Siemię lniane jest wręcz super zdrowe - dostarcza naprawdę ogromnej ilości składników odżywczych, w tym nienasyconych kwasów tłuszczowych, obniża cholesterol, działa przeciwutleniająco. Wspomaga perystaltykę jelit, łagodzi podrażnienia układu pokarmowego. 



Żurawina - tę także spożywam w dwóch wersjach. Podstawowa to sok, który dolewam do wody. Druga to suszona żurawina, którą dorzucam do różnych dań. Tutaj uwaga - bardzo ciężko kupić porządną suszoną żurawinę - to co jest dostępne w większości sklepów, to jakaś kpina - słodkie, napuchnięte kulki, aż błyszczące od oleju i cukru. Oprócz  sklepów z żywnością ekologiczną nie widziałam żurawiny, której nie bałabym się kupić. Te pseudo- żurawiny mogą nas co najwyżej utuczyć, a ze względu na niebywałą ilośc cukru, obawiam się, że nie pełnią one swojej podstawowej funkcji - chronienia pęcherza przed infekcjami. Żurawina zakwasza mocz ale dodatkowo hamuje także przyleganie bakterii E.coli do ścian komórkowych dróg moczowych, ogranicza ich namnażanie i ułatwia wydalanie. Po pierwszym badaniu okazało się, że mam bakteriomocz, ale po leczeniu i wprowadzeniu żurawiny i większych ilości cytryny do diety problemy więcej się nie powtórzyły. 
 
Z innych drobnych zmian w mojej diecie - trochę więcej jajek (ekologicznych!) oraz jogurtów (szczególnie probiotycznych). Ostatnio dramatycznie rośnie ilość owoców (ale to pewnie u wszystkich). Póki co wszystkie wyniki w normie, a samopoczucie - naprawdę dobre :)

2 komentarze:

  1. Zgadzam się, te produkty nie dość że naturalne to jeszcze potrafią uratować biedną kobietę podczas ciążowych dolegliwości.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapomniałam do tego dodać jeszcze jeden - jabłka. Teraz pojawia się więcej owoców, więc jabłka pewnie pójdą trochę w odtstawkę (szczególnie, że ich jakość już się pogarsza), ale dzięki bogactwu pektyn i błonnika potrafią czynić cuda.

    OdpowiedzUsuń

Podobne posty