Posta piszę aby ostrzec przyszłe mamy, które mają jakieś plany szybkiej utylizacji tzw. "becikowego". Nam nie spieszyło się z występowaniem o tę zapomogę, ale ponieważ właśnie zabieramy się za wykończeniówkę naszego domu pomyśleliśmy, że to dobry czas by w końcu to zrobić i farby oraz meble do pokoju Karola sfinansować właśnie z tych dodatkowych pieniędzy. Wniosek złożyliśmy 9 lutego i już w trzy dni później dostaliśmy pismo sygnowane przez prezydenta Warszawy z informacją, że zapomoga została nam przyznana. Pismo zawierało m.in następujący tekst "Niniejszej decyzji nadaje się rygor natychmiastowej wykonalności. Zgodnie z art, 26 ust. 1 świadczenia rodzinne wypłaca się nie później niż do ostatniego dnia miesiąca, za który przyznane zostało świadczenie".
Dobra nasza - pomyśleliśmy - do końca lutego możemy spodziewać się zastrzyku finansowego!
Do dziś pieniądze nie znalazły się na koncie. Ja już podejrzewałam, że M.pomylił numer konta wypisując wniosek. Kazałam mu też dokładnie przejrzeć historię operacji - przy remontowym tempie wydawania pieniędzy wpłaty mogliśmy nie zauważyć...Jednak nie, żadnej wpłaty na pewno nie było.
Postanowiliśmy zadzwonić do urzędu dzielnicy zapytać się o przyczynę opóźnienia. Urzędniczka wyjaśniła, że żadnego opóźnienia nie ma, bo przecież nie minęło jeszcze 30 dni od decyzji. Czytamy jej więc powyższy fragment pisma sugerując, że jasno ono wyjaśnia kiedy przelew powinien być zrobiony. Urzędniczka powtarza, że mają 30 dni, które nie minęło. My jeszcze raz powtarzamy jej fragment pisma. Urzędniczka zwalnia tempo wypowiadanych słów i akcentuje je trochę mocniej - wszak najwyraźniej z jakimiś tłukami ma do czynienia "do ostatniego dnia miesiąca oznacza, w ciągu 30 dni". Dziękujemy, odkładamy słuchawkę.
Nam nie zależało na tych pieniądzach i możemy poczekać te kilka dni dłużej - ale co z rodzinami, które poczyniły już jakieś konkretne plany wydania becikowego? Co, gdy finanse rodziny zależały od terminowej wpłaty pieniędzy? Nie wiem, czy w innych gminach też pojawia się rozbieżność pomiędzy treścią pisma informującego o przyznaniu zapomogi, a zasadami urzędu, ale najwyraźniej w Warszawie trzeba na to uważać.
poniedziałek, 11 marca 2013
niedziela, 10 marca 2013
Dialogi rodzinne: o czasie i gustach
o czasie
Młode ząbkuje. Ciężko. Za nami 2 nieprzespane noce. To chyba dobry wstęp do kolejnego dialogu.
Leżymy sobie z Dumnym Tatą (DT) na łóżku. Ze zmęczenia nie możemy zasnąć. Oglądam jego klatę.
JA: Strasznie się zawłochaciłeś. Gdy się poznaliśmy nie miałeś tylu włosów. Tu nie było w ogóle, a tu były 2, może 3.
DT: Gdy się poznaliśmy Ty nie miałaś dwudziestu lat, a ja miałem 26.
JA: O rany, ale Ty kiedyś młody byłeś...
No tak, bo niektórzy to od razu są starzy...
PS. A w ogóle to skłamał. Gdy się poznaliśmy miał 25 lat...
Zbieramy się do wyjścia i ubieramy Szkraba. Pakuję go w nowy sweterek (szary w cienkie czerwone paseczki by Zara Baby) i już otwieram usta by powiedzieć młodemu w jakim ładnym swetrze będzie paradował, gdy ubiega mnie Dumny Tata.
DT: No patrz Karol jaki sweter Ci matka wyciągnęła. Będziesz wyglądał jak pasażer PKSu do Grójca z lat 80'!
Młode ząbkuje. Ciężko. Za nami 2 nieprzespane noce. To chyba dobry wstęp do kolejnego dialogu.
