Zdecydowanie rozwija się nam to nasze dziecię. Ostatnio wkroczyło w etap intensywnego badania świata - zdaje się, że odkrył, że rzeczy zbudowane są z różnych materiałów i substancji i zaczyna ich właściwości badać. Rozciąga sprawdzając elastyczność, ściska testując ściśliwość, zgniata badając kruchość, zrzuca ze stołu testując prawo powszechnego ciążenia. Bada zabawki, jedzenie, przedmioty codziennego użytku, troszeczkę swoje ciało (ostatnio na topie są paluchy u nóg). Testy nie omijają także moich cycków. Szkrab postanowił najwyraźniej sprawdzić czy taki np. sutek nadaje się na naciąg do procy. Ściska go mocno i ciągnie głowę do tyłu. Wydaje mi się, że efekt testów jest pozytywny i tylko cieszę się, że dzieć jeszcze zupełnie niemobilny jest i po patyk do procy póki co nie pójdzie. Młody testuje też jak wytrzymałe są cycki w przypadku krótkich, ale za to silnych szarpnięć - to chyba po to by sprawdzić, czy materiał z którego zrobiony jest sutek nadawałby się jako linka holownicza. Chyba za głośno mówiliśmy przy Szkrabie o gumie do żucia, bo w takim kontekście też próbuje używać moich brodawek.
Biedne te moje cycki. Oj, biedne.Skutkiem Szkrabowych eksperymentów lewa pierś nabawiła się pęcherzyka. Przystawianie młodego przypomina bardzo to, co działo się w pierwszych tygodniach naszej przygody z karmieniem. Zaciskam powieki, przed oczami wirują mi gwiazdy i mam wrażenie, że ktoś w pierś mi wbija tysiące igiełek. Po chwili jest już lepiej i mogę ostrożnie otworzyć oczy. Aby osłodzić mi trochę ból bycia obiektem eksperymentów naukowych po każdym takim doświadczeniu Szkrab promiennie się do mnie uśmiecha. Szczwana bestia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmienie piersią. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmienie piersią. Pokaż wszystkie posty
piątek, 15 marca 2013
piątek, 8 marca 2013
Czy mamy terror laktacyjny? Czy nachalną promocję mm?
Czy dzisiejszy dzień sponsoruje wsadzanie kija w mrowisko? Nie - dzisiejszy dzień sponsoruje budowanie mostów.
O "terrorze laktacyjnym" i promocji mleka modyfikowanego myślałam sporo. Zastanawiałam się, dlaczego jedni terror widzą, a inni wręcz przeciwnie - skupiają się na tym, że matki karmiące piersią (a szczególnie matki karmiące długo) są dyskryminowane, uważane przez otoczenie za nienowoczesne albo folgujące fanaberiom, a reklamy mleka modyfikowanego są wszędzie i każdy jest nimi bombardowany? Skąd biorą się tak odmienne opinie na temat karmienia piersią i jego promowania?
Zacznę od truizmu - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (a właściwie karmienia). Mam to szczęście w nieszczęściu, że dane mi było doświadczyć pobytu po obu stronach mlecznej barykady i dzięki temu łatwiej mi o wypośrodkowaną perspektywę na sposób karmienia. W czasie tych tygodni, gdy walczyłam o rozkręcenie laktacji, gdy padałam ze zmęczenia, gdy coraz trudniej było mi uwierzyć, że to kiedykolwiek się uda wiele godzin poświęciłam na czytanie o żywieniu niemowląt. Czytałam o zaletach karmienia piersią i studiowałam uważnie wyniki badań, aby z jednej strony się zmotywować, a z drugiej - w razie czego usprawiedliwić niepowodzenie (może napiszę o tym jeszcze kiedyś posta - niestety bardzo wiele badań dotyczących żywienia dzieci jest niepoprawna metodologicznie). I wiele razy miałam ochotę "rzucić to wszystko w cholerę", podać maluchowi pełną butelkę mleka modyfikowanego, przestać męczyć i siebie i dziecko i dać nam się wszystkim wyspać. Było mi ciężko. Bardzo ciężko. Do tego wszystkiego dochodziło ogromne poczucie winy, którego mimo prób racjonalizacji nie udawało mi się pokonać - może nie w tak ztrywializowany sposób, ale po głowie chodziły mi myśli typu: "co ze mną jest nie tak, skoro nie potrafię wykarmić dziecka", "dlaczego przez tyle tygodni nie udaje nam się zgrać i rozkręcić laktacji". A w tym czasie zewsząd, ale to zewsząd napływały informacje o tym, jakie to karmienie piersią jest wspaniałe. Jakie łatwe. Jakie wygodne. Jak buduje więź. Wtedy karmienie piersią nie było dla mnie ani łatwe (za każdym razem była to walka o kolejną minutę aktywnego ssania przez malucha; ze względu na ilość godzin poświęconych dziennie karmieniu sutki były tkliwe, a ponieważ laktacja nie była odpowiednio stymulowana i pokarmu było za mało, dziecko często mi się przy piersi złościło, szarpiąc ją niezbyt delikatnie), wygodne (nie mogłam wyjść z domu na dłużej niż godzinę, gdyż