sobota, 30 marca 2013

Dialogi rodzinne: burmuch

Wieczorem byłam głodnawa, ale nie na tyle by robić kolację dla samej siebie. W związku z tym krzątając się po domu podskubywałam sobie to i owo (to łyżka siemienia lnianego, to trochę musztardy*, resztki surówki z obiadu). Dumny Tata wrócił bardzo późno - ja byłam akurat w trakcie nocnego karmienia młodego.
DT: Jesteś głodna?
JA: Nie, zjadałam trochę kapusty kiszonej
DT: I najadłaś się?
JA: Tak, ani trochę nie jestem głodna.
Odkładam nabąblowanego  mlekiem Szkraba. Dopada mnie refleksja:
JA: Jestem jak koza...**
DT: Dobrze, że Ty to powiedziałaś. Gdybym ja to zrobił miałbym burmucha jak z tąd, do tamtego lasu...

* tak, jem musztardę łyżkami. Chrzan też. M. przyznał się, że zanim byliśmy razem zastanawiał się, czy zabierać mnie na kolejnego grilla do znajomych po tym jak półświadomie wsunęłam cały słoik musztardy zanim karkówka się upiekła
**zgodnie ze starym powiedzieniem: "koza miotłę zje, a mleko da"

środa, 27 marca 2013

Co ja lubię, co Ty lubisz - o chodzeniu po krzakach

Do niedawna wydawało się, że nasz Szkrabu rośnie na rasowego fana Kazika/Kultu. A ogólnie ulubionym gatunkiem muzyki był rock, co bardzo nas cieszyło. Ostatnio coś mu się poprzestawiało i obecnie uspakaja się przy pieśniach żołnierskich i patriotycznych. Musiałam sobie odświeżyć repertuar wyuczony na lekcjach muzyki w liceum. Gdy młody obudzi się w środku nocy i ma problemy z zaśnięciem pomaga "Żeby Polska, była Polską", a na spacerach w razie marnego humoru wyję "Rozkwitały pąki białych róż". W chwilach lekkiego osłabienianastroju - takich owocujących buczeniem i pojękiwaniem, ale jeszcze bez płaczu wystarczają "Czterej pancerni". Ja jeszcze próbuję sama siebie przekonać, że takie odwrócenie się od rocka wynika raczej z wyrobienia muzycznego, a nie jego braku - może dziecię stwierdziło, że moje wykonania Kazika czy Janerki to profanacja, i że mój antytalent muzyczny nadaje się tylko do piosenki żołnierskiej, która z reguły nie imponuje rozbudowaną linią melodyczną. W każdym razie oprócz tego, że różnimy się jeśli chodzi o ulubione kolory i zabawki to póki co zaczynamy się także różnić, jeśli chodzi o ulubione utwory i wykonawców. No trudno. Przy tej okazji zaczęłam się zastanawiać, czy są jakieś rzeczy, które chciałabym by nasze dziecko po nas "odziedziczyło". Wiadomo, że różnice w gustach i preferencjach muszą wystąpić (gdybym z kolei odziedziczyła po rodzicach ich gust muzyczny, zamiast "Sztosu" nuciłabym dziecku "śpiewamy bluesa bo 4 nad ranem") i jedyne co można zrobić to fakt ten zaakaceptować. Ale czy są rzeczy, na których mi zależy? Myślę o drobiazgach, bo wiadomo, że znaczenie ma filozofia życiowa, ale tę to akurat mam nadzieję kształtować. Doszłam do wniosku, że w sumie jest mi wszystko jedno, jakiej muzyki będzie Szkrab słuchał w przyszłości, jak się będzie ubierał, jakie filmy oglądał, czy jakimi książkami się fascynował, jaki sport uprawiał. Chciałabym natomiast by polubił...chodzenie po krzakach. Chcę by doceniał lokalne atrakcje często pomijane w przewodnikach. By chciał poznawać historię pojedynczych chałup, kamieni, wałów ziemi. By nie miał do nas wielkich pretensji, że na weekend zamiast do Paryża zabieramy go na obrzeża Grodziska Mazowieckiego, że zamiast odwiedzania restauracji ciągamy go po łąkach i krzaczorach w poszukiwaniu jakiś pozostałości średniowiecznych umocnień, co to ledwo nad powierzchnię ziemi wystają, by nie dziwił się, ze jedziemy na rowerach 50 km tylko po to by jakiś rozwalający się dworek obejrzeć. Zobaczymy. Póki co wyglądam wiosny by w końcu tę naszą turystykę-nie-atrakcyjną (jak to zostało nazwane u mnie w pracy) reaktywować.

