Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mleko modyfikowane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mleko modyfikowane. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 marca 2013

Czy mamy terror laktacyjny? Czy nachalną promocję mm?

Czy dzisiejszy dzień sponsoruje wsadzanie kija w mrowisko? Nie - dzisiejszy dzień sponsoruje budowanie mostów.
O "terrorze laktacyjnym" i promocji mleka modyfikowanego myślałam sporo. Zastanawiałam się, dlaczego jedni terror widzą, a inni wręcz przeciwnie - skupiają się na tym, że matki karmiące piersią (a szczególnie matki karmiące długo) są dyskryminowane, uważane przez otoczenie za nienowoczesne albo folgujące fanaberiom, a reklamy mleka modyfikowanego są wszędzie i każdy jest nimi bombardowany? Skąd biorą się tak odmienne opinie na temat karmienia piersią i jego promowania?
Zacznę od truizmu - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (a właściwie karmienia). Mam to szczęście w nieszczęściu, że dane mi było doświadczyć pobytu po obu stronach mlecznej barykady i dzięki temu łatwiej mi o wypośrodkowaną perspektywę na sposób karmienia. W czasie tych tygodni, gdy walczyłam o rozkręcenie laktacji, gdy  padałam ze zmęczenia, gdy coraz trudniej było mi uwierzyć, że to kiedykolwiek się uda wiele godzin poświęciłam na czytanie o żywieniu niemowląt. Czytałam o zaletach karmienia piersią i studiowałam uważnie wyniki badań, aby z jednej strony się zmotywować, a z drugiej - w razie czego usprawiedliwić niepowodzenie (może napiszę o tym jeszcze kiedyś posta - niestety bardzo wiele badań dotyczących żywienia dzieci jest niepoprawna metodologicznie). I wiele razy miałam ochotę "rzucić to wszystko w cholerę", podać maluchowi pełną butelkę mleka modyfikowanego, przestać męczyć i siebie i dziecko i dać nam się wszystkim wyspać. Było mi ciężko. Bardzo ciężko. Do tego wszystkiego dochodziło ogromne poczucie winy, którego mimo prób racjonalizacji nie udawało mi się pokonać - może nie w tak ztrywializowany sposób, ale po głowie chodziły mi myśli typu: "co ze mną jest nie tak, skoro nie potrafię wykarmić dziecka", "dlaczego przez tyle tygodni nie udaje nam się zgrać i rozkręcić laktacji". A w tym czasie zewsząd, ale to zewsząd napływały informacje o tym, jakie to karmienie piersią jest wspaniałe. Jakie łatwe. Jakie wygodne. Jak buduje więź. Wtedy karmienie piersią nie było dla mnie ani łatwe (za każdym razem była to walka o kolejną minutę aktywnego ssania przez malucha; ze względu na ilość godzin poświęconych dziennie karmieniu sutki były tkliwe, a ponieważ laktacja nie była odpowiednio stymulowana i pokarmu było za mało, dziecko często mi się przy piersi złościło, szarpiąc ją niezbyt delikatnie), wygodne (nie mogłam wyjść z domu na dłużej niż godzinę, gdyż moje nie-aktywnie ssące dziecko potrzebowało na posiłek 1.5 h po to tylko by po chwilowej aktywności i krótkiej drzemce zażądać kolejnego posiłku), ani tak naprawdę nie budowało więzi (było to raczej frustrujące - dużo lepiej czuliśmy się razem przytulając, czy też podczas noszenia w chuście niż podczas cycowych sesji). Czułam się wręcz osaczona - na blogach notki o tym jak matkom wspaniale z cycusiowaniem, wizyta u lekarza zaczynała się od pytania "ale chyba Pani karmi?" po którym następował taki grymas, że bardzo się cieszyłam, że mimo wszystko mogłam powiedzieć "tak", jakiejkolwiek gazety poświęconej dzieciom bym nie otworzyła - wszędzie widziałam propagowanie karmienia piersią - i to takie, gdzie podawane są same zalety (niektóre nie znajdujące oparcia w żadnych badaniach), a gdzie ani troszkę nie wspomina się, że karmienie może być trudne,  że nie wszystko zawsze idzie idealnie, gdzie nie podaje się informacji co zrobić, jeśli jakiekolwiek kłopoty się pojawią i do kogo się wtedy zgłosić. Czy widziałam to jako terror laktacyjny? Nie - ale ja od początku byłam nastawiona na karmienie piersią i  bardzo mi na tym zależało. To co mi doskwierało to fakt jak płytka jest promocja karmienia piersią. Ale doskonale rozumiem, jak to mogło wyglądać z perspektywy matki karmiącej mlekiem modyfikowanym - z wyboru, czy też konieczności. Nie da się ukryć - podając mleko modyfikowane noworodkowi kobieta naraża się na krytykę, zdziwione spojrzenia, zarzuty o wygodnictwo (w przypadku matek, które po prostu zdecydowały, że nie chcą karmić piersią), brak wytrwałości i niewystarczające starania (w przypadku matek, które chciały karmić piersią, ale im się nie udało). Są też często dyskryminowane w szpitalach lub lekceważąco traktowane przez niektórych pediatrów.