moje nie-aktywnie ssące dziecko potrzebowało na posiłek 1.5 h po to tylko by po chwilowej aktywności i krótkiej drzemce zażądać kolejnego posiłku), ani tak naprawdę nie budowało więzi (było to raczej frustrujące - dużo lepiej czuliśmy się razem przytulając, czy też podczas noszenia w chuście niż podczas cycowych sesji). Czułam się wręcz osaczona - na blogach notki o tym jak matkom wspaniale z cycusiowaniem, wizyta u lekarza zaczynała się od pytania "ale chyba Pani karmi?" po którym następował taki grymas, że bardzo się cieszyłam, że mimo wszystko mogłam powiedzieć "tak", jakiejkolwiek gazety poświęconej dzieciom bym nie otworzyła - wszędzie widziałam propagowanie karmienia piersią - i to takie, gdzie podawane są same zalety (niektóre nie znajdujące oparcia w żadnych badaniach), a gdzie ani troszkę nie wspomina się, że karmienie może być trudne, że nie wszystko zawsze idzie idealnie, gdzie nie podaje się informacji co zrobić, jeśli jakiekolwiek kłopoty się pojawią i do kogo się wtedy zgłosić. Czy widziałam to jako terror laktacyjny? Nie - ale ja od początku byłam nastawiona na karmienie piersią i bardzo mi na tym zależało. To co mi doskwierało to fakt jak płytka jest promocja karmienia piersią. Ale doskonale rozumiem, jak to mogło wyglądać z perspektywy matki karmiącej mlekiem modyfikowanym - z wyboru, czy też konieczności. Nie da się ukryć - podając mleko modyfikowane noworodkowi kobieta naraża się na krytykę, zdziwione spojrzenia, zarzuty o wygodnictwo (w przypadku matek, które po prostu zdecydowały, że nie chcą karmić piersią), brak wytrwałości i niewystarczające starania (w przypadku matek, które chciały karmić piersią, ale im się nie udało). Są też często dyskryminowane w szpitalach lub lekceważąco traktowane przez niektórych pediatrów.
W chwili obecnej myślę, że można mnie zakwalifikować do laktoświrusek czy też cyckoholiczek. Nie wyobrażam sobie innego sposobu karmienia niemowlaka, a wizja rychłego zastąpienia jednego posiłku produktami niemlecznymi powoduje u mnie jakiś nieracjonalny skurcz serca i ściskanie w dołku. I jakoś już nie rzucają mi się w oczy artykuły promujące karmienie piersią, już nie widzę tak bardzo dyskryminacji matek karmiących mlekiem modyfikowanym. Częściej wyłapuję historyjki o lekarzach bezmyślnie wciskających mleko modyfikowane jako lek na wszystkie niemowlęce bolączki - problemy ze snem, kolki, wysypkę; na blogach raczej widzę mrożące krew w żyłach opowieści o szpitalnych położnych zarzucających świeżo upieczonym matkom, że głodzą swe dzieci, a równocześnie stanowczo odmawiające pomocy z prawidłowym przystawianiem, krwawiącymi brodawkami, niedostatkiem pokarmu. Pediatrów i położne, które na każde kwilenie dziecka krzyczą chórem: "dokarmiać!". Dookoła siebie widzę brak tolerancji dla matek długo karmiących piersią, fatalny stan pokoików do karmienia w miejscach publicznych, pediatrów, którzy twierdzą, że mleko po 6 miesiącu życia nie ma dla dziecka wartości, pracodawców, którzy nie chcą respektować praw matek karmiących piersią.
I gdy zaczyna mnie to irytować przypominam sobie, że ledwie kilka miesięcy temu inne rzeczy dotyczące karmienia mnie irytowały i oburzały. I wtedy emocje trochę słabną i udaje mi się odzyskać równowagę i spojrzeć na ten temat tak jak trzeba - neutralnie. Nie, nie mamy terroru laktacyjnego, i nie - nie jest tak, że karmienie piersią jest według wszystkich passe i promocja mleka modyfikowanego jest wszędobylska i zbyt nachalna. To tylko nasze wyobrażenia i perspektywa wynikająca z tego, że dzieci są dla nas ważne i chcemy dla nich jak najlepiej - bronimy więc obranego przez nas kursu i jesteśmy bardziej wrażliwe na jego krytykę, łatwiej też wyłapujemy artykuły i komentarze niezgodne z naszymi przekonaniami.
Cóż więc pozostaje poradzić - karmmy nasze dzieci jak chcemy i po prostu nie przejmujmy się opiniami innych. Bo - znowu truizm - szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko.
O "terrorze laktacyjnym" i promocji mleka modyfikowanego myślałam sporo. Zastanawiałam się, dlaczego jedni terror widzą, a inni wręcz przeciwnie - skupiają się na tym, że matki karmiące piersią (a szczególnie matki karmiące długo) są dyskryminowane, uważane przez otoczenie za nienowoczesne albo folgujące fanaberiom, a reklamy mleka modyfikowanego są wszędzie i każdy jest nimi bombardowany? Skąd biorą się tak odmienne opinie na temat karmienia piersią i jego promowania?
