środa, 19 września 2012

Rozstępowa paranoja

Rozstępów na brzuchu chyba jak na razie nie mam, mimo tego, że brzuch urósł ogromnie. Mam natomiast paranoję, że się pojawią i odkąd jestem w 9 miesiącu uważniej oglądam brzuch (a właściwie jego boki i górną część - dolnej już dawno dobrze nie widziałam). I im dokładniej się przyglądam tym więcej widzę ;)
Codziennie pokazuje M. nową kreskę, którą podejrzewam o bycie rozstępem. Codziennie nową, bo stare następnego dnia znikają...
Nie wiem, kiedy, gdyż raczej staram się nie opierać nic o brzuch (z wyjatkiem książek) pojawiają mi się proste, czerwone kreski, które ewidentnie są odgniecenami, a które ja studiuję pod kątem bycia rozstępem. Nie mogę się dobrze pochylić, więc nie widzę dobrze ;) -  gdy któraś nie wygląda na idealną kreskę, tylko na rozciągniętą skórę, która ma fantazję przebiegać po linni prostej zaczynam wpadać w panikę, która znika przy kolejnych oględzinach, gdy kreski już nie ma...
Zwariować można. W każdym razie od kiedy jestem w domu zwiększyłam częstotliwość smarowania brzucha (do tej pory wieczorem - i rano, jeśli miałam wystarczająco dużo czasu i nie zapomniałam). Moja rodzina zaopatrzyła mnie w spory zapas kosmetyków Elancyl - mam jeszcze 1/3 opakowania balsamu i 1.5 takiego bardziej gęstego kremu - więc nawet jeśli będę się smarować za każdym razem gdy jestem w łazience powinno spokojnie starczyć na te pozostałe 2.5 tygodnia...
Codziennie po kąpieli smaruję także całe ciało olejkiem Babyderm - tego akurat nie chciałabym zużyć całego, gdyż zamierzam go zapakować do torby do szpitala, co by został wykorzystany przy masażach ;)

Pięknie jest :)

Co prawda nie powinno się chwalić dnia przed zachodem słońca, ale coś czuję, że to będą kolejne udane 24h - podobnie jak dwa poprzednie dni. Fantastycznie jest nie chodzić do pracy - wstawać trochę przed 8, a nie bladym świtem. Jeść nieśpieszne śniadania (dzisiaj kanapki z pastą rybno-jajeczną - źródło łatwo przyswajalnego białka i kwasów omega 3 :)), nastepnie zjeść truflę pomarańczową do łyka kawy (na łyka przecież mogę sobie pozwolić). Dać wyschnąć włosom samym, a nie grzać je suszarką. Od rana mieć pościelone łóżko (na co często nie było czasu).
Tak naprawdę poprzednie dni i tak miałam wypchane i zaplanowane od rana do wieczora - dzisiaj jest pierwszy dzień, na który na dobrą sprawę nie mam planu ;)  Tzn mam, ale prawie wyłącznie stacjonarne - muszę przeliczyć ile kafelków potrzeba na podłogę w salonie, kuchni, przedpokoju i łazience, ile trzeba cokołów i innych takich i zamówić je w sklepie internetowym. Wcześniej muszę wpisać ilości do magicznego pliku excela, który utworzyłam wczoraj, który mi te zakupy zoptymalizuje pod względem cenowym ;)
Muszę także podjąć ostateczne decyzje dotyczące umywalek i posprawdzać, czy moje ustawienia kafelków będą wyglądały dobrze.
I w końcu zabrać się za dopieszczanie projektu kuchni. To dla mnie niesamowicie ważne miejsce w domu - tak ważne, że nie mogę podjąć żadnej decyzji - bo przecież nie mogę popełnić błędu przy tak istotnym pomieszczeniu ;)

Czekam także na maila ze sklepu, w którym zamawiałam stelaże i miski ustępowe, czy są już na magazynie i ewentualnie po nie pojechać (co by nie tracić czasu na dostawę - nienawidzę czekać na kurierów).

Oczekuję także na telefon od pana, od którego mamy wynająć mieszkanie na najbliższe kilka miesięcy (zanim nie skończy się remont). Mieszkanie jest w porządku (i blisko nowego domu - dla normalnej osoby "walking" dystans. Dla mnie - do zrobienia, ale już z możliwym "telefonem do przyjaciela" - ratuj, podwieź!) natomiast sam Pan jest jakiś dziwny - po tym jak wczoraj wszystko już ustaliliśmy stwierdził, że musi się jeszcze z żoną skonsultować, i że da nam znać, czy żona się zgadza. Nie wiem, może mu patologicznie wyglądaliśmy - w sumie nie na co dzień widzi się kogoś z tak dużym brzuchem. Może bał się, że mu tynki poobgryzam...