W chwili obecnej myślę, że można mnie zakwalifikować do laktoświrusek czy też cyckoholiczek. Nie wyobrażam sobie innego sposobu karmienia niemowlaka, a wizja rychłego zastąpienia jednego posiłku produktami niemlecznymi powoduje u mnie jakiś nieracjonalny skurcz serca  i ściskanie w dołku. I jakoś już nie rzucają mi się w oczy artykuły promujące karmienie piersią, już nie widzę tak bardzo dyskryminacji matek karmiących mlekiem modyfikowanym. Częściej wyłapuję historyjki o lekarzach bezmyślnie wciskających mleko modyfikowane jako lek na wszystkie niemowlęce bolączki - problemy ze snem, kolki, wysypkę; na blogach raczej widzę mrożące krew w żyłach opowieści o szpitalnych położnych zarzucających świeżo upieczonym matkom, że głodzą swe dzieci, a równocześnie stanowczo odmawiające pomocy z prawidłowym przystawianiem, krwawiącymi brodawkami, niedostatkiem pokarmu. Pediatrów i położne, które na każde kwilenie dziecka krzyczą chórem: "dokarmiać!".  Dookoła siebie widzę brak tolerancji dla matek długo karmiących piersią, fatalny stan pokoików do karmienia w miejscach publicznych, pediatrów, którzy twierdzą, że mleko po 6 miesiącu życia nie ma dla dziecka wartości, pracodawców, którzy nie chcą respektować praw matek karmiących piersią.
I gdy zaczyna mnie to irytować przypominam sobie, że ledwie kilka miesięcy temu inne rzeczy dotyczące karmienia mnie irytowały i oburzały. I wtedy emocje trochę słabną i udaje mi się odzyskać równowagę i spojrzeć na ten temat tak jak trzeba - neutralnie. Nie, nie mamy terroru laktacyjnego, i nie - nie jest tak, że karmienie piersią jest według wszystkich passe i promocja mleka modyfikowanego jest wszędobylska i zbyt nachalna. To tylko nasze wyobrażenia i perspektywa wynikająca z tego, że dzieci są dla nas ważne i chcemy dla nich jak najlepiej - bronimy więc obranego przez nas kursu i jesteśmy bardziej wrażliwe na jego krytykę, łatwiej też wyłapujemy artykuły i komentarze niezgodne z naszymi przekonaniami.

Cóż więc pozostaje poradzić - karmmy nasze dzieci jak chcemy i po prostu nie przejmujmy się opiniami innych. Bo - znowu truizm - szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko.