Zacznę od truizmu - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (a właściwie karmienia). Mam to szczęście w nieszczęściu, że dane mi było doświadczyć pobytu po obu stronach mlecznej barykady i dzięki temu łatwiej mi o wypośrodkowaną perspektywę na sposób karmienia. W czasie tych tygodni, gdy walczyłam o rozkręcenie laktacji, gdy padałam ze zmęczenia, gdy coraz trudniej było mi uwierzyć, że to kiedykolwiek się uda wiele godzin poświęciłam na czytanie o żywieniu niemowląt. Czytałam o zaletach karmienia piersią i studiowałam uważnie wyniki badań, aby z jednej strony się zmotywować, a z drugiej - w razie czego usprawiedliwić niepowodzenie (może napiszę o tym jeszcze kiedyś posta - niestety bardzo wiele badań dotyczących żywienia dzieci jest niepoprawna metodologicznie). I wiele razy miałam ochotę "rzucić to wszystko w cholerę", podać maluchowi pełną butelkę mleka modyfikowanego, przestać męczyć i siebie i dziecko i dać nam się wszystkim wyspać. Było mi ciężko. Bardzo ciężko. Do tego wszystkiego dochodziło ogromne poczucie winy, którego mimo prób racjonalizacji nie udawało mi się pokonać - może nie w tak ztrywializowany sposób, ale po głowie chodziły mi myśli typu: "co ze mną jest nie tak, skoro nie potrafię wykarmić dziecka", "dlaczego przez tyle tygodni nie udaje nam się zgrać i rozkręcić laktacji". A w tym czasie zewsząd, ale to zewsząd napływały informacje o tym, jakie to karmienie piersią jest wspaniałe. Jakie łatwe. Jakie wygodne. Jak buduje więź. Wtedy karmienie piersią nie było dla mnie ani łatwe (za każdym razem była to walka o kolejną minutę aktywnego ssania przez malucha; ze względu na ilość godzin poświęconych dziennie karmieniu sutki były tkliwe, a ponieważ laktacja nie była odpowiednio stymulowana i pokarmu było za mało, dziecko często mi się przy piersi złościło, szarpiąc ją niezbyt delikatnie), wygodne (nie mogłam wyjść z domu na dłużej niż godzinę, gdyż moje nie-aktywnie ssące dziecko potrzebowało na posiłek 1.5 h po to tylko by po chwilowej aktywności i krótkiej drzemce zażądać kolejnego posiłku), ani tak naprawdę nie budowało więzi (było to raczej frustrujące - dużo lepiej czuliśmy się razem przytulając, czy też podczas noszenia w chuście niż podczas cycowych sesji). Czułam się wręcz osaczona - na blogach notki o tym jak matkom wspaniale z cycusiowaniem, wizyta u lekarza zaczynała się od pytania "ale chyba Pani karmi?" po którym następował taki grymas, że bardzo się cieszyłam, że mimo wszystko mogłam powiedzieć "tak", jakiejkolwiek gazety poświęconej dzieciom bym nie otworzyła - wszędzie widziałam propagowanie karmienia piersią - i to takie, gdzie podawane są same zalety (niektóre nie znajdujące oparcia w żadnych badaniach), a gdzie ani troszkę nie wspomina się, że karmienie może być trudne, że nie wszystko zawsze idzie idealnie, gdzie nie podaje się informacji co zrobić, jeśli jakiekolwiek kłopoty się pojawią i do kogo się wtedy zgłosić. Czy widziałam to jako terror laktacyjny? Nie - ale ja od początku byłam nastawiona na karmienie piersią i bardzo mi na tym zależało. To co mi doskwierało to fakt jak płytka jest promocja karmienia piersią. Ale doskonale rozumiem, jak to mogło wyglądać z perspektywy matki karmiącej mlekiem modyfikowanym - z wyboru, czy też konieczności. Nie da się ukryć - podając mleko modyfikowane noworodkowi kobieta naraża się na krytykę, zdziwione spojrzenia, zarzuty o wygodnictwo (w przypadku matek, które po prostu zdecydowały, że nie chcą karmić piersią), brak wytrwałości i niewystarczające starania (w przypadku matek, które chciały karmić piersią, ale im się nie udało). Są też często dyskryminowane w szpitalach lub lekceważąco traktowane przez niektórych pediatrów.
W chwili obecnej myślę, że można mnie zakwalifikować do laktoświrusek czy też cyckoholiczek. Nie wyobrażam sobie innego sposobu karmienia niemowlaka, a wizja rychłego zastąpienia jednego posiłku produktami niemlecznymi powoduje u mnie jakiś nieracjonalny skurcz serca i ściskanie w dołku. I jakoś już nie rzucają mi się w oczy artykuły promujące karmienie piersią, już nie widzę tak bardzo dyskryminacji matek karmiących mlekiem modyfikowanym. Częściej wyłapuję historyjki o lekarzach bezmyślnie wciskających mleko modyfikowane jako lek na wszystkie niemowlęce bolączki - problemy ze snem, kolki, wysypkę; na blogach raczej widzę mrożące krew w żyłach opowieści o szpitalnych położnych zarzucających świeżo upieczonym matkom, że głodzą swe dzieci, a równocześnie stanowczo odmawiające pomocy z prawidłowym przystawianiem, krwawiącymi brodawkami, niedostatkiem pokarmu. Pediatrów i położne, które na każde kwilenie dziecka krzyczą chórem: "dokarmiać!". Dookoła siebie widzę brak tolerancji dla matek długo karmiących piersią, fatalny stan pokoików do karmienia w miejscach publicznych, pediatrów, którzy twierdzą, że mleko po 6 miesiącu życia nie ma dla dziecka wartości, pracodawców, którzy nie chcą respektować praw matek karmiących piersią.