Wieczorem mamy wpaść do koleżanki po jakieś ubrania dla maluszka, które ostatnio dla nas zapakowała.
Z dumą stwierdzam, że torba do szpitala jest właściwie spakowana (najwyższy czas - jutro zaczynam 38 tydzień - bobas jest już prawie gotowy). Nie ma tam jeszcze czapeczek dla małego i nie mogę znaleźć swoich klapek pod prysznic.
A jeśli chodzi o samego bobasa - u niego wszystko w porządku - przepływy ok, łożysko nadal sprawnie go karmi. Wygląda na to, że sobie niezłego klocka wykarmiliśmy - jego szacunkowa waga to około 3.8kg. Chłopie - opamiętaj się - mu chcemy porodu naturalnego !

niedziela, 16 września 2012

Idę do pracy ostatni raaaaaz

Właściwie to w piątek byłam w pracy po raz ostatni - jutro muszę tam pojechać tylko dlatego, że oczywiście zapomniałam zostawić zwolnienie lekarskie ;)
Dziwne uczucie. Budzik nadal mam nastawiony na rano - za chwilę go wyłączę. 
Pozostałe 3 tygodnie ciąży spędzę domowo. Ale na pewno bardzo intensywnie. Musimy znaleźć sobie tymczasowe mieszkanie i się do niego przenieść. Tymczasem prace w domu postępują - w środę ma przyjść glazurnik, a my jeszcze nie zakupiliśmy płytek. Dobrze, że chociaż już są w 80% wybrane i dodatkowo wiemy, gdzie je kupimy. Ale i tak czeka nas pewnie trochę jeżdżenia po sklepach. 
Trzeba w końcu skompletować wyprawkę małego - odwiedzić tych znajomych, od których jeszcze nie odebraliśmy rzeczy, które dla nas przygotowali (w tym mebli - nie mieliśmy ich do tej pory gdzie postawić...). 
Czyli mnóstwo roboty - mam nadzieję, że się wyrobimy. Nie wyobrażam sobie, jak mogłoby się to udać gdybym zdecydowała się pracować do samego końca. Szczególnie, że końcówka ciąży daje mi się we znaki. Ledwie się poruszam - bolą mnie pachwiny więc chodzę w tempie 80-letniej staruszki. Nie mam siły i wszystko mnie męczy. Jest dopiero 9 wieczorem, a ja już zaczynam przysypiać. Poza tym włącza mi się paranoja i każde "ciągnięcie w brzuchu" czy inne dziwne doznania rozważam w kategorii wczesnych objawów porodu. Potem sama karcę się w myślach, że dopuszczam do obsesji.
Ech...ale poza tym jestem szczęśliwa...

piątek, 7 września 2012

Zmęczenie

Jakoś dziwnie, za każdym razem gdy na blogu napiszę, że u mnie wszystko w porządku (lub nawet lepiej) następnego dnia przechodzę kryzys. Nie, nie dzieje się u mnie nic złego, ale po prostu nie mam już siły. Nie wyspałam się, wstałam rano by być o sensownej porze na pobieraniu krwi (co by sprawdzić, czy przez czas ciąży nie zaraziłam się jakąś paskudną chorobą weneryczną ;)), odsiedziałam swoje w poczekalni, a następnie niemalże doczołgałam się do pracy. Właśnie skończyłam robić 80% rzeczy zaplanowanych na dzisiaj i stwierdziłam, że więcej nie dam rady (stąd zamiast dziubać coś w excelu czy powerpoincie piszę coś na blogu). Zasypiam. Nie mogę chodzić bo boli. Nie mam siły siedzieć. Ja chcę do łóżka!!! 

Mam mieć jeszcze jedno spotkanie dzisiaj pomiędzy 18 a 19 i właśnie zastanawiam się, jakiej wymówki użyć by je skasować. Nie wiem, jak dotrwam w biurze do tego czasu. Z drugiej strony w pracy będę jeszcze tylko w przyszłym tygodniu, więc może się okazać, że jeśli nie odbębnię tego spotkania dzisiaj nie będzie na kiedy go przełożyć. Mam teraz cholernego diabełka na jednym ramieniu, i aniołka na drugim - zaraz się chyba pobiją...

I jeszcze jedząc brzoskwinię zalałam sobie 1/3 brzucha sokiem!!! Powinnam była pozostać przy moim tradycyjnym ubieraniu się na czarno zamiast kupowac sobie jasne ubrania ciążowe.

 

czwartek, 6 września 2012

4 weeks to go :)