Nie chwal dnia

Nauczona doświadczeniem powinnam była kilkakrotnie przemyśleć, czy wczorajszy post powinien powstać - jakoś tak jest z bobasami, że gdy publicznie napisze się o ich zwyczajach (tych dobrych) następnego dnia się zmieniają.
Dzisiaj wyraźnie mamy gorszy dzień pod względem przestrzegania jakiegokolwiek planu. Zaczęło się od tego, że wczoraj w pracy nie dałam rady ściągnąć mleka - jakiś tłum ludzi zebrał się w biurze i nie udało mi się zarezerwować salki konferencyjnej, a nie wyobrażam sobie bym miała to robić w łazience. Moje cycki przyzwyczajone do częstego opróżniania przez całą dobę zaczęły mi lekko doskwierać. Ponieważ M. i tak miał jechać na miasto poprosiłam go by wpadł po mnie, dzięki czemu Szkrabu dostanie wcześniej swój posiłek, a cyckom nie odpadnie jedno opróżnienie.Tak zrobiliśmy i w sumie nie bardzo martwiłam się tym - młody nie zjadł całego mleka, które mu zostawiłam w domu, w związku  z tym wraz z wieczornym ściaganiem powinna się zebrać cała porcja na dzisiaj.
Mleko wieczorem ściągam o 10. I o 9:45 zaczęłam wyparzać laktator, a tu bach - Szkrabu się obudził. Kurcze - niecałe 2h po ostatnim posiłku. Próbowałam podać mu smoczek, przytulać, lulać - nie udało mi się nawet ukoić płaczu, więc uznałam, że to jednak głód musiał go obudzić. Stwierdziłam, że mleko ściągnę o północy. Chwilę przed postanowiłam sobie zrobić gorącą czekoladę co by to ściąganie uprzyjemnić. Zdążyłam zagotować mleko ze śmietanką, a Szkrabu znowu zaczął płakać. Nieskuteczne próby uśpienia - znowu bez cycka się nie obyło. No trudno - najwyżej następnego dnia dostanie tylko te trochę mleka, co zostało, a resztę uzupełni się czymś niemlecznym.
O 3:50 młodego obudziła przesiąknięta pieluszka. Pomyślałam, że to piękna okazja by sprawdzić, czy karmienie godzinę przed zwyczajowym czasem pobudki pozwoli nam zaczynać dzień trochę później. Niestety - od tej nieludzkiej godziny jesteśmy na nogach - po jedzeniu Szkrabu nijak nie dał się uśpić. Zasnął (i to z problemami) dopiero o 9 rano. Możliwe, że gdybyśmy po prostu uznali, że tym razem zaczynamy dzień wcześniej i działali według jakiegoś dziennego schematu (zabawa, przytulanki, kolejne karmienie) udałoby się rozpocząć drzemkę wcześniej. My natomiast od tej pobudki usilnie próbowaliśmy go uśpić - ale ciężko wymagać od człowieka by po zaledwie 3 godzinach snu i przed świtem myślał racjonalnie...
Dobrze, że akurat dzisiaj szłam do pracy na popołudnie - zdążyłam jakoś tam się zregenerować.
Mam nadzieję, że to jednorazowy wybryk, a nie objaw rozregulowania i, że uda nam się powrócić do tego w miarę ustalonego planu dnia opisanego wczoraj.