Leżymy sobie z Dumnym Tatą (DT) na łóżku. Ze zmęczenia nie możemy zasnąć. Oglądam jego klatę.
JA: Strasznie się zawłochaciłeś. Gdy się poznaliśmy nie miałeś tylu włosów. Tu nie było w ogóle, a tu były 2, może 3.
DT: Gdy się poznaliśmy Ty nie miałaś dwudziestu lat, a ja miałem 26.
JA: O rany, ale Ty kiedyś młody byłeś...
No tak, bo niektórzy to od razu są starzy...
PS. A w ogóle to skłamał. Gdy się poznaliśmy miał 25 lat...
de gustibus non est disputandum
Zbieramy się do wyjścia i ubieramy Szkraba. Pakuję go w nowy sweterek (szary w cienkie czerwone paseczki by Zara Baby) i już otwieram usta by powiedzieć młodemu w jakim ładnym swetrze będzie paradował, gdy ubiega mnie Dumny Tata.DT: No patrz Karol jaki sweter Ci matka wyciągnęła. Będziesz wyglądał jak pasażer PKSu do Grójca z lat 80'!
piątek, 8 marca 2013
Czy mamy terror laktacyjny? Czy nachalną promocję mm?
Czy dzisiejszy dzień sponsoruje wsadzanie kija w mrowisko? Nie - dzisiejszy dzień sponsoruje budowanie mostów.
O "terrorze laktacyjnym" i promocji mleka modyfikowanego myślałam sporo. Zastanawiałam się, dlaczego jedni terror widzą, a inni wręcz przeciwnie - skupiają się na tym, że matki karmiące piersią (a szczególnie matki karmiące długo) są dyskryminowane, uważane przez otoczenie za nienowoczesne albo folgujące fanaberiom, a reklamy mleka modyfikowanego są wszędzie i każdy jest nimi bombardowany? Skąd biorą się tak odmienne opinie na temat karmienia piersią i jego promowania?
Zacznę od truizmu - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (a właściwie karmienia). Mam to szczęście w nieszczęściu, że dane mi było doświadczyć pobytu po obu stronach mlecznej barykady i dzięki temu łatwiej mi o wypośrodkowaną perspektywę na sposób karmienia. W czasie tych tygodni, gdy walczyłam o rozkręcenie laktacji, gdy padałam ze zmęczenia, gdy coraz trudniej było mi uwierzyć, że to kiedykolwiek się uda wiele godzin poświęciłam na czytanie o żywieniu niemowląt. Czytałam o zaletach karmienia piersią i studiowałam uważnie wyniki badań, aby z jednej strony się zmotywować, a z drugiej - w razie czego usprawiedliwić niepowodzenie (może napiszę o tym jeszcze kiedyś posta - niestety bardzo wiele badań dotyczących żywienia dzieci jest niepoprawna metodologicznie). I wiele razy miałam ochotę "rzucić to wszystko w cholerę", podać maluchowi pełną butelkę mleka modyfikowanego, przestać męczyć i siebie i dziecko i dać nam się wszystkim wyspać. Było mi ciężko. Bardzo ciężko. Do tego wszystkiego dochodziło ogromne poczucie winy, którego mimo prób racjonalizacji nie udawało mi się pokonać - może nie w tak ztrywializowany sposób, ale po głowie chodziły mi myśli typu: "co ze mną jest nie tak, skoro nie potrafię wykarmić dziecka", "dlaczego przez tyle tygodni nie udaje nam się zgrać i rozkręcić laktacji". A w tym czasie zewsząd, ale to zewsząd napływały informacje o tym, jakie to karmienie piersią jest wspaniałe. Jakie łatwe. Jakie wygodne. Jak buduje więź. Wtedy karmienie piersią nie było dla mnie ani łatwe (za każdym razem była to walka o kolejną minutę aktywnego ssania przez malucha; ze względu na ilość godzin poświęconych dziennie karmieniu sutki były tkliwe, a ponieważ laktacja nie była odpowiednio stymulowana i pokarmu było za mało, dziecko często mi się przy piersi złościło, szarpiąc ją niezbyt delikatnie), wygodne (nie mogłam wyjść z domu na dłużej niż godzinę, gdyż moje nie-aktywnie ssące dziecko potrzebowało na posiłek 1.5 h po to tylko by po chwilowej aktywności i krótkiej drzemce zażądać kolejnego posiłku), ani tak naprawdę nie budowało więzi (było to raczej frustrujące - dużo lepiej czuliśmy się razem przytulając, czy też podczas noszenia w chuście niż podczas cycowych sesji). Czułam się wręcz osaczona - na blogach notki o tym jak matkom wspaniale z cycusiowaniem, wizyta u lekarza zaczynała się od pytania "ale chyba Pani karmi?" po którym następował taki grymas, że bardzo się cieszyłam, że mimo wszystko mogłam powiedzieć "tak", jakiejkolwiek gazety poświęconej dzieciom bym nie otworzyła - wszędzie widziałam propagowanie karmienia piersią - i to takie, gdzie podawane są same zalety (niektóre nie znajdujące oparcia w żadnych badaniach), a gdzie ani troszkę nie wspomina się, że karmienie może być trudne, że nie wszystko zawsze idzie idealnie, gdzie nie podaje się informacji co zrobić, jeśli jakiekolwiek kłopoty się pojawią i do kogo się wtedy zgłosić. Czy widziałam to jako terror laktacyjny? Nie - ale ja od początku byłam nastawiona na karmienie piersią i bardzo mi na tym zależało. To co mi doskwierało to fakt jak płytka jest promocja karmienia piersią. Ale doskonale rozumiem, jak to mogło wyglądać z perspektywy matki karmiącej mlekiem modyfikowanym - z wyboru, czy też konieczności. Nie da się ukryć - podając mleko modyfikowane noworodkowi kobieta naraża się na krytykę, zdziwione spojrzenia, zarzuty o wygodnictwo (w przypadku matek, które po prostu zdecydowały, że nie chcą karmić piersią), brak wytrwałości i niewystarczające starania (w przypadku matek, które chciały karmić piersią, ale im się nie udało). Są też często dyskryminowane w szpitalach lub lekceważąco traktowane przez niektórych pediatrów.
W chwili obecnej myślę, że można mnie zakwalifikować do laktoświrusek czy też cyckoholiczek. Nie wyobrażam sobie innego sposobu karmienia niemowlaka, a wizja rychłego zastąpienia jednego posiłku produktami niemlecznymi powoduje u mnie jakiś nieracjonalny skurcz serca i ściskanie w dołku. I jakoś już nie rzucają mi się w oczy artykuły promujące karmienie piersią, już nie widzę tak bardzo dyskryminacji matek karmiących mlekiem modyfikowanym. Częściej wyłapuję historyjki o lekarzach bezmyślnie wciskających mleko modyfikowane jako lek na wszystkie niemowlęce bolączki - problemy ze snem, kolki, wysypkę; na blogach raczej widzę mrożące krew w żyłach opowieści o szpitalnych położnych zarzucających świeżo upieczonym matkom, że głodzą swe dzieci, a równocześnie stanowczo odmawiające pomocy z prawidłowym przystawianiem, krwawiącymi brodawkami, niedostatkiem pokarmu. Pediatrów i położne, które na każde kwilenie dziecka krzyczą chórem: "dokarmiać!". Dookoła siebie widzę brak tolerancji dla matek długo karmiących piersią, fatalny stan pokoików do karmienia w miejscach publicznych, pediatrów, którzy twierdzą, że mleko po 6 miesiącu życia nie ma dla dziecka wartości, pracodawców, którzy nie chcą respektować praw matek karmiących piersią.
I gdy zaczyna mnie to irytować przypominam sobie, że ledwie kilka miesięcy temu inne rzeczy dotyczące karmienia mnie irytowały i oburzały. I wtedy emocje trochę słabną i udaje mi się odzyskać równowagę i spojrzeć na ten temat tak jak trzeba - neutralnie. Nie, nie mamy terroru laktacyjnego, i nie - nie jest tak, że karmienie piersią jest według wszystkich passe i promocja mleka modyfikowanego jest wszędobylska i zbyt nachalna. To tylko nasze wyobrażenia i perspektywa wynikająca z tego, że dzieci są dla nas ważne i chcemy dla nich jak najlepiej - bronimy więc obranego przez nas kursu i jesteśmy bardziej wrażliwe na jego krytykę, łatwiej też wyłapujemy artykuły i komentarze niezgodne z naszymi przekonaniami.