I gdy zaczyna mnie to irytować przypominam sobie, że ledwie kilka miesięcy temu inne rzeczy dotyczące karmienia mnie irytowały i oburzały. I wtedy emocje trochę słabną i udaje mi się odzyskać równowagę i spojrzeć na ten temat tak jak trzeba - neutralnie. Nie, nie mamy terroru laktacyjnego, i nie - nie jest tak, że karmienie piersią jest według wszystkich passe i promocja mleka modyfikowanego jest wszędobylska i zbyt nachalna. To tylko nasze wyobrażenia i perspektywa wynikająca z tego, że dzieci są dla nas ważne i chcemy dla nich jak najlepiej - bronimy więc obranego przez nas kursu i jesteśmy bardziej wrażliwe na jego krytykę, łatwiej też wyłapujemy artykuły i komentarze niezgodne z naszymi przekonaniami.
Cóż więc pozostaje poradzić - karmmy nasze dzieci jak chcemy i po prostu nie przejmujmy się opiniami innych. Bo - znowu truizm - szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko.
sobota, 29 grudnia 2012
Biedne te cycki - tym razem zator
Miałam sobie zrobić przerwę od bloga do Nowego Roku, ale dzisiaj na poprawę humoru postanowiłam sama dobie dać dyspensę.
Wygląda na to, że z Mamą Łucji idziemy łeb w łeb jeśli chodzi o problemy z piersiami i karmieniem. Powinnam była się spodziewać, że skoro od dłuższego czasu z cyckami u nas spokój i wszyscy czworo (ja, 2 cycki i szkrab) się dogadujemy, a na Łucjowym blogu pojawił się wpis o zastoju/zapaleniu piersi coś podobnego czeka i nas. Wczoraj na prawej piersi wyczułam od spodu duże zgrubienie. Oględziny w lustrze (zaczerwienienie w miejscu zgrubienia) potwierdziły wstępną samodzielną diagnozę - zatkany kanał mleczny. Na szczęście nie boli i nie mam objawów ogólnych (podwyższona temperatura, ogólne złe samopoczucie) ale i tak pozostaje stres, czy nie rozwinie się to w coś poważniejszego. Od wczoraj jestem więc marudna i łatwo wytrącić mnie z równowagi. Robię naprzemienne ciepłe i zimne okłady (ciepłe przed, a zimne po karmieniu), Dumny Tata został zatrudniony do masażu (na pierwszą propozycję przystąpił z ochotą, ale potem skonstatował, że taki leczniczy masaż, to jednak nie to ;)), po każdym karmieniu uruchamiam dodatkowo laktator. Póki co poprawy brak.
Zator zupełnie mnie zaskoczył - w ostatnich dniach szkrab był przy cycu jeszcze częściej niż zwykle - tuż przed świętami miał chyba skok wzrostu, gdyż przez trzy dni mieliśmy ewidentne skumulowane karmienia - i to, czego nie lubię, a z czym mam wprawę - maratony cyckowe z żąglowaniem (podawanie kolejnych i kolejnych piersi wygłodniałemu maluszkowi - tak między innym spędzilam Wigilię...). Święta zniósł tak sobie - wyraźnie dokuczał mu nadmiar wrażeń, co z kolei także powodowało, że pierś była podawana trochę częściej niż zwykle (teraz z perspektywy czasu wydaje mi się, że reagowaliśmy przedwcześnie i tak naprawdę cyc był podawany jako knebel, a nie dlatego, że młody był głodny). Prawdopodobnie wyhodowałam sobie nieduży nawał, dla którego nasza 5 godzinna nocna przerwa w karmieniu była za długa. Inna hipoteza jest taka, że po prostu oberwałam od młodego w cycka - ostatnio odkrył jakie cuda można wyczyniać nogami i wierzga nimi przy każdej okazji - niejednokrotnie finał takiego gwałtownego ruchu nogą jest na nas - biedny Dumny Tata jest regularnie kopany przy przewijaniu.
Dodatkowo pluję sobie w brodę, za nadmierne edukowanie Dumnego Taty w sprawach cyckowych i rozkładanie książek o KP gdzie popadnie. Miałam nadzieję, że z okazji zatkanego kanału mlecznego i związanych z tym cierpień (co, z tego, że głównie psychicznych) będę miała kompletnie wolne, będę leżeć na kanapie, pachnieć i karmić. Ale, nie... DT przeczytał u Nehring-Gugulskiej, że dobrze by było bym ręką po stronie "zepsutego" cycka robiła drobne prace - tak więc nici z wylegiwania się - zmywam, odkurzam, zamiatam. Mam nadzieję, że chociaż nie wpadnie na pomysł prania ręcznego...