poniedziałek, 25 marca 2013

Rutinas Diarias

Zawsze byłam osobą, która błyskawicznie dostosowuję się do nowej sytuacji, czy też warunków w których dane jej było mieszkać, czy żyć. Tak było z moją ciążą - mimo, że była dla mnie zaskoczeniem przeszłam nad nią do porządku dziennego w dosłownie kilka godzin. Po ujrzeniu dwóch kresek przez moment byłam w niezłym szoku, następne minuty poświęciłam przemyśleniu co muszę w życiu zmienić. Gdy już to ustaliłam zadzwoniłam do M. by go powiadomić (byłam wtedy w Stanach - i ten jeden, jedyny raz zapomniałam o różnicach w strefach czasowych), pogadaliśmy trochę, poszłam spać, by następnego dnia obudzić się z pełną świadomością swojego stanu. Krótko po tym, gdy brzuch zaczął mi się zaokrąglać byłam już tak do niego przyzwyczajona, że nie pamiętałam, jak to jest żyć bez brzucha. Jak to jest żyć z brzuchem udało mi się zapomnieć w dosłownie dzień po porodzie. Z kolei kilka dni po powrocie do domu nie pamiętałam, jak to jest nie mieć bobasa. Teraz podobnie było z moim powrotem do pracy. Co prawda jeszcze pamiętam, jak to jest siedzieć z dzieckiem cały dzień w domu, i trochę za tym tęsknię, ale tak naprawdę wystarczył ten pierwszy tydzień bym zdążyła przyzwyczaić się do naszego nowego trybu życia. Jak więc wygląda nasz dzień?
Rozpoczyna się wcześnie. Szkrab ostatnio wstaje około 5 rano, i nijak nie daje się przekonać, że to za wcześnie. Ja jestem wtedy jeszcze zupełnie nieprzytomna i szczerze mówiąc nie do końca kojarzę, co się właściwie wtedy dzieje. Młody zjada śniadanko, przez jakiś czas leży grzecznie między nami oglądając sobie kołdrę, a następnie gdy już się znudzi zaczyna piszczeć. Ja w półśnie próbuję się z nim bawić, ale idzie mi to dosyć niemrawo i około 6:15-6:30 M. wykończony popiskiwaniem i pokrzykiwaniem wstaje i zabiera młodego na matę edukacyjną. Gdy młody baraszkuje na macie przygotowuje śniadanie. Ja dosypiam. Wstaję, gdy Szkrabowi znudzi się samodzielna zabawa na macie i zaczyna marudzić. Zjadamy śniadanie, wypijamy kawę podczas której młody ląduje dodatkowo na cycku. Wychodzę z domu o 7:30. Szkrabu jest wyraźnie smutny gdy żegnamy się w przedpokoju. Prawdopodobnie zaczyna się u niego jakiś lęk separacyjny, gdyż przez około pół godziny po moim wyjściu M. nie może mu na chwilę zniknąć z oczu - później mu się na szczęście trochę poprawia i przez krótkie momenty może zająć się sam sobą. Pierwszą drzemkę ucina sobie około 8:30 i trwa ona około godziny. Wtedy też dostaje mleko - zjada różnie - czasami 100, czasami 30ml. Następuje zabawa, spacer, jakieś wyjście do sklepu, lub do remontowanego domu. Kolejna drzemka przypada na 12-12:30 i z reguły jest krótsza - pół godziny, czasami 45 minut. Szkrabu dostaje mleko, lub gdy zje cały zapas, coś niemlecznego. Ja w domu jestem około 14:15 i niezależnie kiedy był poprzedni posiłek cała ja, oraz moje cycki witane są z dużym entuzjazmem. Do wieczora młody nadrabia kalorie, które przepadły mu podczas mojej nieobecności - wyraźnie zwiększyła nam się częstotliwość cycusiowania. Rutyny wieczorne około-bobasowe nie zmieniły się - o 19 kąpiel, masaż, kolacyjka i spać. Nie zauważyłam pogorszenia snu nocnego (ale to może dlatego, że i tak z mojej perspektywy nie jest najlepiej - młody budzi się około 11-12, a następnie 2-3 i niestety zdarza się, że po jedzeniu ma problemy zaśnięciem). Rutyny wieczorne nie-bobasowe trochę się zmieniły - zamiast błogiego leniuchowania próbuję doprowadzić mieszkanie do stanu używalności. Nie wiem, jak to się dzieje, że duet tata + syn produkują kilkakrotnie większy bałagan niż mama + syn...
Czyli podsumowując - nadal jest dobrze i okazuje się, że wiele obaw, które dręczyły mnie przed powrotem do pracy okazało się być bezpodstawne. To, co męczy mnie, to fakt, że z M. prawie się nie widujemy - jesteśmy razem rano, z tym, że ja wtedy albo jestem nieprzytomna, albo biegam po mieszkaniu równocześnie myjąc zęby, ścieląc łóżko i pakując laktator, następnie trochę w środku dnia - gdy ja karmię młodego on odgrzewa lub kończy przygotowywać obiad, który następnie naprędce zjadamy. Po obiedzie M. wychodzi do swojej pracy, a później jeszcze wpada na budowę -  do domu wraca najczęściej podczas pierwszego nocnego karmienia - i ja wtedy z reguły też już jestem nieprzytomna i ciężko ze mną się dogadać. Mam nadzieję, że gdy skończymy z remontem sytuacja trochę się poprawi - co prawda ja wkrótce po tym będę pracować na pełen etat, ale za to obydwoje będziemy mogli pracować z domu - gdzie po prostu będziemy wymieniać się opieką nad bobasem.

