U nas dzisiaj wielka biba. Młody kończy 4 miesiące (Hurraaa!!!), ja kończę 31 lat (też w sumie Hurraaa!!! - w końcu kiedyś nie sądziłam, że ludzie żyją tak długo).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 29 stycznia 2013
czwartek, 13 grudnia 2012
Mama chodzi sama :)
Zaliczyłam pierwsze samodzielne, bezbobasowe wyjście. Nic ekscytującego - musiałam pojechać do lekarza, a mamy zepsuty samochód, więc niemogliśmy wybrać się rodzinnie. Pierwszy raz od 2 miesięcy samodzielnie przemaszerowałam ulicami prowadzącymi do stacji, zapakowałam się do SKM (która wydawała mi się tym razem naprawdę szyba) i udałam się do centrum Warszawy. Pierwszy szok - przejście podziemne między Śródmieściem a Centralnym - ile sklepów, ile ludzi ;) W jednym z butików kupiłam sobie czapkę gdyż w całym zamieszaniu przedwyjściowym zapomniałam o jakimś nakryciu głowy. Później jazda tramwajem - przez okno wyglądałam podekscytowana jak przedszkolak. Wizyta u lekarza trwała dosłownie kilka minut - gdy wyszłam z budynku nie wiedziałam co zrobić z czasem - z jednej strony apteka - kusi mnie by wejść i popytać o kilka preparatów wymienianych przez Srokę, obok Rossmann ( którego nie ma w naszej wiosce) - przypomina mi się, że kończą nam się niektóre kosmetyki, tuż obok Coffee Heaven, którego normalnie nie odwiedzam, ale tym razem żołądek, w którym nic nie było od 20 dnia poprzedniego sugeruje, że w tym miejscu możnaby coś wciągnąć), rozum podpowiada, że jak tylko przejadę 2 przystanki będę mogła wejść do Złotych Tarasów, gdzie nie tylko mam szansę coś kupić, ale skąd już będę miała blisko do pociągu. W międzyczasie przypomina mi się bobas, który pierwszy raz został sam z tatą. I włącza się kolejny strumień świadomości - kurcze, zostawiłam im tak mało mleka (od kilku dni Klusek porzucił dobry zwyczaj przesypiania nocy i budzi się kilkakrotnie dopominając się jedzenia, co ogranicza moje możliwości laktatorowania), sąsiad z wiertarką pewnie znowu szaleje i młody nie może usnąć, zapomniałam M. powiedzieć by nie smarował mu przed spacerem buzi kremem Flosleku, bo wczoraj zorientowałam się, że zawiera wodę. Decyzja - wstępuję tylko do sklepu spożywczego po coś na obiad i wracam. Szybko znajduję się z powrotem w pociągu i po 3h od wyjścia jestem już w domu. A tam - Bobas i tata zadowoleni. Mleko nie było potrzebne - Klusek nie dopominał się, i grzecznie poczekał na powrót cycków do domu. Okazuje sie, że sprawował się wzorcowo i nawet uciął sobie w międzyczasie drzemkę.
Jedyny problem to fakt, że tata nie raczył tego wykorzystać w sposób, w jaki ja bym to zrobiła. Zastałam niepościelone łóżko, niepozmywane naczynia, ubranka młodego walające się po podłodze i błoto w przedpokoju...Zaczynam się obawiać jak będzie wyglądał nasz dom, gdy ja wrócę do pracy i Karol przejdzie pod opiekę taty. Mam nadzieje, że nie będę musiała zaczynać od odgruzowania mieszkania...
Jedyny problem to fakt, że tata nie raczył tego wykorzystać w sposób, w jaki ja bym to zrobiła. Zastałam niepościelone łóżko, niepozmywane naczynia, ubranka młodego walające się po podłodze i błoto w przedpokoju...Zaczynam się obawiać jak będzie wyglądał nasz dom, gdy ja wrócę do pracy i Karol przejdzie pod opiekę taty. Mam nadzieje, że nie będę musiała zaczynać od odgruzowania mieszkania...
piątek, 23 listopada 2012
Ech, listopad
Dzisiaj jeden z tych dni, gdy Kluska potrzebuje więcej przytulania i cała jego postawa mówi - ja chcę z powrotem do środka!
Nosimy, tulimy i pocieszamy. I sami robimy się markotni - szarość za oknami nie sprzyja radosnym nastrojom. Na szczęście listopad już niedługo się kończy.
Życzę wam miłego weekendu!. Nam on minie znowu pod znakiem gości. A dzisiaj jedziemy po kanapę - może wreszcie będziemy mieli na czym gości posadzić...