Cóż więc pozostaje poradzić - karmmy nasze dzieci jak chcemy i po prostu nie przejmujmy się opiniami innych. Bo - znowu truizm - szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko.
O "terrorze laktacyjnym" i promocji mleka modyfikowanego myślałam sporo. Zastanawiałam się, dlaczego jedni terror widzą, a inni wręcz przeciwnie - skupiają się na tym, że matki karmiące piersią (a szczególnie matki karmiące długo) są dyskryminowane, uważane przez otoczenie za nienowoczesne albo folgujące fanaberiom, a reklamy mleka modyfikowanego są wszędzie i każdy jest nimi bombardowany? Skąd biorą się tak odmienne opinie na temat karmienia piersią i jego promowania?
Zacznę od truizmu - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (a właściwie karmienia). Mam to szczęście w nieszczęściu, że dane mi było doświadczyć pobytu po obu stronach mlecznej barykady i dzięki temu łatwiej mi o wypośrodkowaną perspektywę na sposób karmienia. W czasie tych tygodni, gdy walczyłam o rozkręcenie laktacji, gdy padałam ze zmęczenia, gdy coraz trudniej było mi uwierzyć, że to kiedykolwiek się uda wiele godzin poświęciłam na czytanie o żywieniu niemowląt. Czytałam o zaletach karmienia piersią i studiowałam uważnie wyniki badań, aby z jednej strony się zmotywować, a z drugiej - w razie czego usprawiedliwić niepowodzenie (może napiszę o tym jeszcze kiedyś posta - niestety bardzo wiele badań dotyczących żywienia dzieci jest niepoprawna metodologicznie). I wiele razy miałam ochotę "rzucić to wszystko w cholerę", podać maluchowi pełną butelkę mleka modyfikowanego, przestać męczyć i siebie i dziecko i dać nam się wszystkim wyspać. Było mi ciężko. Bardzo ciężko. Do tego wszystkiego dochodziło ogromne poczucie winy, którego mimo prób racjonalizacji nie udawało mi się pokonać - może nie w tak ztrywializowany sposób, ale po głowie chodziły mi myśli typu: "co ze mną jest nie tak, skoro nie potrafię wykarmić dziecka", "dlaczego przez tyle tygodni nie udaje nam się zgrać i rozkręcić laktacji". A w tym czasie zewsząd, ale to zewsząd napływały informacje o tym, jakie to karmienie piersią jest wspaniałe. Jakie łatwe. Jakie wygodne. Jak buduje więź. Wtedy karmienie piersią nie było dla mnie ani łatwe (za każdym razem była to walka o kolejną minutę aktywnego ssania przez malucha; ze względu na ilość godzin poświęconych dziennie karmieniu sutki były tkliwe, a ponieważ laktacja nie była odpowiednio stymulowana i pokarmu było za mało, dziecko często mi się przy piersi złościło, szarpiąc ją niezbyt delikatnie), wygodne (nie mogłam wyjść z domu na dłużej niż godzinę, gdyż moje nie-aktywnie ssące dziecko potrzebowało na posiłek 1.5 h po to tylko by po chwilowej aktywności i krótkiej drzemce zażądać kolejnego posiłku), ani tak naprawdę nie budowało więzi (było to raczej frustrujące - dużo lepiej czuliśmy się razem przytulając, czy też podczas noszenia w chuście niż podczas cycowych sesji). Czułam się wręcz osaczona - na blogach notki o tym jak matkom wspaniale z cycusiowaniem, wizyta u lekarza zaczynała się od pytania "ale chyba Pani karmi?" po którym następował taki grymas, że bardzo się cieszyłam, że mimo wszystko mogłam powiedzieć "tak", jakiejkolwiek gazety poświęconej dzieciom bym nie otworzyła - wszędzie widziałam propagowanie karmienia piersią - i to takie, gdzie podawane są same zalety (niektóre nie znajdujące oparcia w żadnych badaniach), a gdzie ani troszkę nie wspomina się, że karmienie może być trudne, że nie wszystko zawsze idzie idealnie, gdzie nie podaje się informacji co zrobić, jeśli jakiekolwiek kłopoty się pojawią i do kogo się wtedy zgłosić. Czy widziałam to jako terror laktacyjny? Nie - ale ja od początku byłam nastawiona na karmienie piersią i bardzo mi na tym zależało. To co mi doskwierało to fakt jak płytka jest promocja karmienia piersią. Ale doskonale rozumiem, jak to mogło wyglądać z perspektywy matki karmiącej mlekiem modyfikowanym - z wyboru, czy też konieczności. Nie da się ukryć - podając mleko modyfikowane noworodkowi kobieta naraża się na krytykę, zdziwione spojrzenia, zarzuty o wygodnictwo (w przypadku matek, które po prostu zdecydowały, że nie chcą karmić piersią), brak wytrwałości i niewystarczające starania (w przypadku matek, które chciały karmić piersią, ale im się nie udało). Są też często dyskryminowane w szpitalach lub lekceważąco traktowane przez niektórych pediatrów.