środa, 20 marca 2013

Mama pracuje

Jakoś nie mogłam zebrać się do napisania tego posta. I to nie dlatego, że praca tak mnie wciągnęła, albo ze zmęczenia - nie, to raczej kwestia tej nie-wiosny, która powoduje u mnie jakąś apatię i niechęć do wszystkiego. Od trzech dni pracuję na pół-etatu, zaś Szkrab siedzi w domu z tatą. I najzwyczajniej w świecie stało się to naszą codziennością - bez dramatów, stresów, łez.
W pracy na razie nie mam zbyt wiele do zrobienia - wdrażam się powoli, próbując zrozumieć wszystkie zmiany, które zaszły w przeciągu ostatnich 6 miesięcy. Myślę, że minie jeszcze z 1.5 tygodnia zanim ruszę pełną parą. Póki co wszystko układa się tak jak powinno, chociaż już widzę, że praca na pół etatu u nas w firmie do najłatwiejszych nie należy. Problem polega na tym, że nie mogę wyznaczyć sobie ścisłych godzin pracy - np. 9-13. Charakter mojej pracy wymaga udział w spotkaniach, które odbywają się o bardzo różnych godzinach. Zakładałam, że tak będę sobie układać plan dnia by po prostu moje 4h w pracy obejmowały czas spotkania. Jakoś tylko zapomniałam, że takich obowiązkowych spotkań mam z reguły więcej niż jedno w ciągu dnia. I już widzę, jak kalendarz zapełnia mi się w niekoniecznie korzystny dla mnie sposób. Na szczęście za 2 tygodnie będę już miała warunki by pracować z domu, a wtedy problem częściowo się rozwiąże  - będę jeździć do biura tylko wtedy gdy będzie to konieczne, a w domu będziemy się z M. wymieniać w ciągu dnia opieką nad młodym, tak bym mogła wdzwaniać się na spotkania.
Dzięki temu łatwiejsze też będzie karmienie - póki co ściągam mleko wieczorem oraz w pracy. Podejrzewam, że mój laktator słychać na drugim końcu biura, ale jak na razie nikt mi uwagi nie zwrócił.
Karol dosyć dobrze przyjął zmianę - pierwszego dnia co prawda zastrajkował jeśli chodzi o jedzenie, ale dzisiaj awersja do butelki i nie-mlecznych posiłków mu przeszła. Mimo, że on nigdy nie miał problemów z piciem z butelki, a ostatnio zaczęliśmy mu dodatkowo dawać odrobinę wody w butelce z uszami by mógł sam się napić, w poniedziałek po pierwszej porannej drzemce urządził butelkowy strajk i za nic nie chciał wypić mleka z butelki. Biedny M. próbował kolejnych smoczków, ale powodowały one tylko kolejne ataki histerii. Gdy w końcu w desperacji przelał mleko do tej "zabawowej" butelki młody na sam jej widok się rozpłakał. Po konsultacji telefonicznej ze mną Szkrabu został zabrany na krótki spacer. Po nim zjadł około 30 ml mleka. Ponieważ i tak mieliśmy tego dnia jechać do jakiegoś sklepu pooglądać baterie i deszczownice M. przyjechał z młodym do mnie pod pracę. Nie chciałam by przynosił Karola do biura, gdyż zależało mi na czasie, oraz nie chciałam by konieczność obejrzenia go przez wszystkich dodatkowo opóźniła posiłek, więc poszliśmy do centrum handlowego graniczącego z moim biurem, gdzie nakarmiłam Karola w pokoju dla matki z dzieckiem.
We wtorek Szkrabu musiał już dostać 2 posiłki podczas mojej nieobecności - zjadł znowu jakieś 40 ml mleka i 2-3 łyżeczki marchewki. Wieczorem M. nawet zaproponował bym nie ściągała mleka, gdyż w lodówce mamy nawet więcej niż trzeba, a najwyraźniej młody woli się żywić po moim powrocie. Ja wiedziona matczyną intuicją stwierdziłam, że jednak wolę ściągać mleko na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, kiedy takiemu maluchowi może wrócić apetyt. I wrócił dzisiaj - po drzemce wtrąbił całą butelkę mleka, a następnie porcję marchewki, na którą rzucił się, jakby od tygodnia nie jadł. Ponieważ koniecznie chciał więcej M. musiał mu dogotować kolejną porcję, którą również wsunął całą. Niedługo po tym wróciłam do domu, a młody żarłacz z entuzjazmem przystąpił do cycusiowania, które to do wieczora powtórzyliśmy jeszcze 3 razy. Jak tak dalej pójdzie, to nam się nieźle utuczy kruszynka nasza.
Ogólnie ojciec z synem dogadują się świetnie - chociaż wydaje się, że przy mnie Karol jest bardziej "samoobsługowy" - częściej mogę zostawić go samego na macie i poogarniać coś w domu. Teraz M. musi niemalże cały czas go zabawiać, co oznacza, że nie ma czasu na zmywanie, odkurzanie i inne takie domowe sprawy. Gdy wracam do domu mieszkanie wygląda, jakby przeszedł przez nie tajfun. Na szczęście podczas gdy ja karmię M. uprząta chociaż część bałaganu i gdy zostaję w domu ze Szkrabem pozostaje mi tylko zmywanie po obiedzie i dokładne mycie podłóg (kilka dni temu Szkrabu zaczął pełzać do tyłu!!! -  musimy teraz zwracać trochę większą uwagę na czystość podłóg).
Wygląda na to, że wszystko ładnie się układa. Zobaczymy jak będzie dalej :)

