poniedziałek, 10 grudnia 2012

Długa, kręta, ale zwycięska


Moja droga mleczna.


Ten post miał powstać już jakiś czas temu, ale bałam się, że zapeszę i dlatego z dość dużym opóźnieniem informuję - udało się - po wielu tygodniach, licznych próbach, hektolitrach przelanych łez - nasze trudności z karmieniem piersią zostały pokonane. Nie jest idealnie - Karol nadal nie je super-aktywnie i długość naszych posiłków plasowałaby się gdzieś w górze siatki centylowej;), moje piersi cały czas ledwie nadążają z produkcją odpowiedniej ilości pokarmu i w pewnym sensie ciągle żyjemy w lekkim kryzysie laktacyjnym, ale mleko modyfikowane odeszło już dawno w odstawkę, a podawanie mojego ściągniętego mleka przestaje być koniecznością. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. W następnym poście napiszę jak dokładnie udało nam się przejść z karmienia mieszanego do samej piersi.
Co mi pomogło?
  • Wiedza. Na pewno nie przeczytałam wszystkiego, co napisano o karmieniu piersią, ale myślę, że byłam blisko ;) Namiętnie czytałam blogi, fora i porady ekspertów zamieszczone w Internecie. zebrałam niezłą kolekcję broszur o karmieniu. Ponadto uważnie przestudiowałam każdy fragment poświęcony KP, który znajdował się w moich książkach o niemowlakach (w tym rozdziały z "Pierwszego roku życia dziecka" H. Murkoff, A. Eisenberg). I przede wszystkim "Warto karmić piersią" Magdaleny Nehring-Gugulskiej. Czy wiedza jest niezbędna do karmienia piersią? Na pewno nie, w normalnej sytuacji - ale mi, osobie, która musi nie tylko czuć, ale i rozumieć, dokładne przestudiowanie literatury na ten temat bardzo pomogło - dzięki temu rozumiałam, skąd się brały niektóre porady doradców laktacyjnych, i co dokładnie jest przyczyną kłopotów.
  • Doradztwo. Korzystałam zarówno z porad profesjonalnych doradców laktacyjnych, jak i blogowych ekspertów oraz osób, które problemów z KP nie miały (duże podziękowania dla Matrioszki). Nie to, że którakolwiek z tych osób powiedziała mi coś zupelnie nowatorskiego lub udzieliła "zwycięskiej" porady, ale pomoc ta utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem na dobrej drodze, że sposoby zwiększenia laktacji, które stosuję mają sens, i, że o ile będę wytrwała - uda się. Przy okazji zorientowałam się także, jak niewie wie większość tzw. doradców laktacyjnych - gdy porada "przystawiać często" nie działa rozkładają bezradnie ręce. Ponadto większość z nich to nie doradcy, a propagatorzy i na dodatek fanatyczni - informacja, że dokarmiam butelką (Medela Calma) powodowała, że przechodzili w tryb "sama jest Pani sobie winna - proszę odstawić butelkę i karmić po palcu a problemy same się rozwiążą. No chyba, że jest już na to za późno". Dokształcenie się samodzielnie pomogło mi decydować, co może zaszkodzić, a co, może pomóc. 
  • Wyznaczenie daty. Nie poddałam się w mojej walce o karmienie piersią tylko dlatego, że wyznaczyłam sobie wyraźną datę, do kiedy walczę pełną parą. Na początku było to 7 tygodni, wynikające z tego, że około 6 tygodnia życia organizm dziecka zaczyna być bardziej efektywny w wytwarzaniu własnych przeciwciał. Ponieważ dla mnie największą zaletą KP jest wspomaganie odporności dziecka i przekazywanie mu przeciwciał, uznałam, że muszę koniecznie starać się dostarczyć ich jak najwięcej zanim moja Kluska jest w stanie efektywnie walczyć z zarazami tego świata. Później ten termin przesunęłam na skończone 2 miesiące Karola, i gdy zbliżałam się do tej daty planowałam przesunąć to na 3 miesiące (co okazało się nie być konieczne, gdyż sukces udało się osiągnąć przed dwumiesięcznicą bobasa). Co ważne - te daty nie wyznaczały końca karmienia piersią, tylko koniec walki na 100, czy nawet 120%. Dzięki temu, że miałam wyznaczone jakieś realistyczne terminy łatwiej mi było pokonać chwilowe słabości - mówiłam sobie - jeszcze tylko 3, 2, tygodnie; jeszcze tylko kilka dni. Gdyby nie to myślę, że któregoś gorszego dnia, wykończona i zrezygnowana odpuściłabym zupełnie.
  • Blogi mam karmiących MM. Paradoksalnie blogi i wpisy chwalące KP, mówiące o tym, jakie jest dobroczynne, proste i wspaniałe w ogóle mi nie pomagały. Wręcz przeciwnie - często wywoływały frustrację. Czasami dlatego, że były naiwne, czasami przez zwykłą przyziemną zazdrość. Z kolei czytanie perypetii mam karmiących mlekiem - obserwowanie jakimi są cudownymi matkami, pomogło mi nabrać dystansu do całej sprawy. W ferworze walki łatwo zapomnieć, że karmienie to tylko jeden, i to niekoniecznie najważniejszy element relacji z dzieckiem. Że jeśli mi się nie uda nic się nie stanie - dołączę po prostu do grona matek, które głębszą więź z dzieckiem nawiązują poprzez inne czynności niż karmienie.
  • SNS Medela.  Mleko modyfikowane, którym Karol był dokarmiany podawane było za pomocą buteleczki zawieszonej na szyi, i drenów podlepianych do sutka. Dzięki temu nawet w sytuacji, gdy takie mleko było podawane laktacja w jakimś tam stopniu była stymulowana, a Karol uczył się aktywnie ssać (aby mleko płynęło malec i tak musi ssać, ale płynie ono dosyć szybko co daje bobasowi natychmiastową gratyfikację - jego wysiłek włożony w ssanie jest natychmiast nagrodzony), a ja nie miałam strasznych wyrzutów sumienia, że podaje MM.
  • Spacery. Mój model niemowlaka do "bobas śpiący zewnętrznie". Zabranie go na spacer często było jedynym sposobem by lekko niedojedzony (ale nie umierający z głodu) zasnął. Gdy nie dawałam już rady podawać kolejnych piersi zabierałam go po prostu do lasu, gdzie przez mniej więcej godzinę spokojnie sobie spacerowaliśmy. Pozwalało mi to odetchnąć, mleku zgromadzić się w piersiach, a bobasowi spokojnie pospać. Zbierałam wtedy myśli, relaksowałam się, a mleko samo napływało.  
Teraz bobas ładnie przybiera na wadze i wydaje się być dosyć zadowolony z życia. Karmienia są częste, a ponieważ każdy posiłek też do najkrótszych nie należy, w wielu wypadkach nie ma mowy o tym, by między jednym, a drugim znalazł się czas na drzemkę.  Ale prawie każdego dnia widzę poprawę i teraz podczas karmienia mogę czytać książkę, przeglądać Internet i tylko co jakiś czas sprawdzać, czy Kluska je aktywnie. Nie muszę już skupiać całej mojej uwagi na nim i aktywizować co chwilę. Na razie nie odważyłabym się na karmienie w jakimś miejscu publicznym, nie chciałabym też zająć pokoju do karmienia na czas pozwalający 3 innym bobasom na zjedzenie posiłku, ale mogę już sobie pozwolić na dłuższe wyjścia do znajomych czy rodziny. A za jakiś czas mam nadzieję doświaczyć wszystkich wygód karmienia piersią :)