W chwili obecnej myślę, że można mnie zakwalifikować do laktoświrusek czy też cyckoholiczek. Nie wyobrażam sobie innego sposobu karmienia niemowlaka, a wizja rychłego zastąpienia jednego posiłku produktami niemlecznymi powoduje u mnie jakiś nieracjonalny skurcz serca i ściskanie w dołku. I jakoś już nie rzucają mi się w oczy artykuły promujące karmienie piersią, już nie widzę tak bardzo dyskryminacji matek karmiących mlekiem modyfikowanym. Częściej wyłapuję historyjki o lekarzach bezmyślnie wciskających mleko modyfikowane jako lek na wszystkie niemowlęce bolączki - problemy ze snem, kolki, wysypkę; na blogach raczej widzę mrożące krew w żyłach opowieści o szpitalnych położnych zarzucających świeżo upieczonym matkom, że głodzą swe dzieci, a równocześnie stanowczo odmawiające pomocy z prawidłowym przystawianiem, krwawiącymi brodawkami, niedostatkiem pokarmu. Pediatrów i położne, które na każde kwilenie dziecka krzyczą chórem: "dokarmiać!". Dookoła siebie widzę brak tolerancji dla matek długo karmiących piersią, fatalny stan pokoików do karmienia w miejscach publicznych, pediatrów, którzy twierdzą, że mleko po 6 miesiącu życia nie ma dla dziecka wartości, pracodawców, którzy nie chcą respektować praw matek karmiących piersią.
I gdy zaczyna mnie to irytować przypominam sobie, że ledwie kilka miesięcy temu inne rzeczy dotyczące karmienia mnie irytowały i oburzały. I wtedy emocje trochę słabną i udaje mi się odzyskać równowagę i spojrzeć na ten temat tak jak trzeba - neutralnie. Nie, nie mamy terroru laktacyjnego, i nie - nie jest tak, że karmienie piersią jest według wszystkich passe i promocja mleka modyfikowanego jest wszędobylska i zbyt nachalna. To tylko nasze wyobrażenia i perspektywa wynikająca z tego, że dzieci są dla nas ważne i chcemy dla nich jak najlepiej - bronimy więc obranego przez nas kursu i jesteśmy bardziej wrażliwe na jego krytykę, łatwiej też wyłapujemy artykuły i komentarze niezgodne z naszymi przekonaniami.
Cóż więc pozostaje poradzić - karmmy nasze dzieci jak chcemy i po prostu nie przejmujmy się opiniami innych. Bo - znowu truizm - szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko.
czwartek, 7 marca 2013
Śmiechowy Przegląd Komórkowy
środa, 6 marca 2013
5 miesięcy
Kilka dni temu Szkrabu skończył 5 miesięcy, a ja jakoś nie mogłam się zebrać by napisać o ty posta - nadrabiam więc zaległości. Zacznę od truizmu - to nie jest to samo dziecko co miesiąc temu. Postęp jest ogromny - mam wrażenie, że Karol już niemalże wszystko kapuje i, że zaczyna mu się tworzyć "charakterek".