niedziela, 17 marca 2013

Dialogi Rodzinne: punkty za pochodzenie i o tych, co ze skóry

o punktach za pochodzenie:

Nasz znajomy zrobił świństwo pewnej dziewczynie. Również naszej znajomej. Rozmawiamy wzburzeni na ten temat.
JA: Nie spodziewałam się tego po nim
DT: A ja w sumie miałem przeczucie, że tak to się skończy
JA: Zupełnie mi to do niego nie pasuje. Zawsze wydawało mi się, że to niemalże chodzący ideał.
DT: Taaa. Bo jest historykiem. U Ciebie każdy, kto jest matematykiem, historykiem lub chemikiem od razu dostaje punkty za pochodzenie. Wystarczy, że wie coś o przestrzeniach Banacha, możesz z nim pogadać o Dekabrystach, lub chociaż raz w dyskusji użyje czegoś co brzmi jak cztero-chloro-żółwian-nindżan uznajesz go za ideał...

skórzany

Dumny Tata zgarnia Szkraba z maty i sadza na leżaczku.

DT: Chodź tu do mnie smyku. Smyku-z-plastiku*
Szkrabu patrzy się na tatę mocno zdziwiony, a właściwie oburzony.
DT: Przepraszam. Oczywiście nie jesteś z plastiku. Ten fotelik jest z plastiku. Ty jesteś naturalny. Ze skóry.


*Nie - nie jesteśmy z Częstochowy - te rymy to ze zmęczenia.
 
Podobne posty
Suwaczek z babyboom.pl
Suwaczek z babyboom.pl