Nosimy, tulimy i pocieszamy. I sami robimy się markotni - szarość za oknami nie sprzyja radosnym nastrojom. Na szczęście listopad już niedługo się kończy.
| Szaro-listpadowo - tak mija nam dzień |
| Ech mama nie przesadzaj - zdarza mi się dzisiaj też cieszyć. Tylko dlaczego założyłaś mi takiego brzydkiego pajaca??? |
| I może nie męcz mnie tym leżeniem na brzuchu to będę się częściej cieszył... |
poniedziałek, 29 października 2012
Wcale nie chwalę ;)
Dni coraz krótsze, a dodatkowo po zmianie czasu zachody słońca następują wcześniej. Wcześniej więc można chwalić dzień ;)
Staram się tego nie robić, gdyż jak tylko stwierdzę, że idzie nam świetnie coś się psuje, i gdy tata wraca do domu zastaje nas oboje we łzach. Ale dzisiaj rzeczywiście mamy dobry dzień. Przez ostatnie kilka dni już zastanawiałam się, czy ktoś nam nie podmienił naszego aniołkowatego dziecka na jakiegoś diabełka. Weekend minął nam pod znakiem noszenia marudzącego (a często nawet zanoszącego się płaczem) bobasa. O ile przez pierwsze tygodnie życia dosyć często sam zasypiał ostatnio wogóle się to nie udawało i usypianie kluski trwało niesamowicie długo. Oznaczało to, że zasypiał na zaledwie moment, bo później budził go głód. To z kolei powodowało u mnie stres - ze względu na płacz młodego nie udawało mi się ściągnąć mleka na kolejny posiłek więc musieliśmy wrócić częściowo do MM (BTW - dzisiaj znowu idziemy do przychodni na ważenie by sprawdzić, czy klucha dobrze przybiera na wadze). To z kolei powodowało błędne koło złego nastroju, gdyż bobas wyczuwał, że nie jestem wystarczająco pogodna.
Ale dzisiaj znowu mamy naszego kochanego, grzecznego i pasionego tylko mlekiem matki bobasa. Poranna drzemka nadal trwa - mam posprzątane w kuchni, umytą podłogę i zrobione pranie. Ściągnięty zapas mleka i przejrzane blogi (blogi przeglądam głównie podczas pracy z laktatorem by na niego nie patrzeć).
Jest co prawda dopiero 10, ale mam nadzieję, że skoro dzień tak dobrze się zaczął dalej też będzie nieźle. A w razie czego zachód słońca już za 6 godzin :)
EDIT: Udało mi się nawet nałożyć podkład na twarz. Tak dawno go nie używałam, że trochę przyschnął. Reszty makijażu niestety nie udało się zrobić, ale i tak czuję się lepiej.
Staram się tego nie robić, gdyż jak tylko stwierdzę, że idzie nam świetnie coś się psuje, i gdy tata wraca do domu zastaje nas oboje we łzach. Ale dzisiaj rzeczywiście mamy dobry dzień. Przez ostatnie kilka dni już zastanawiałam się, czy ktoś nam nie podmienił naszego aniołkowatego dziecka na jakiegoś diabełka. Weekend minął nam pod znakiem noszenia marudzącego (a często nawet zanoszącego się płaczem) bobasa. O ile przez pierwsze tygodnie życia dosyć często sam zasypiał ostatnio wogóle się to nie udawało i usypianie kluski trwało niesamowicie długo. Oznaczało to, że zasypiał na zaledwie moment, bo później budził go głód. To z kolei powodowało u mnie stres - ze względu na płacz młodego nie udawało mi się ściągnąć mleka na kolejny posiłek więc musieliśmy wrócić częściowo do MM (BTW - dzisiaj znowu idziemy do przychodni na ważenie by sprawdzić, czy klucha dobrze przybiera na wadze). To z kolei powodowało błędne koło złego nastroju, gdyż bobas wyczuwał, że nie jestem wystarczająco pogodna.
Ale dzisiaj znowu mamy naszego kochanego, grzecznego i pasionego tylko mlekiem matki bobasa. Poranna drzemka nadal trwa - mam posprzątane w kuchni, umytą podłogę i zrobione pranie. Ściągnięty zapas mleka i przejrzane blogi (blogi przeglądam głównie podczas pracy z laktatorem by na niego nie patrzeć).
Jest co prawda dopiero 10, ale mam nadzieję, że skoro dzień tak dobrze się zaczął dalej też będzie nieźle. A w razie czego zachód słońca już za 6 godzin :)
EDIT: Udało mi się nawet nałożyć podkład na twarz. Tak dawno go nie używałam, że trochę przyschnął. Reszty makijażu niestety nie udało się zrobić, ale i tak czuję się lepiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