Wszystko go ciekawi i do wszystkiego wyciąga ręce. Gdy nie dostanie tego, co mu się akurat spodoba (kubka z kawą, widelca) krzyczy na nas. Głoooośno.
Zębów brak, natomiast objawy ząbkowania ciągle obecne. To co się zmienia to ich natężenie. Kilka dni temu mieliśmy serię niemalże nieprzespanych nocy - teraz znowu jest lepiej - młody śpi od ~20 do 6-7 rano z jedną przerwą na karmienie. Luksus normalnie.
Nadal nie lubi leżeć na brzuchu i kiepsko u niego z przewrotami. Czasami ma takie dni, gdy śmiga bez problemu z brzucha na plecy, a następnego dnia zdaje się o tej umiejętności nie pamiętać, i gdy brzuchowa pozycja mu się znudzi zaczyna narzekać, piszczeć i krzyczeć.
Może i nie przewraca się, ale za to - przemieszcza. W pozycji na brzuchu wykonuje jakieś mikroruchy dzięki którym przekręca się np o 90 stopni + przesuwa o 20 cm i dzięki temu znajduje się w zupełnie innym miejscu na macie. Ponieważ to jednak są mikroruchy chyba nie docenia tej nowej umiejętności i nie zachęca do przekręcenia się na brzuszek.
Z pozycji pół-leżącej siada sam. W siadzie utrzymuje się 20-40 sekund, jeśli to czym się interesuje znajduje się przed nim. Jeśli znajduje się obok - leży po 2-3 sekundach. I strasznie się wtedy złości.
Uwielbia być pionizowany i "latać".
Ukochana zabawka - mama, a dokładniej jej włosy, nos i policzki. Tata też jest niezły, ale ma krótsze włosy, które dodatkowo lepiej trzymają się głowy, a na twarzy ma jakiś zarost, co to łapki drapie...
Na drugim miejscu jeśli chodzi o ulubione zabawki - własne stopy i skarpetki. Wreszcie doczekałam się mojego ulubionego pchania stopy do buzi ;)
Próbował już marchewki i jabłka. Jedzenie to jednak na razie tylko i wyłącznie zabawa i to zabawa, która raczej szybko się nudzi. W związku z tym zjadane ilości są śladowe.
Nie lubi mojego rozmrożonego mleka. I to zaczyna mnie niepokoić. Do pracy wracam za 2 tygodnie, a póki co nie zanosi się by udało się wprowadzić niemleczny posiłek, a na dodatek nie ma sensu robić zapasów mleka. Za kilka dni spróbujemy zrobić kleik na moim rozmrożonym mleku - może w takiej postaci przejdzie. Jeśli nie czeka nas karmienie mlekiem ściąganym na bieżąco - co może być pewnym problemem - moje piersi wyraźnie preferują naturalny, a nie elektryczny laktator - aby ściągnąć mleko na jeden pełen posiłek potrzebuję dwóch sesji...
Mam nadzieję, że w ciągu tych dwóch tygodni problem jakoś sam się rozwiąże, szczególnie, że wolałabym moje mikro-dziecię (ubranka 68-74, 6300g) raczej podtuczyć trochę niż przegłodzić...
Wszystko go ciekawi i do wszystkiego wyciąga ręce. Gdy nie dostanie tego, co mu się akurat spodoba (kubka z kawą, widelca) krzyczy na nas. Głoooośno.
Zębów brak, natomiast objawy ząbkowania ciągle obecne. To co się zmienia to ich natężenie. Kilka dni temu mieliśmy serię niemalże nieprzespanych nocy - teraz znowu jest lepiej - młody śpi od ~20 do 6-7 rano z jedną przerwą na karmienie. Luksus normalnie.
Nadal nie lubi leżeć na brzuchu i kiepsko u niego z przewrotami. Czasami ma takie dni, gdy śmiga bez problemu z brzucha na plecy, a następnego dnia zdaje się o tej umiejętności nie pamiętać, i gdy brzuchowa pozycja mu się znudzi zaczyna narzekać, piszczeć i krzyczeć.