piątek, 21 grudnia 2012

O mlecznej ewangelizacji, doradztwie i ocenianiu innych

Dwa tygodnie temu byłej żonie mojego brata ciotecznego, urodził się maluszek. Z dziewczyną nie utrzymywałabym kontaktów, gdyby nie to, że mają z moim bratem córkę. Ostatnio gdy odwiedziła mnie moja własna siostra, która mieszka niedaleko rzeczonej dziewczyny zapytałam ją, co u niej słychać, czy wszystko w porządku, jak radzi sobie z dzieckiem i czego potrzebuje (mam sporo rzeczy, z których Karol już wyrósł - część z nich nigdy nie używanych). Okazuje się, że szczęśliwie trafił jej się dzieciak o regularnym trybie życia i do tego raczej spokojny. Dobrze - domyślam się jak ciężko byłoby samotnej matce opiekować się trudnym dzieckiem. Siostra dodała, że maluch potrafi ładnie naprawdę długo spać, co pozwala Monice spokojnie wyjść załatwiać swoje sprawy. I tu zapaliła mi się po raz pierwszy czerwona lampka - zostawiać 2 tygodniowe dziecko pod opieką 11-latki?
Zapytałam się o karmienie - i tu druga lampka - Monika ma za mało pokarmu i stopniowo przechodzi na mleko modyfikowane. Moja pierwsza myśl "g... prawda - po prostu za rzadko go karmi". Poczułam autentyczne oburzenie. Kurcze, przecież to wcześniak (urodził się na przełomie 36 i 37 tygodnia), jak można tak go traktować - pozwalać by omijał swoje posiłki i w zamian podawać mu MM. Druga myśl - jak łatwo przyszła mi ocenienie i to negatywnie tej dziewczyny. Od razu założyłam, że konieczność dokarmiania to jej wina, i że robi źle. I robi to osoba, która niecały miesiąc temu sama przestała dokarmiać swoje dziecko, i która z tytułu problemów z laktacją wylała mnóstwo łez. Wtedy świadomość, że jestem oceniana negatywnie na 100% by mi nie pomogła.
Kolejna myśl - trzeba do niej natychmiast jechać wyjaśnić jak działa laktacja i jak ma ją rozkręcić.
I tę moją myśl wyłapał chyba M. i rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie. Przedyskutowaliśmy wtedy sprawę - i uświadomiłam sobie, że zamierzałam zrobić to, co mnie trochę irytowało - ewangelizować i przekonywać do jedynej słusznej racji czyli KP. Może w jej przypadku MM jest lepszym wyjściem? Po pierwsze ma córkę, która ma problemy w szkole, i której należy się sporo uwagi. Dzięki MM maluch będzie dłużej spał i lepiej przesypiał noce - dzięki temu dziewczynka będzie miała większe szanse na wysypianie się i spokojne odrabianie lekcji. Po drugie - nie sądzę by Monika powstrzymała się całkowicie od picia alkoholu. Nie podejrzewam jej o jakieś większe wybryki, ale obawiam się, że jakieś piwo od czasu do czasu wypije. Jestem też prawie pewna, że pali papierosy - gdy odwiedzałam ją jakiś miesiąc temu wyczaiłam popielniczkę na zewnętrznym parapecie w łazience. Może się okazać, że jej mleko wcale nie będzie takie zdrowe dla dziecka. Po trzecie - rzeczywiście może jej być ciężko samej - nie jest to co prawda usprawiedliwienie, gdyż mnóstwo samotnych matek radzi sobie doskonale karmiąc piersią - ale mimo wszystko możliwość zostawienia dziecka pod czyjąś opieką (byleby to była raczej jej matka, niż 11 letnia córka) jest ułatwieniem.
Rozkręcenie laktacji wymaga poświęceń. Jest to pot, łzy i jeśli problemem jest nieprawidłowe przystawianie - także krew. Mi się udało, gdyż oprócz tego, że cechuje mnie upór, wierzyłam, że warto o KP walczyć, umiem czytać ze zrozumieniem, miałam ogromne wsparcie - w domu i w świecie wirtualnym. Możliwe, że bez takiego wsparcia ten trud i tak okazałby się być daremnym...
W związku z tym ostatecznie jutro jedziemy do niej by zorientować się, czy jest nastawiona na KP i wtedy jej doradzać jak zwiększyć produkcję mleka, czy też chce karmić mlekiem modyfikowanym i stopniowo na nie przejść - i wtedy uszanować ten wybór, bo może w jej kontekście rodzinnym jest on lepszy...

czwartek, 18 października 2012

Chudzinka :(

Byliśmy dzisiaj u pediatry i okazało się, że bobas nie odzyskał wagi urodzeniowej. Ba - gorzej - waży tyle, co przy wypisie ze szpitala :(
Pani pediatra stwierdziła, że dawno nie miała takiego przypadku, i że sprawa jest poważna - młody ma już 20 dni i zdecydowanie jego waga powinna być wyższa. Dostaliśmy przykazanie dokarmiania butelką po każdym karmieniu piersią. Sprawa jest o tyle dziwna, że bobas produkuje przepisową ilość kup i moczy tyle pieluszek ile powinien. Dodatkowo jest w stanie przespać spokojnie 4 h - nic więc, oprócz wagi nie wskazuje na niedożywienie i odwodnienie. Skóra jest w dobrej kondycji, ciemiączko niezapadnięte. Mamy zważyć go ponownie w sobotę i zobaczyć, czy po intensywnym dokarmianiu waga wzrasta. Jeśli nie - mamy zgłosić się na izbę przyjęć szpitala na Niekłańskiej celem zrobienia badań - możliwe, że to jakieś zaburzenia metabolizmu :(
Zobaczymy.
Póki co, po powrocie do domu młody dostał dwa cyce i 60ml mieszanki NAN 1. Zjadł całą, co wskazuje, że rzeczywiście pokarmu może być za mało.
Jutro zgłaszam się do poradni laktacyjnej by sprawdzić, czy jeśli chodzi o karmienie piersią wszystko robię jak należy i co w razie czego trzeba poprawić.
Okropne uczucie wiedzieć, że głodziło się dziecko i, że nie jest mu się w stanie zapewnić odpowiedniej ilości pokarmu...
Podobne posty
Suwaczek z babyboom.pl
Suwaczek z babyboom.pl