Wygląda na to, że z Mamą Łucji idziemy łeb w łeb jeśli chodzi o problemy z piersiami i karmieniem. Powinnam była się spodziewać, że skoro od dłuższego czasu z cyckami u nas spokój i wszyscy czworo (ja, 2 cycki i szkrab) się dogadujemy, a na Łucjowym blogu pojawił się wpis o zastoju/zapaleniu piersi coś podobnego czeka i nas. Wczoraj na prawej piersi wyczułam od spodu duże zgrubienie. Oględziny w lustrze (zaczerwienienie w miejscu zgrubienia) potwierdziły wstępną samodzielną diagnozę - zatkany kanał mleczny. Na szczęście nie boli i nie mam objawów ogólnych (podwyższona temperatura, ogólne złe samopoczucie) ale i tak pozostaje stres, czy nie rozwinie się to w coś poważniejszego. Od wczoraj jestem więc marudna i łatwo wytrącić mnie z równowagi. Robię naprzemienne ciepłe i zimne okłady (ciepłe przed, a zimne po karmieniu), Dumny Tata został zatrudniony do masażu (na pierwszą propozycję przystąpił z ochotą, ale potem skonstatował, że taki leczniczy masaż, to jednak nie to ;)), po każdym karmieniu uruchamiam dodatkowo laktator. Póki co poprawy brak.
Zator zupełnie mnie zaskoczył - w ostatnich dniach szkrab był przy cycu jeszcze częściej niż zwykle - tuż przed świętami miał chyba skok wzrostu, gdyż przez trzy dni mieliśmy ewidentne skumulowane karmienia - i to, czego nie lubię, a z czym mam wprawę - maratony cyckowe z żąglowaniem (podawanie kolejnych i kolejnych piersi wygłodniałemu maluszkowi - tak między innym spędzilam Wigilię...). Święta zniósł tak sobie - wyraźnie dokuczał mu nadmiar wrażeń, co z kolei także powodowało, że pierś była podawana trochę częściej niż zwykle (teraz z perspektywy czasu wydaje mi się, że reagowaliśmy przedwcześnie i tak naprawdę cyc był podawany jako knebel, a nie dlatego, że młody był głodny). Prawdopodobnie wyhodowałam sobie nieduży nawał, dla którego nasza 5 godzinna nocna przerwa w karmieniu była za długa. Inna hipoteza jest taka, że po prostu oberwałam od młodego w cycka - ostatnio odkrył jakie cuda można wyczyniać nogami i wierzga nimi przy każdej okazji - niejednokrotnie finał takiego gwałtownego ruchu nogą jest na nas - biedny Dumny Tata jest regularnie kopany przy przewijaniu.
Dodatkowo pluję sobie w brodę, za nadmierne edukowanie Dumnego Taty w sprawach cyckowych i rozkładanie książek o KP gdzie popadnie. Miałam nadzieję, że z okazji zatkanego kanału mlecznego i związanych z tym cierpień (co, z tego, że głównie psychicznych) będę miała kompletnie wolne, będę leżeć na kanapie, pachnieć i karmić. Ale, nie... DT przeczytał u Nehring-Gugulskiej, że dobrze by było bym ręką po stronie "zepsutego" cycka robiła drobne prace - tak więc nici z wylegiwania się - zmywam, odkurzam, zamiatam. Mam nadzieję, że chociaż nie wpadnie na pomysł prania ręcznego...
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Długa, kręta, ale zwycięska
Moja droga mleczna.
Ten post miał powstać już jakiś czas temu, ale bałam się, że zapeszę i dlatego z dość dużym opóźnieniem informuję - udało się - po wielu tygodniach, licznych próbach, hektolitrach przelanych łez - nasze trudności z karmieniem piersią zostały pokonane. Nie jest idealnie - Karol nadal nie je super-aktywnie i długość naszych posiłków plasowałaby się gdzieś w górze siatki centylowej;), moje piersi cały czas ledwie nadążają z produkcją odpowiedniej ilości pokarmu i w pewnym sensie ciągle żyjemy w lekkim kryzysie laktacyjnym, ale mleko modyfikowane odeszło już dawno w odstawkę, a podawanie mojego ściągniętego mleka przestaje być koniecznością. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. W następnym poście napiszę jak dokładnie udało nam się przejść z karmienia mieszanego do samej piersi.
Co mi pomogło?
- Wiedza. Na pewno nie przeczytałam wszystkiego, co napisano o karmieniu piersią, ale myślę, że byłam blisko ;) Namiętnie czytałam blogi, fora i porady ekspertów zamieszczone w Internecie. zebrałam niezłą kolekcję broszur o karmieniu. Ponadto uważnie przestudiowałam każdy fragment poświęcony KP, który znajdował się w moich książkach o niemowlakach (w tym rozdziały z "Pierwszego roku życia dziecka" H. Murkoff, A. Eisenberg). I przede wszystkim "Warto karmić piersią" Magdaleny Nehring-Gugulskiej. Czy wiedza jest niezbędna do karmienia piersią? Na pewno nie, w normalnej sytuacji - ale mi, osobie, która musi nie tylko czuć, ale i rozumieć, dokładne przestudiowanie literatury na ten temat bardzo pomogło - dzięki temu rozumiałam, skąd się brały niektóre porady doradców laktacyjnych, i co dokładnie jest przyczyną kłopotów.