Może i nie przewraca się, ale za to - przemieszcza. W pozycji na brzuchu wykonuje jakieś mikroruchy dzięki którym przekręca się np o 90 stopni + przesuwa o 20 cm i dzięki temu znajduje się w zupełnie innym miejscu na macie. Ponieważ to jednak są mikroruchy chyba nie docenia tej nowej umiejętności i nie zachęca do przekręcenia się na brzuszek.
Z pozycji pół-leżącej siada sam. W siadzie utrzymuje się 20-40 sekund, jeśli to czym się interesuje znajduje się przed nim. Jeśli znajduje się obok - leży po 2-3 sekundach. I strasznie się wtedy złości.
Uwielbia być pionizowany i "latać".
Ukochana zabawka - mama, a dokładniej jej włosy, nos i policzki. Tata też jest niezły, ale ma krótsze włosy, które dodatkowo lepiej trzymają się głowy, a na twarzy ma jakiś zarost, co to łapki drapie...
Na drugim miejscu jeśli chodzi o ulubione zabawki - własne stopy i skarpetki. Wreszcie doczekałam się mojego ulubionego pchania stopy do buzi ;)
Próbował już marchewki i jabłka. Jedzenie to jednak na razie tylko i wyłącznie zabawa i to zabawa, która raczej szybko się nudzi. W związku z tym zjadane ilości są śladowe.
Nie lubi mojego rozmrożonego mleka. I to zaczyna mnie niepokoić. Do pracy wracam za 2 tygodnie, a póki co nie zanosi się by udało się wprowadzić niemleczny posiłek, a na dodatek nie ma sensu robić zapasów mleka. Za kilka dni spróbujemy zrobić kleik na moim rozmrożonym mleku - może w takiej postaci przejdzie. Jeśli nie czeka nas karmienie mlekiem ściąganym na bieżąco - co może być pewnym problemem - moje piersi wyraźnie preferują naturalny, a nie elektryczny laktator - aby ściągnąć mleko na jeden pełen posiłek potrzebuję dwóch sesji...
Mam nadzieję, że w ciągu tych dwóch tygodni problem jakoś sam się rozwiąże, szczególnie, że wolałabym moje mikro-dziecię (ubranka 68-74, 6300g) raczej podtuczyć trochę niż przegłodzić...
poniedziałek, 4 marca 2013
Siateczka do karmienia
Po raz pierwszy przeczytałam o tym ustrojstwie na którymś z blogów. Uznałam za poroniony pomysł i natychmiast o nim zapomniałam. Jakiś czas później zadzwoniła do mnie moja siostra mówiąc, że kupiła Karolowi taki gryzaczko-smoczek z siateczką do podawania owoców i warzyw. Zrugałam ją strasznie za bezsensowne wydawanie pieniędzy i wyjaśniłam, że moje dziecko to nie sarna i z żadnej lizawki korzystać nie będzie. W kilka dni po tym znowu spotkałam się z opisem gadżetu na blogu Kitki i Pompona. I okazało się, że wcale toto nie takie głupie jest i dzieciom się podoba. Zadzwoniłam więc do siostry, przeprosiłam i powiedziałam, że przy okazji najbliższej wizyty może siatkę do karmienia wziąć ze sobą. Wizyta się odbyła, siatka została wręczona Karolowi. Wypróbowaliśmy ją dzisiaj z kawałkiem jabłka i muszę przyznać, że dla naszego dziecka to strzał w dziesiątkę - obgryzanie jabłka w siatce bardzo mu się podobało i zabrał się do tego z ochotą. Udało mu się wsunąć całkiem spory kawałek jabłka (i jak się okazuje odgłos wydawany przez bobasa jedzącego jabłko jest identyczny jak szczura jedzącego jabłko). Jutro wypróbujemy gadżet z marchewką.

Wydaje mi się, że obrazek tłumaczy zasadę działania - mamy siateczkę, która przykręcana jest nakrętką do uchwytu. Warzywo lub owoc wkładamy do siatki, zakręcamy uchwyt i gotowe. Dziecko poznaje nowe smaki, masuje sobie dziąsła, uczy się odruchu gryzienia a wszystko to nie ryzykując zaksztuszenia.
