Bobas Lubi Wszystko. Tak póki co wygląda u nas BLW - każdy nowy pokarm to nowy zachwyt. Pewnie za jakiś czas wkroczymy w etap większej wybredności i dzielenia pokarmów na te lubiane i mniej lubiane, ale póki co nasz Szkrab równie entuzjastycznie podchodzi do każdego nowego jedzenia. Chociaż muszę przyznać, że na topie nadal jest marchewka.
Od początku nastawiałam się na wprowadzanie pokarmów metodą BLW i cieszę się, że rzeczywiście wprowadziliśmy to w życie. BLW pozwala nam na wspólne jedzenie posiłków, zwiększa zdolności manualne dziecka i dostarcza mnóstwo zabawy.
Przejrzałam mnóstwo wpisów na blogach dotyczących tej metody, kupiłam i przeczytałam książkę (sfinansowanej dzięki wygranej u herbaty), pytałam, drążyłam, dociekałam, wpatrywałam się w schematy żywienia niemowlaka. Wyciągnęłam wnioski i dostosowałam do nich sposób żywienia naszego malucha. Podstawą jest i przez długi czas jeszcze będzie mleko. Pokarmy stałe póki co zastępują mleczny posiłek tylko w wyjątkowych sytuacjach - gdy z jakiegoś powodu nie uda mi się ściągnąć w pracy mleka, gdy takie ściągnięte się wyleje, gdy Szkrabu ma większy apetyt podczas mojej nieobecności i konieczny jest kolejny posiłek, a w lodówce nie ma już mojego mleka. Na takie awaryjne sytuacje mamy zmagazynowane słoiczki z jedzeniem - kupne lub też z babcinej hodowli dynią. Od czasu do czasu tata Szkraba gotuje mu także kleik ryżowy lub też kaszę jaglaną.
BLW stosujemy w czasie naszego obiadu i śniadania - najczęściej około 40 minut do godziny po mlecznym posiłku. Szkrabowe śniadania są bardzo skromne - BLW najczęściej stosujemy tak naprawdę tylko po to, byśmy sami byli w spokoju zjeść i wypić kawę. Karol dostaje wtedy najczęściej kawałek jabłka, jakiegoś warzywa, skórkę od chleba. Ciut większe i bardziej urozmaicone są BLWowe obiady, ale i przy nich stosuję się raczej do schematu żywienia niemowląt - czyli Karol dostaje to, co normalnie według schematów dostawałoby 6-miesięczne niemowlę, z tym, że podajemy mu to w kawałkach, a nie w postaci papki. Czasami na jego blacie ląduje troszkę naszego obiadu, ale póki co poza schemat żywienia bardzo nie wychodzimy. W związku z tym w dużej mierze gotujemy oddzielnie dla siebie i dla Szkraba. Jednym z powodów dla których nie dzielimy się po prostu swoim obiadem z dzieckiem jest to, że my póki co jeszcze dosyć mocno solimy swoje jedzenie. Już od czasów ciąży staram się trochę sól ograniczyć i myślę, że jesteśmy już poniżej średniej krajowej jej spożycia, ale jednak jest to za dużo, jak na takiego malucha. Wiem, że większość potraw można posolić już na talerzu ale muszę przyznać, że jakoś ciężko pozbyć mi się przyzwyczajeń. Produkty obiadowe mamy takie same - jemy te same warzywa, to samo mięso, ale inaczej przyrządzone - kawałki dla Karola gotuję po prostu z innymi warzywami; czasami dorzucam jakieś delikatne zioła.
Ogólnie jestem więc dosyć ostrożna jeśli chodzi o to, co Karol w ramach BLW dostaje. Powodem jest to, że od pierwszej marchewki i brokuła Szkrabu od razu załapał, o co w tym wszystkim chodzi i nie tylko bawi się jedzeniem, ale i sporo z tego w brzuszku ląduje. Widać to w zawartości pieluszki. W tejże zawartości widać także, że jego organizm nie do końca sobie radzi z trawieniem obiadkowych produktów - z tego względu staram się nie dawać mu takich rzeczy, których dziecko w jego wieku nie dostałoby w swojej papce. Trzymam się także zasady podawania na początku warzyw i owoców krajowych i sezonowych - a niestety na przednówku ich wybór jest dosyć ograniczony. Nie mogę już doczekać się lata i mnogości rzeczy, które przyjdzie Karolowi spróbować. Bo w BLW piękne jest to, że posiłki to zabawa, oczekiwanie i przyjemność zarówno dla dziecka, jak i dla rodziców.