- Doradztwo. Korzystałam zarówno z porad profesjonalnych doradców laktacyjnych, jak i blogowych ekspertów oraz osób, które problemów z KP nie miały (duże podziękowania dla Matrioszki). Nie to, że którakolwiek z tych osób powiedziała mi coś zupelnie nowatorskiego lub udzieliła "zwycięskiej" porady, ale pomoc ta utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem na dobrej drodze, że sposoby zwiększenia laktacji, które stosuję mają sens, i, że o ile będę wytrwała - uda się. Przy okazji zorientowałam się także, jak niewie wie większość tzw. doradców laktacyjnych - gdy porada "przystawiać często" nie działa rozkładają bezradnie ręce. Ponadto większość z nich to nie doradcy, a propagatorzy i na dodatek fanatyczni - informacja, że dokarmiam butelką (Medela Calma) powodowała, że przechodzili w tryb "sama jest Pani sobie winna - proszę odstawić butelkę i karmić po palcu a problemy same się rozwiążą. No chyba, że jest już na to za późno". Dokształcenie się samodzielnie pomogło mi decydować, co może zaszkodzić, a co, może pomóc.
- Wyznaczenie daty. Nie poddałam się w mojej walce o karmienie piersią tylko dlatego, że wyznaczyłam sobie wyraźną datę, do kiedy walczę pełną parą. Na początku było to 7 tygodni, wynikające z tego, że około 6 tygodnia życia organizm dziecka zaczyna być bardziej efektywny w wytwarzaniu własnych przeciwciał. Ponieważ dla mnie największą zaletą KP jest wspomaganie odporności dziecka i przekazywanie mu przeciwciał, uznałam, że muszę koniecznie starać się dostarczyć ich jak najwięcej zanim moja Kluska jest w stanie efektywnie walczyć z zarazami tego świata. Później ten termin przesunęłam na skończone 2 miesiące Karola, i gdy zbliżałam się do tej daty planowałam przesunąć to na 3 miesiące (co okazało się nie być konieczne, gdyż sukces udało się osiągnąć przed dwumiesięcznicą bobasa). Co ważne - te daty nie wyznaczały końca karmienia piersią, tylko koniec walki na 100, czy nawet 120%. Dzięki temu, że miałam wyznaczone jakieś realistyczne terminy łatwiej mi było pokonać chwilowe słabości - mówiłam sobie - jeszcze tylko 3, 2, tygodnie; jeszcze tylko kilka dni. Gdyby nie to myślę, że któregoś gorszego dnia, wykończona i zrezygnowana odpuściłabym zupełnie.
- Blogi mam karmiących MM. Paradoksalnie blogi i wpisy chwalące KP, mówiące o tym, jakie jest dobroczynne, proste i wspaniałe w ogóle mi nie pomagały. Wręcz przeciwnie - często wywoływały frustrację. Czasami dlatego, że były naiwne, czasami przez zwykłą przyziemną zazdrość. Z kolei czytanie perypetii mam karmiących mlekiem - obserwowanie jakimi są cudownymi matkami, pomogło mi nabrać dystansu do całej sprawy. W ferworze walki łatwo zapomnieć, że karmienie to tylko jeden, i to niekoniecznie najważniejszy element relacji z dzieckiem. Że jeśli mi się nie uda nic się nie stanie - dołączę po prostu do grona matek, które głębszą więź z dzieckiem nawiązują poprzez inne czynności niż karmienie.
- SNS Medela. Mleko modyfikowane, którym Karol był dokarmiany podawane było za pomocą buteleczki zawieszonej na szyi, i drenów podlepianych do sutka. Dzięki temu nawet w sytuacji, gdy takie mleko było podawane laktacja w jakimś tam stopniu była stymulowana, a Karol uczył się aktywnie ssać (aby mleko płynęło malec i tak musi ssać, ale płynie ono dosyć szybko co daje bobasowi natychmiastową gratyfikację - jego wysiłek włożony w ssanie jest natychmiast nagrodzony), a ja nie miałam strasznych wyrzutów sumienia, że podaje MM.
- Spacery. Mój model niemowlaka do "bobas śpiący zewnętrznie". Zabranie go na spacer często było jedynym sposobem by lekko niedojedzony (ale nie umierający z głodu) zasnął. Gdy nie dawałam już rady podawać kolejnych piersi zabierałam go po prostu do lasu, gdzie przez mniej więcej godzinę spokojnie sobie spacerowaliśmy. Pozwalało mi to odetchnąć, mleku zgromadzić się w piersiach, a bobasowi spokojnie pospać. Zbierałam wtedy myśli, relaksowałam się, a mleko samo napływało.
czwartek, 25 października 2012
Wieści z frontu :)
Jest lepiej :) Co prawda karmienie nadal trwa bardzo długo, ale udało nam się praktycznie wyeliminować mleko modyfikowane. Wczoraj bobas był praktycznie na samym cycu - MM dostał w nocy i to tylko dlatego, że w sennym nieogarnięciu tata nie zajrzał do lodówki i nie wypatrzył owocu wysiłków gruczołów moich i z automatu przygotował mieszankę. Mleka ściągam znacznie więcej - cały czas nie jest to jakaś imponująca ilość, ale widać wyraźny postęp - dzięki temu jestem też spokojniejsza. I mamy taki pozytywny biofeedback - produkuję więcej mleka bo produkuję więcej mleka ;)
Mam nadzieję, że jeszcze kilka dni i kryzys laktacyjny będzie za nami.