Zaczynamy 36 tydzień - z młodym widzimy się najpóźniej za 4 tygodnie :)
Nadal właściwie wszystko w porządku. Ja ważę 60.3kg (czyli ponad 10 kg na plus od początku ciąży), bobas - około 3 kg. Obwód główki ma już taki jak ja, gdy się urodziłam - 34 cm.
Mam nadzieję, że zwolni jednak troszkę tempo wzrostu, albo skupi się na wydłużaniu innych kawałków - np. nóg, które ma jak na swoje rozmiary dosyć krótkie (oceniając po długości kości udowej).
Poprawiła mi się morfologia krwi i z hemoglobiną mieszczę się już w normach :) Niestety wyszły bakterie w moczu - jutro robię posiew i łykam antybiotyk :( Ale ponieważ nie mam żadnych widoczych objawów zapalenia lekarz powiedziała by nie martwić się zbytnio. Dostałam skierowania na wszystkie pozostałe badania. Następną wizytę mam ustawioną na za 2 tygodnie i lekarz spodziewa się, że raczej się ona odbędzie, chociaż na wszelki wypadek życzyła mi już udanego porodu. Co prawda takie rzeczy potrafią się zmieniać z godziny na godzinę, ale póki co nic nie zapowiada wcześniejszego porodu - szyjka jest taka, jak powinna być i podobno z tamtej strony (której swoją drogą dawno już nie widziałam) wszystko jest ok.
W pracy zaczynam powoli odpuszczać - skupiam się głównie na próbie przekazania swoich obowiązków innym (będzie zastępował mnie gość z Brazyli - przy okazji nastawiam go odpowiednio do zimy w Europie - mam nadzieję, że nie przeżyje jakiegoś strasznego szoku, gdy już tu wyląduje...).
Nawet fajne uczucie - na większość maili odpowiadam  w stylu "miło, że piszesz, ale niestety nie będę w stanie pomóc - proszę, skontaktuj się z..."
Nadal nie mamy imienia. Ale dzisiaj kończymy pakować torbę :)

poniedziałek, 3 września 2012

Pierwszy sen

Dzisiaj po raz pierwszy śniło mi się moje dziecko. Nie pamiętam większości znu - na 100% to co było w nim dziwne, to fakt, że maluch był już z nami w domu, a ja nadal byłam w ciąży ;)
Chyba, już tak przyzwyczaiłam się do brzucha, że mój mózg nawet we śnie nie może się go pozbyć.
Śniło mi się, że wstaję o 7 do pracy po czym przypomina mi się, że od poprzedniego dnia mamy dziecko i, że trzeba się nim zająć. Idę więc do jego pokoju (który jest gotowy, w odróżnieniu od rzeczywistości) - mały śpi twardo. Waham się, co zrobić po czym przypomina mi się, co przeczytałam w książkach Tracy Hogg i decyduję się go obudzić. Znowu przez chwilę nie wiem, czy mam go zabawiać, przewijać, czy karmić i decyduje się na karmienie.
Nie idzie mi najlepiej - nie wiem jeszcze jak naprawdę wygląda karmienie piersią, ale z tego co czytałam wydaje się, że w moim śnie mały za płytko łapie sutek. Ma takie malusieńkie usta!
Tatuś przychodzi mi pomóc wkładając jeszcze raz sutek do otwartego szeroko dzioba małego. W tym momencie obudziłam się
:)

sobota, 1 września 2012

Jak dwa pomrowy

Wczoraj M. chcąc zwiększyć moją mobilność ograniczoną bólem pachwin postanowił przyspieszyć trochę bieg spraw związanych z naprawą samochodu. Zakupił odpowiednie części, na które czekano w warsztacie i zapakował się na skuter co by je tam jak najszybciej zawieźć. Niestety mój skuter nie jest idealny do jazdy przez las - ma bardzo małe kółka i jest trochę podsterowny (ale za to jaki ładny ;)). Na zapiaszczonej niesamowicie wyboistej drodze leśniej M. stracił panowanie nad pojazdem i wywalił się. Na szczęście miał porządny kask i właściwie nic poważnego się nie stało - jest natomiast cały lekko poobijany. Najgorzej sprawa się ma z lewym udem na którym jest wielki krwiak.
Niestety mój ból pachwin i wypadek zruinowały nasze plany na aktywny weekend - mieliśmy zaproszenie na regaty na mazurach, a także planowaliśmy wypad w góry. Alternatywą w razie złej pogody miało być włóczenie się po sklepach z płytkami i glazurą, co by jakiś postęp w remoncie uczynić. A tak nici z tego.Siedzimy więc sobie dzisiaj na łóżku jak te dwa pomrowy - ledwie ruszając się i stękając z bólu przy próbach zmiany pozycji. Mamy z tego niezłą polewkę - śmiejemy się, że trenujemy wspólną starość :)
Od czasu do czasu muszę wstać by pójść do łazienki. Korzystając z tego, że już jestem na nogach staram się zrobić coś w kuchni. Tak więc dzisiaj zrobiłam już kluski śląskie na obiad, upiekłam chleb z nastawionego wczoraj zaczynu, zrobiłam przepyszną (chociaż nieco klapniętą) Pavlovę w borówkami, winogronami i brzoskwinią. I nadal mnie nosi - chyba zrobię jeszcze zupę krem z kukurydzy (ewentualnie z cukinii i ziemniaków - nie mogę się zdecydować. zupę z kukurydzy najbardziej lubię z trawą cytrynową a jej w domu niestety dzisiaj nie posiadam) i tarte tatin z antonówkami.
W końcu do łazienki muszę chodzić dosyć często ;)
Podobne posty
Suwaczek z babyboom.pl
Suwaczek z babyboom.pl