A jutro - BLWowy Przegląd Komórkowy (niestety od tygodnia nie mam aparatu fotograficznego).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żywienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żywienie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 9 kwietnia 2013
czwartek, 14 marca 2013
Panu już podziękujemy
Gdy byliśmy u pediatry w sprawie rozszerzania diety Karol cierpiał na biegunki. Ponieważ miał zrobione chyba wszystkie możliwe badania i nic nie wykazało choroby ostatecznie ich przyczyna została zdiagnozowana jako zupełnie naturalna - ząbkowanie, a właściwie zwiększona przez nie produkcja śliny. Pediatra zaproponowała zwalczenie natury naturą i po prostu podawanie Szkrabowi gotowanej marchewki. Ponieważ tempo wzrostu naszego malucha znacznie zwolniło zaproponowała też, że gdyby marchewka nie wystarczyła, a Szkrab nadal nie przybierał na wadze do jego diety wprowadzić Sinlac. Marchew wystarczyła i o Sinlacu zapomnieliśmy. Przypomniałam sobie o nim wczoraj gdy dyskutowaliśmy, czym właściwie karmić malucha gdy ja będę w pracy. Zaczęłam od przeczytania, czym ten Sinlac właściwie jest. Okazuje się, że to mieszanka mączki ryżowej i mączki chleba świętojańskiego wzbogacona o witaminy, mikroelementy oraz aktywne kultury bakterii. Posiada dużą wartość odżywczą, nie zawiera laktozy, glutenu, białka sojowego. Bardzo rzadko uczula i jest polecany dla dzieci zagrożonych alergią. Wielu pediatrów poleca go jako bezpieczny produkt przy wczesnym rozszerzaniu diety.
Brzmiało to wszystko dosyć dobrze, ale by mieć pewność postanowiłam przeczytać skład owego specyfiku. I co się okazuje? Oprócz wymienionych w opisie składników mamy też sacharozę. I to nie małą jej ilość - w 100g produktu cukrów jest 19.2g. Oznacza to, że w jednej porcji gotowej kaszki znajdziemy około 2 łyżeczek cukru!!!
Panu już podziękujemy. Nie rozumiem dlaczego do produktu, który ma służyć jako jeden z pierwszych w życiu dziecka dodana jest sacharoza. Nie zamierzam rozpoczynać rozszerzania diety malucha od futrowania go cukrem. Nie dziwne, że po nim dzieci przybierają na wadze. Równocześnie uzależniają się od cukrów prostych, a stąd już bardzo prosta droga do zdecydowanie niezbliansowanej diety.
Zamiast tego młody będzie dostawał kleik ryżowy, a następnie kaszkę mannę i jaglaną. Dzisiaj przygotowałam pierwszą porcję - w kubku wody mineralnej ugotowałam łyżkę ryżu (Basmanti - tylko taki akurat miałam w domu). Młode zdecydowanie zachwycone nowym jedzeniem - chyba po raz pierwszy aż tak bardzo. Zjadł całą miseczkę (czyli odpowiednik czubatej łyżki stołowej) i chyba miałby ochotę na więcej - ale ponieważ to pierwszy raz wolałam by nie zjadł za dużo. Mam nadzieję, że w kolejnych dniach będzie na kleik reagował równie pozytywnie, gdyż to powinno rozwiązać nasz problem żywienia podczas mojej nieobecności do czasu gdy młody dorośnie do jedzenia większej ilości warzyw.
Brzmiało to wszystko dosyć dobrze, ale by mieć pewność postanowiłam przeczytać skład owego specyfiku. I co się okazuje? Oprócz wymienionych w opisie składników mamy też sacharozę. I to nie małą jej ilość - w 100g produktu cukrów jest 19.2g. Oznacza to, że w jednej porcji gotowej kaszki znajdziemy około 2 łyżeczek cukru!!!
Panu już podziękujemy. Nie rozumiem dlaczego do produktu, który ma służyć jako jeden z pierwszych w życiu dziecka dodana jest sacharoza. Nie zamierzam rozpoczynać rozszerzania diety malucha od futrowania go cukrem. Nie dziwne, że po nim dzieci przybierają na wadze. Równocześnie uzależniają się od cukrów prostych, a stąd już bardzo prosta droga do zdecydowanie niezbliansowanej diety.
Zamiast tego młody będzie dostawał kleik ryżowy, a następnie kaszkę mannę i jaglaną. Dzisiaj przygotowałam pierwszą porcję - w kubku wody mineralnej ugotowałam łyżkę ryżu (Basmanti - tylko taki akurat miałam w domu). Młode zdecydowanie zachwycone nowym jedzeniem - chyba po raz pierwszy aż tak bardzo. Zjadł całą miseczkę (czyli odpowiednik czubatej łyżki stołowej) i chyba miałby ochotę na więcej - ale ponieważ to pierwszy raz wolałam by nie zjadł za dużo. Mam nadzieję, że w kolejnych dniach będzie na kleik reagował równie pozytywnie, gdyż to powinno rozwiązać nasz problem żywienia podczas mojej nieobecności do czasu gdy młody dorośnie do jedzenia większej ilości warzyw.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