Konieczność dokarmiania bardzo ogranicza naszą mobilność - oprócz codziennych spacerów do lasu nie bardzo wyobrażam sobie wyjście gdziekolwiek biorąc pod uwagę, że powinnam zabrać cały ekwipunek do karmienia, jakoś sterylizować butelkę, a najlepiej jeszcze zabrać ze sobą laktator. Nie wiem, jak sobie radzą mamy karmiące tylko butelką. Na pewno to kwestia organizacji i odpowiednich przyzwyczajeń - jak dla mnie póki co byłoby to bardzo trudne i kłopotliwe. Póki co siedzimy więc w domu i ewentualnie przyjmujemy gości.
Ja skupiam się praktycznie na samym karmieniu, co skutkuje tym, że w kątach zaczynają gromadzić się koty, parawan prysznica niedługo przestanie być przezroczysty od nagromadzenia kropek z bogatej w wapń wody, a na balkonie mamy już niezłą kolekcję liści (to akurat mnie cieszy - mamy dąb czerwony za oknem i liście są bardzo ładne...).
Ale na sprzątanie jeszcze przyjdzie czas...
Mam nadzieję, że jeszcze kilka dni i kryzys laktacyjny będzie za nami.
Konieczność dokarmiania bardzo ogranicza naszą mobilność - oprócz codziennych spacerów do lasu nie bardzo wyobrażam sobie wyjście gdziekolwiek biorąc pod uwagę, że powinnam zabrać cały ekwipunek do karmienia, jakoś sterylizować butelkę, a najlepiej jeszcze zabrać ze sobą laktator. Nie wiem, jak sobie radzą mamy karmiące tylko butelką. Na pewno to kwestia organizacji i odpowiednich przyzwyczajeń - jak dla mnie póki co byłoby to bardzo trudne i kłopotliwe. Póki co siedzimy więc w domu i ewentualnie przyjmujemy gości.
Ja skupiam się praktycznie na samym karmieniu, co skutkuje tym, że w kątach zaczynają gromadzić się koty, parawan prysznica niedługo przestanie być przezroczysty od nagromadzenia kropek z bogatej w wapń wody, a na balkonie mamy już niezłą kolekcję liści (to akurat mnie cieszy - mamy dąb czerwony za oknem i liście są bardzo ładne...).
Ale na sprzątanie jeszcze przyjdzie czas...
środa, 24 października 2012
Porady laktacyjne
Na razie bardzo daleko nam do ogłoszenia zwycięstwa jeśli chodzi o prawidłowe i efektywne karmienie. Ale nie poddajemy się ;) Dzisiaj piękna pogoda i jakoś łatwiej spojrzeć na świat pozytywnie.
Poniżej kilka notatek ze spotkania z doradcą laktacyjnym - może przyda się mamom z podobnym problemem. Pierwsza porada - być nastawionym pozytywnie i spodziewać się poprawy. Nie przejmować się, jeśli nie wychodzi. Mleko modyfikowane to nie klęska, a każda ilość mleka matki jest cenna. Jeśli okaże się, że ostatecznie mleko modyfikowane dominuje w diecie - trudno - ważne by maluch dostawał chociaż trochę naszego mleka nafaszerowanego przeciwciałami i innymi dobrociami.
Poniżej kilka notatek ze spotkania z doradcą laktacyjnym - może przyda się mamom z podobnym problemem. Pierwsza porada - być nastawionym pozytywnie i spodziewać się poprawy. Nie przejmować się, jeśli nie wychodzi. Mleko modyfikowane to nie klęska, a każda ilość mleka matki jest cenna. Jeśli okaże się, że ostatecznie mleko modyfikowane dominuje w diecie - trudno - ważne by maluch dostawał chociaż trochę naszego mleka nafaszerowanego przeciwciałami i innymi dobrociami.
- Prawidłowy przyrost wagi malucha do 3 m-ca to około 20g na dobę. Nie ma co ważyć malucha codziennie, ale gdy mamy problemy warto ważyć co kilka dni, by uspokoić się, że maluch przybiera na wadze
- Dobowe zapotrzebowanie na mleko to około 140 ml na 1kg masy ciała. Oczywiście jest to sprawa indywidualna, są maluchy które potrzebują trochę więcej i niejadki, które nie zjadają nawet tego. W każdym razie np dla naszej kluski, która waży 3700 będzie to ~520 ml dziennie. Zakładając karmienie co 3h mamy około 65 ml na jedno karmienie. Nie aż tak dużo... Jeśli mamy mniej pokarmu częstotliwość karmienia można zwiększyć tak by maluch zjadał tyle ile mamy w cyckach ;) Ja musiałabym karmić 12 razy na dobę. To trochę za dużo, więc częściowo posiłkuję się mlekiem modyfikowanym.