13 komentarzy:

  1. Wow! Podziwiam. Ja chyba nie dałabym rady..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się tak wydawało wiele razy. Dlatego wyznaczenie daty, do kiedy staram się bardzo pomogło.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Dzięki. Ile razy już zbierałam się do pisania tego posta - ciągle bojąc się, że to jeszcze nie koniec walki...

      Usuń
  3. No to suuuuper. Tak domyślałam się, że u Was też lepiej, bo i postów więcej i w ogóle jakby nastrój lepszy :-). Cieszę się razem z Tobą! Z tą butelką i reakcją na nią laktatorek miałyśmy identycznie! Myślę, że w ten sposób "specjalistki" mają na co zwalić swoją niekompetencję... Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj, z nastrojem to bywa różnie. Mało śpimy ostatnio.
      Cieszę się, że nam obu się udało.

      Usuń
  4. U nas też snu nie za wiele, ale noce są ok.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo szczery i mądry post, w sporej części mam (raczej miałam) podobne doświadczenia i wrażenia. Moja walka o KP trwała zaledwie miesiąc, ale wydawała mi się wówczas wiecznością (karmiłam mieszanie 3 tygodnie), te huśtawki nastrojów, z jednej strony obsesyjna potrzeba karmienia piersią i jednoczesna złość (w trudnych momentach) na terror laktacyjny i łzawe historie przypadków z książki Nehring. Będzie dobrze, zobaczysz:) A syna masz świetnego - a on (trochę już postów przeczytałam) - ma świetną mamę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) To prawda - ten czas karmienia mieszanego wydawał się być wiecznością. I w 100% zgadzam się jesli chodzi o huśtawki nastrojów. I zgadzam się, jeśli chodzi o przypadki z książki Nehring - większość z nich sklaniała mnie raczej do tego, by przestać walczyć, gdyż "koszty alternatywne" (przede wszystkim brak wartościowego czasu z dzieckiem) wydawały się być za duże. Dlatego uznałam, że mam prawo do porażki i że lepiej zacząć podawać MM niż zniszczyć sobie najpiękniejszy czas z dzieckiem

      Usuń
    2. Co do książki, to oczywiście muszę jeszcze dodać, ze jest w niej też sporo rzetelnej wiedzy i dobrze "uszeregowanej" (w rozdziały problemowe), która mi się wielokrotnie przydała (np. o zapaleniu piersi, wadze niemowląt kp itp).

      Usuń
  6. Serdeczne gratulacje! Wiedziałam,że Ci się uda!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie byłam pewna. Ale bardzo się cięszę.

      Usuń
  7. Ode mnie również ogromne gratulacje. Nie było łatwo, ale dzielnie dałaś radę :)
    Ja również posiłkowałam się książką Gugulskiej, sporo mi pomogła- z tym, że u mnie odwrotnie było- nawał jak diabli i już w 4 dobie miałam zatkany kanalik w piersi. Gdyby nie książka i rady jednej z koleżanek blogowych nie wiem czy bym sobie dała radę.

    OdpowiedzUsuń

Podobne posty