Podejrzewam, że u nas siatka będzie w użyciu przez (prawdopodobnie) najbliższy miesiąc czyli do czasu, gdy Karol będzie siedział samodzielnie i gdy będzie mu już swobodnie podać kawałki jedzenia - nie wydaje mi się, by gadżet ten był przydatny później, gdy już dziecko może jeść samodzielnie siedząc w krzesełku. W chwili obecnej to dla niego bardzo ciekawe doświadczenie, a dodatkowo pewna ulga od dolegliwości spowodowanych ząbkowaniem.
Jeśli bobas nie zaakceptuje siateczki lub z niej wyrośnie, zawsze możemy mu pokazać "jak to za PRLu było", do środka wsadzić mydełko i dekoracyjnie powiesić na kranie w łazience...

Wydaje mi się, że obrazek tłumaczy zasadę działania - mamy siateczkę, która przykręcana jest nakrętką do uchwytu. Warzywo lub owoc wkładamy do siatki, zakręcamy uchwyt i gotowe. Dziecko poznaje nowe smaki, masuje sobie dziąsła, uczy się odruchu gryzienia a wszystko to nie ryzykując zaksztuszenia.
Podejrzewam, że u nas siatka będzie w użyciu przez (prawdopodobnie) najbliższy miesiąc czyli do czasu, gdy Karol będzie siedział samodzielnie i gdy będzie mu już swobodnie podać kawałki jedzenia - nie wydaje mi się, by gadżet ten był przydatny później, gdy już dziecko może jeść samodzielnie siedząc w krzesełku. W chwili obecnej to dla niego bardzo ciekawe doświadczenie, a dodatkowo pewna ulga od dolegliwości spowodowanych ząbkowaniem.
Jeśli bobas nie zaakceptuje siateczki lub z niej wyrośnie, zawsze możemy mu pokazać "jak to za PRLu było", do środka wsadzić mydełko i dekoracyjnie powiesić na kranie w łazience...
sobota, 2 marca 2013
Dialogi Rodzinne: na chrupko i zawodowstwo
Do schrupania:
"Oszczędzamy" na dziecku. Do pielęgnacji pupy używamy mąki ziemniaczanej, a do masażu oleju z pestek winogron. Odwiedziła mnie siostra (S) i ogląda ten zestaw pielęgnacyjny:
S: Wiem, że niektóre matki mówią, że ich dzieci są "do schrupania" ale Ty chyba jednak przesadziłaś...
Zawodowstwo:
Nocna pobudka. Znowu okazuje się, że młodego trzeba przewinąć. Robię co trzeba, a gdy wracam z młodym na łóżko okazuje się, że Dumny Tata już mi odpowiednio uklepał poduszkę, odsunął kołdrę i trzyma rogala w pogotowiu. Mościmy się z młodym:
DT: Dobrze przygotowałem Ci stanowisko do karmienia?
JA: Bardzo dobrze.
DT: Znam się na tym. Mógłbym to robić zawodowo...
Sama nie wiem, czy chciałabym by znalazł zatrudnienie w taki zawodzie...
"Oszczędzamy" na dziecku. Do pielęgnacji pupy używamy mąki ziemniaczanej, a do masażu oleju z pestek winogron. Odwiedziła mnie siostra (S) i ogląda ten zestaw pielęgnacyjny:
S: Wiem, że niektóre matki mówią, że ich dzieci są "do schrupania" ale Ty chyba jednak przesadziłaś...
Zawodowstwo:
Nocna pobudka. Znowu okazuje się, że młodego trzeba przewinąć. Robię co trzeba, a gdy wracam z młodym na łóżko okazuje się, że Dumny Tata już mi odpowiednio uklepał poduszkę, odsunął kołdrę i trzyma rogala w pogotowiu. Mościmy się z młodym:
DT: Dobrze przygotowałem Ci stanowisko do karmienia?
JA: Bardzo dobrze.
DT: Znam się na tym. Mógłbym to robić zawodowo...
Sama nie wiem, czy chciałabym by znalazł zatrudnienie w taki zawodzie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)