- Ogólnie zalecane jest przynajmniej 8 karmień na dobę. Jeśli trzeba - budzimy śpiocha (szczególnie w nocy)
- Przystawiamy do jednej piersi na 20-30 min, a następnie na 15 do drugiej. Przy następnym karmieniu - zmiana piersi.
- Po karmieniu odciągamy laktatorem mleko z obu piersi.
- Jeśli problemem jest brak aktywnego ssania (jak w naszym przypadku) warto zastosować ćwiczenia na palcu. Przed karmieniem wkładamy paliczek palca wskazującego do paszczy noworodka (paznokciem do dołu) i dajemu mu possać
- Bezwzględnie aktywizujemy leniwca. Smyramy, zaczepiamy, głaszczemy. Jeśli widzimy, że zupełnie zasypia wyjmujemy sutka, pionizujemy dziecko i przystawiamy znowu. Przydaje się też odrobina mleka w strzykawce. Co jakiś czas wsuwamy końcówkę strzykawki w kącik ust i wyciskamy kilka kropelek - zmusi to malucha do przełknięcia, i możliwe, że zachęci go to do ssania.
- Jeśli czujemy się zupełnie niepewnie ile maluch zjada warto wypożyczyć na tydzień dokładną wagę. Ważymy dziecko przed karmieniem, a następnie po podaniu piersi. Nie rozbieramy malucha - ważymy w tym, w czym jest - i tak różnica pomiędzy wagą po karmieniu i przed pokaże nam ile mały człowiek wyssał. Następnie dokarmiamy brakującą ilością (jeśli udało nam się po poprzednim karmieniu tyle ściągnąć - podajemy mleko mamy, jeśli nie - dajemy mieszankę).
czwartek, 18 października 2012
Chudzinka :(
Byliśmy dzisiaj u pediatry i okazało się, że bobas nie odzyskał wagi urodzeniowej. Ba - gorzej - waży tyle, co przy wypisie ze szpitala :(
Pani pediatra stwierdziła, że dawno nie miała takiego przypadku, i że sprawa jest poważna - młody ma już 20 dni i zdecydowanie jego waga powinna być wyższa. Dostaliśmy przykazanie dokarmiania butelką po każdym karmieniu piersią. Sprawa jest o tyle dziwna, że bobas produkuje przepisową ilość kup i moczy tyle pieluszek ile powinien. Dodatkowo jest w stanie przespać spokojnie 4 h - nic więc, oprócz wagi nie wskazuje na niedożywienie i odwodnienie. Skóra jest w dobrej kondycji, ciemiączko niezapadnięte. Mamy zważyć go ponownie w sobotę i zobaczyć, czy po intensywnym dokarmianiu waga wzrasta. Jeśli nie - mamy zgłosić się na izbę przyjęć szpitala na Niekłańskiej celem zrobienia badań - możliwe, że to jakieś zaburzenia metabolizmu :(
Zobaczymy.
Póki co, po powrocie do domu młody dostał dwa cyce i 60ml mieszanki NAN 1. Zjadł całą, co wskazuje, że rzeczywiście pokarmu może być za mało.
Jutro zgłaszam się do poradni laktacyjnej by sprawdzić, czy jeśli chodzi o karmienie piersią wszystko robię jak należy i co w razie czego trzeba poprawić.
Okropne uczucie wiedzieć, że głodziło się dziecko i, że nie jest mu się w stanie zapewnić odpowiedniej ilości pokarmu...
Pani pediatra stwierdziła, że dawno nie miała takiego przypadku, i że sprawa jest poważna - młody ma już 20 dni i zdecydowanie jego waga powinna być wyższa. Dostaliśmy przykazanie dokarmiania butelką po każdym karmieniu piersią. Sprawa jest o tyle dziwna, że bobas produkuje przepisową ilość kup i moczy tyle pieluszek ile powinien. Dodatkowo jest w stanie przespać spokojnie 4 h - nic więc, oprócz wagi nie wskazuje na niedożywienie i odwodnienie. Skóra jest w dobrej kondycji, ciemiączko niezapadnięte. Mamy zważyć go ponownie w sobotę i zobaczyć, czy po intensywnym dokarmianiu waga wzrasta. Jeśli nie - mamy zgłosić się na izbę przyjęć szpitala na Niekłańskiej celem zrobienia badań - możliwe, że to jakieś zaburzenia metabolizmu :(
Zobaczymy.
Póki co, po powrocie do domu młody dostał dwa cyce i 60ml mieszanki NAN 1. Zjadł całą, co wskazuje, że rzeczywiście pokarmu może być za mało.
Jutro zgłaszam się do poradni laktacyjnej by sprawdzić, czy jeśli chodzi o karmienie piersią wszystko robię jak należy i co w razie czego trzeba poprawić.
Okropne uczucie wiedzieć, że głodziło się dziecko i, że nie jest mu się w stanie zapewnić odpowiedniej ilości pokarmu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)





